MACIEJ MELECKI
Wywiew
Noc przekłuwana żarzącymi się w oddali punktami. Pełne znieruchomienie.
Ostrze chłodu podchodzące pod gardło. Nikogo nie było bardziej niż właśnie
Teraz. Okno domknęło się samo. Podłoga odgina się i zamienia w meandrujący
Tor, przesuszone zawiejami składowisko opuszczonych rzeczy na balkonie
Zaczyna ulegać chybotaniu. Sterta ubrań ciąży coraz bardziej w stronę parapetu.
Kable biegnące pod ścianą hamowane są przebiciem i z kątów zaczyna wychodzić
Ziemisty liszaj. Białe pylne ślady na brzegach chodnika, naniesione ze schodowej
Klatki przez podeszwy, oznaczają przedpokój jako trasę stałego przejścia w
Drżący odmęt nieustannego nawrotu, skolonizowaną tropami pustki, kiedy
Parliśmy w stronę najlichszego przystępu, w nieustannym półobrocie nad
Rozstawionymi w szybie między piętrami rusztowaniami, przekłuwani i ściągani
Krótkim bezdechem, na wciąż odradzającej się jałowiźnie bezładnych wtrąceń
W rozstrzeloną przepustowość danego przechyłu. Wypierane zejście w podmieniane
Grząskie podłoża, kurczowe trzymanie się ściekających, lodowych poręczy,
Przechodzenie przez styropianową kładkę, która pęka pod naporem ciężaru kroku,
Rzuconą między jednymi a drugimi drzwiami wyjścia w butwiejącą kubaturę
Dookolnych osuwisk. Ogromniejące zanikanie. Szare komórki sukcesywnie
Kancerowane. Wywiew kłączy kłaków kurzu i wbijanie szyfru w ekran skrytki.
Niczego nie zapomina się, choć coraz mniej pamięta o tobie, na tym popielnym
Klepisku, gdzie nieustannie rozgrywa się ta pospólna tragifarsa roszczeniowych
Pomyleńców, spychanie na pobocza przez prowadzone przez nich rozkraczone
Samochody, jakby żadna pora nie miała już swego zmierzchu i zawisła u końca
Podzielności danej nieuwagi, stawała się obrotową tarczą, w którą celuje się wiedziony
Nagrodzeniem przez łaskawe przypadki, owe odchody losu, w swym przemglonym
Postradaniu wszelkich wiązek oddalających do niedawna zniweczenie tym rozbratem.
Korzeń serca zwiększa rozpór wodnych żył. Zespojenie widm urealnia każdą namacalną
Obecność. Spłaszczanie wszelkiej kulistości wyostrza zamach kosy. Strychulec
Strachu rozwiera jątrzącą niewiadomą, która rozwidnia najbliższe fazy przemiału.
Nizinna ościenność
Grudka zaschniętej ropy na ramieniu. Od kiedy opuściłeś swój piętrowy próg,
Zliczasz drobne ślady nakłuć, będąc w nowym punctum swojego przyspieszenia,
Między pasmami skalistych grzbietów, laguną zastygłą jak rozlana rtęć, a kamiennymi
Dachami osadzonych na rozrytych zboczach domów, przenikany obcobrzmiącymi
Głosami, wyrastającymi znikąd, u podnóża potylicznej niecki, nieopodal strzępiastego
Życia tubylców, zaogniony wyborami z dołu lub góry. Rozeźlone mary ślą
Szybkozmienne pretensje, nie mogłeś ich wcześniej ominąć, w zerwanym układzie
Spętanego odniesienia do ich gromkich wygrażań, kiedy oddalenie ich wiosłem
Odstąpienia przeradzało się w parciany grobostan utkwienia na tej mulistej mordze
Licznych wstrzymań, w szpotawym zawiasie bez framugi dalszego ustania na tej
Pogorzelnej tratwie dookolnego przedzierania się poza tamujące oddech romby
Zygzakowatych cieni. Odpadamy i osuwiście mieszkamy wreszcie poza zwojem.
Tyle z tego, w nadmiarze odpadków i przyboju rześkiego zatracenia się na kołujących
Obręczach szklistego pęku końcówek, każdego spotniałego dnia, by przenieść się wreszcie
Poza tamtejszy krąg w polarne łożysko tutejszego sparszywienia, zaznawszy nieraz
Ustawania pulsu w rozruszniku tempa naprzemiennych zadań, jakiegoś zerwania ścięgna,
Półobrotu koniecznej sankcji. Przemieszczanie roznieca w dłoniach mrowienie. Ucieczka
Jest ekspandującym zagonem mierzwy, kiedy jestem poniesioną przez innego stratą,
Na moment przystanąwszy przy skrzyżowaniu rozpędzonych kratownic dwu głównych
Ulic, gdyż nie mogliśmy razem przechodzić przez ten smolisty opar osaczenia zgiełkiem
Popychającego donikąd oszołomienia, jak w tamtych latach, gdzie byle hasło aktywowało
Hakowaty niepokój, i sami zawiązywaliśmy sobie węzły na nadgarstkach tego
Bezkierunkowego przelotu. Ruchliwe zapadnie. Ociosywanie sęków. Zbrużdżenie
Każdego widoku kurczowo szarpiącymi napomnieniami. Przecież nie mogłem nie wybierać
Tych dróg, którymi poszedłem na raz w korycie tamtego uskoku, nie mając w sobie
Czymkolwiek hartowanego azymutu, jakbym zawsze był tylko swoją odwrotnością, bez
Spoczynku, zamknięty w nawisie swego przeciążenia, kostropaty niczym tutejsze złogi
Porzuconych biegunów. Byliśmy odbijani szalami wahliwego losu. Przykuleni między
Zasiekami ośmiu morowych lat, w szarzejących załomach, kryjących pospolite
Spotwornienia, mając przed sobą narastającą pełnię próżni i smużyste wiry przyszłego
Rozstąpienia, kiedy chcieli zetrzeć nas na miał, odbierając prawo samostanowienia
W poronieniu myśli panującego liliputa, okrzepłej butą mary, która chronicznie daje
O sobie wciąż znać, nawet teraz, kiedy nie powinno już nikogo z jego pomagierów być
Wśród żywo przetykanych promieniem odkruszenia. I potem już tylko sam na sam
W obskurnej pakamerze hotelowej klitki, z niedomykającym się oknem, żrącym światłem
Znad sufitu, tępym lustrem, zimną wodą i całodobowym rumorem dobiegającym z ulic
Na czwarte piętro tego podwieszenia, bo Rzym Mikołowa był przetrąconym skrzydłem
Niewidzialnej ważki, która usiadła na żelaznej belce, i wtedy odcumowałem. Grząskie
Powidoki zaschniętych grud przepełniały każdą napotkaną połać. Ościstość wyrzynała się
Z każdego węgła. Przestawały na krótko istnieć zbutwiałe uśmiechy rozdokazywanych
Pałub i tkanki opadającej sadzy przynosiły ożywcze wejrzenia w gardziel tego przelewania
Z pustego w próżne, dzięki czemu syciłem się wręgami coraz głębszego przepadania w sieć
Utkaną z taśm mety. Łączy to wszystko obopólna nizinna ościenność. Górskość jest tylko
Jej wykrojem. Może o tym wiedziałeś, zanim przeszedłeś przez ostateczne zgniecenie
Swojego rdzenia, nie potrzebując namacalnego doświadczania innego podłoża, nie
Doczekawszy pięćdziesiątki, obracając się nagle w proch, gdy niespalone kości zostały
Skruszone nań. Rozwłóknione rozwidlenia. Zaburzone od zarania próby pojednania.
Oto osty wmuszeń, ostrokoły napięć i groble patroszenia. Mamy pełne zapasy stężeń.
Wtórna zmienność stałych wstrząsów
Pulsująca strona jedni rozpada się na sto różnych kawałków atakujących
Z przeciwstawnych stron, tworzących rozkłębione motowidła jednego momentu,
Domykające obszar wegetatywnych uskoków i ociemniałych pierzchnięć, stający
Się coraz bardziej jałowizną powszedniości, twoim wiotkim lukiem sczeźnięć, przez
Który przeziera gorzki odmęt nastania pogorszenia. Kumulacja haków i wędzideł,
Przecierane szmatą niebo w burzowej zagrodzie niżu, krótkie rozmowy i
Przewlekłe stany konsternacji, w tej pospólności grzęźnięć w coraz gęstsze mierzwy
Cudzych poczynań skazujących cię na majaczący już za firmamentem tej pustki
Popielny werdykt. Niepoliczalność czasu utrzymywana jest sztywniejącymi w
Tunelowych zagonach ścięgnami, gdyż nie posiada on żadnych innych faz, okresów
Wzmożeń czy etapów zaognienia, będąc tylko naszą drabiniastą drogą prowadzącą
W osierdzie rozpadu, zbielałą faktycznością zapaści spłaszczającego się szczytu,
Przeistaczającego się w pielony bronami natarć ugór, płożący się w każdej końcówce
Mętniejącego oka. Przybór próżni kasuje wiraże i całość, jaka kupczy tobą, okazuje
Się ciekłym helem odwrotu, mimo przystępów siarczystych serii poleceń, wskazań
Realizacji chciwych żądań. Nie będzie już niczego innego, bo wszystko inne dawno
Się skończyło pokruszonym pałąkiem mniemań o luźniejszej podziałce losu,
Kiereszowaniem wezbraniami i jak przy braniu zakrętu, martwym punktem w bocznym
Lusterku świtu. Potykalne ludzkie kłody. Wyrzut zimnych law. Dławienie się
Zachwytem nad nowym miejscem, punktem widokowym rozpościerającym spadzistą
Panoramę szybkiego powrotu w czelustny blok przychodzenia z nieważkim odkrojeniem.
Nie ma mnie poza supłającymi krok bandami sztywno wymierzonego kierunku, tam,
Gdzie przyczynowość kończy się ostrzem noża lub zwitkiem donosu wystającym ze
Szpary cudzej zemsty. Kręte dno każdego gestu pozostawia stygmat na przycupniętym
Cieniu w załomie zwidu wtórnej zmienności okalającego kresu, kiedy odnawiamy się po
Wtargnięciach przędziw strat i zawód staje się coraz pewniejszą busolą w tej tektonice
Pozbawionej azymutu, stałym wstrząsem ruchliwości wszelkich wstrzymań, skutki
Nie posiadają już bowiem żadnych źródeł, są żrącymi plamami spełzań, zroszeniami|
Mrówczym kwasem, i wtrącają nas między rozwierające się brzegi jednego nurtu
Nachodzących na siebie siecznych, wybrakowanych powidoków płynących jak topniejące
Kry wśród skalistych wzniesień, by każdy cypel okazywał się początkiem zaniechania
Planu przezwyciężenia tego zaszpuntowania w bliskim okapie rosnącego ubywania.
Przydenność
Świeże szczyny jawy. Orzeźwienie szorstkimi podmuchami. Po raz
Setny w tym roku wijesz się między przegrodami, prowadząc się
Na oślep, machinalnie wiedziony przez punkt odbioru. Oddzielony
Przyparciami, wykrojony z garbu miału. Koślawi cię ta przydenność
Bez nakładek między szparami, skąd wystają splątane macki dalszych
Poczynań z tym ościście wsuwanym kantem zawieszenia, byś sztywniał w
Bronowanym osoczu, wyłamywał podłożu oś, zanikając w żwirowatym
Przegubie. Powtarzalność jest nawrotem wmuszeń, kolejnym zębem wideł
Tkwiącym w zmrożonym przydechu. Strzeliste opadanie w opuszczone kopce,
Przesuszenia trwalsze od mdławej sieczki, bezlik rozgałęzień sięgających
Aż po wypiętrzony krater. Kawałkowanie jonami próżni. Bezkątowy przechył
W dłoniasty nieużytek odpływu. Wieńcowa smuga osiada na osolony wierzch.
Maciej Melecki (ur. w 1969 r.) — poeta. Mieszka w Mikołowie. Wydał tomy wierszy: Te sprawy (1995), Niebezpiecznie blisko (1996), Zimni ogrodnicy (1999), Przypadki i odmiany (2001), Bermudzkie historie (2005), Zawsze wszędzie indziej — wybór wierszy 1995-2005 (2008), Przester (2009), Szereg zerwań (2011), Pola toku (2013), Inwersje (2016), Prask (wybór wierszy w języku czeskim, 2017), Bezgrunt (2019), Trasa progu — wybór wierszy 1995-2020 (2020), Druzgi (2021), Przeciwujęcia (2024), Chłodnie (2025) oraz tomy prozy: Gdzieniegdzie (2017), Nigdzie indziej (2021).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved