Skip to content

MAŁGORZATA GWIAZDA-ELMERYCH

Cierpienie. Jakie są jego granice? Po co cierpimy?

Nętno, gmina Drawsko Pomorskie, luty 2008

„…przyszedł posłaniec do Hioba i rzekł: »Woły orały, a oślice pasły się tuż obok. Wtem napadli Sabejczycy, porwali je, a sługi mieczem pozabijali, ja sam uszedłem, by ci o tym donieść«. Gdy ten jeszcze mówił, przyszedł inny i rzekł: »Ogień Boży spadł z nieba, zapłonął wśród owiec oraz sług i pochłonął ich. Ja sam uszedłem, by ci o tym donieść«. Gdy ten jeszcze mówił, przyszedł inny i rzekł: »Chaldejczycy zstąpili z trzema oddziałami, napadli na wielbłądy, a sługi ostrzem miecza zabili. Ja sam uszedłem, by ci o tym donieść«. Gdy ten jeszcze mówił, przyszedł inny i rzekł: »Twoi synowie i córki jedli i pili wino w domu najstarszego brata. Wtem powiał szalony wicher z pustyni, poruszył czterema węgłami domu, zawalił go na dzieci, tak, iż poumierały. Ja sam uszedłem, by ci o tym donieść«.
Hiob wstał, rozdarł swe szaty, ogolił głowę, upadł na ziemię, oddał pokłon i rzekł:
»Nagi wyszedłem z łona matki i nagi tam wrócę. Dał Pan i zabrał Pan. Niech będzie imię Pańskie błogosławione!«.
W tym wszystkim Hiob nie zgrzeszył i nie przypisał Bogu nieprawości”.
Hi 1, 14-22
Księga Hioba

 

Kobieta nie wie za bardzo, jak się zachować, udawać obojętność czy zaspokoić ciekawość? A to wychyla się zza krzaków, a to za nie chowa. Jest ode mnie oddalona jakieś sto metrów. Ciekawość wygrywa. Nakazuje jej wyjść i iść do mnie, ale widać jeszcze, że niepewność walczy dzielnie i każe jej znów schować się za ogołoconymi z liści krzewami.

— Dzień dobry, chciałabym porozmawiać — mówię, próbując wzbudzić odrobinę zaufania. Czekam i przypominam sobie wieś. Pośrodku sklep, taki przypominający te z czasów gminnych spółdzielni, duży pawilon z cegły. Przy nim wieś dzieli się na tę lepszą i gorszą, bo tu drogi rozdzielają się na te pokryte brukiem i te piaszczyste. Jest też potężny kościół, choć wieś niewielka. Autobusów brak. Panów rozmownych przy piwie było aż nadto, jak na wczesne przedpołudnie. Czterech. I w tej ich wspomnianej wymianie zdań, niesłyszalnej dla mnie, ale widocznej w ruchach, dopada mnie cisza. Ani pies, ani kura, ani nawet lekki wiaterek. Tak, jakby ktoś lub coś wyssało ze wsi dźwięk. Jest cicho. Cicho i czysto w dźwiękach.

W końcu wychodzi zza krzaków i idzie w kierunku wsi, tym samym w moim kierunku. Mała, drobna. Jej twarz jest pomarszczona jak jabłko na pobliskiej jabłoni, takie zapomniane jesienią i wyschnięte, a później zimą przemarznięte. Poprawia zbyt luźną wełnianą chustkę. Dłonie ochraniają gumowo-materiałowe rękawiczki, nogi — gumowce. Tak jak chusta, podobnie buty są zdecydowanie za wielkie. Tak samo z różową kurtką i kijem, którym się podpiera, sięgającym jej prawie do brody. Już jest spokojna. Niepewność minęła, przez chwilę idziemy obok siebie, to, co czuję, to ogromy spokój i wyciszenie.

— W rzeczywistości nie wiem, jak On wygląda, ten Bóg. Coś jednak musi być na tym świecie. Odczuwam, że ktoś istnieje nad nami. — Rozmówczyni obie dłonie opiera na kiju, przez chwilę też opierała na nim brodę. — Niebo, piekło coś takiego, jak się czyta w książkach. No tak człowiek myśli i tego się trzyma. — Kiedy to mówi, jest w niej siła i spokój. Nie mam wątpliwości, że te kilka kilometrów, które pokonuje codziennie, to żaden wyczyn dla niej, dla żwawej osiemdziesięciolatki, raczej nawyk. — Czego jest więcej? Dobra czy zła? Tego nieba czy tego piekła? To jest od ludzi. To z ludzi wychodzi i na ludziach się kończy. To zło. Jak sobie ludzie ustalą. Czy tego zła chcą więcej, czy tego dobra? O ile dobra, to jest dobrze. To jest ładnie, to jest pięknie. A jak zło, to zło niszczy wszystko. — Kiwa głową na potwierdzenie. — O, co by to sobie ludzie nie zachcieli. Co by nie chcieli, ale to jest wola Boża, niestety to jest wola Boża.

— Nie powinniśmy mieć do Boga żalu o to, co nas spotyka? — pytam.

Idziemy powoli. To ona nadaje tempo i rytm kroków.

— No, nie powinniśmy. To jest wszystko ludzkie i trzeba wszystko przemyśleć, wziąć to do serca i przemielić, co dobre, co złe. Co to wszystko w człowieku przemija? Na to Bóg dał rozum, myśli, wzrok i wszystkie inne, czym musimy władać. No i niestety, to tak mówią, jest takie przysłowie: „Co Bóg przeznaczy, to się na drodze rozkraczy” i my tego nie możemy minąć. Nie możemy zmienić, niestety. To jest wola Boża, wola Boża.

Idzie do wsi. Mała, lekko zgarbiona, niemal skulona. Ostrożnie mija kałuże.

 

Już prawie zniknął na podwórku. Moje „dzień dobry” zwabia go ponownie do furtki. Lekko ją uchyla, ale nie zaprasza do środka, później wyjaśnia się, że to nie jego podwórko, a rodziny. Potężny z niego mężczyzna, tych rozmiarów dodaje mu też fikuśny polar w śnieżynki. Co chwila poprawia wełnianą czapkę i dzięki temu zauważam zniszczone dłonie.

— Wierzę w Jego istnienie i może mi tam ktoś wciskać, że nie ma, ale powiem pani, że wierzę.

— A jak się pan o tym przekonał? O tym, że istnieje — pytam szybko, bo mam wrażenie, że za chwilę zamknie furtkę i zniknie za rogiem budynku.

— Jak? Pierwsze zdarzenie. Miałem sen, stoi jakaś tam istota przy łóżku i mówi: „Zainteresuj się swoim zdrowiem”. I faktycznie, zainteresowałem się. I wyszło. Ja to nie wiedziałem, że to było coś nie tak. Tylko stała jakaś postać. Faktycznie lekceważyłem zdrowie. Lekceważyłem swoje sprawy i wtedy poszedłem do lekarza i tak, byłem chory na boreliozę, co najmniej przez sześć lat. Nie poszedłbym, może bym dziś był w grobie leżał. A druga rzecz, kiedyś podjeżdżam traktorem pod rzekę i poszedłem wody dolać do traktora. Zostawiłem tam traktor, taki niezabezpieczony, i wszedłem do rzeki, nagle taki szum się zrobił, nic nie wiadomo, co się dzieje, coś mi nakazało: „Weź się obejrzyj”, obejrzałem się, a z tyłu, za mną traktor jest. To nie była intuicja, tylko po prostu, taki szum się zrobił, abym się spojrzał.

— Bóg nad panem czuwa? — stwierdzam, ale też pytam, i oczekuję ogólnej refleksji, ale on jakby nie słyszał.

— Trzeci raz to, powiedzieć tak szczerze, po pijanemu uderzyłem w krzyż. I nic nie było. Po prostu jakby Bóg przejął to uderzenie na siebie, na krzyż. Nieraz tylko mówię, mam takie przysłowie, że chyba mnie tylko Bóg uratuje od tego wszystkiego. I tak jakoś wychodzi, że dziś nie ma rozwiązania, jutro się jakieś znajdzie…

Nie kończymy, rozmowę przerywa nam dźwięk piły. Na podwórku ktoś rozpoczął cięcie drew.

 

Zaglądamy na to podwórko. Mężczyzna sprawnie, jak żongler, przekłada piłę, taką łańcuchową, z ręki do ręki, to z prawej strony pnia, to z lewej. Idzie wszystko szybko, sprawnie. Jest skupiony, to widać w całej sylwetce. Dopiero z bliska można określić, ile ma lat. Młody. Wygląda jak nastolatek. Ten obraz utrwala wojskowa kurtka z misiem i zielona polarowa czapka z dziecięcym pomponem. Do głowy przychodzi mi myśl, że nic tutaj na nim do siebie nie pasuje.

— Jak jesteśmy bogaci i dobrze nam się wiedzie, to zapominamy o Bogu? — powtarza, by upewnić się, czy dobrze mnie zrozumiał.

Potwierdzam.

— Wierzymy w Boga, a potem to już nie. Pieniądze robią swoje po prostu. Jak mamy dużo, to nie myślimy o Bogu, o niczym, tylko o swoim majątku, jak go pomnożyć, a jak stracimy, wtedy wiara odżywa. Tak mi się wydaje.

Chłopak, młody mężczyzna, wraca do przerwanej pracy. Znów widać, jak biegle posługuje się piłą.

 

Już w chwili, kiedy go zauważyłam, moim pierwszym skojarzeniem było: Antoni z Chłopów. I ciemne włosy, i sylwetka jak Gogolewskiego, gdy grał Antoniego, i ten sposób mówienia z lekkim ociąganiem. Ten jednak — tu podobieństwa się kończą — jak zacznie mówić, to już nie przestaje, nie jak Antoni. Ten mówi dużo, dużo i krótko.

— Kiedyś Chrystus mówił: „Jeśli cię uderzą w jeden policzek, nadstaw drugi”. Ja jestem taki, że zawsze nadstawiam drugi.

— Jak dużo człowiek może znieść, ile takich policzków? — pytam.

— Całe życie.

— Dlaczego?

— A dlatego, że tak jestem wychowany. Po prostu mam w sercu Boga.

— Nie złości się pan nigdy na nikogo?

— Wie pani, to już bym skłamał, jakbym powiedział, że nigdy się nie złoszczę, ale czasem tę złość trzeba przyjąć i pomyśleć.

— Skąd wziął pan w sobie tyle pokory?

— No wie pani, może od Boga. Każdy z nas ma swoje pięć minut z Bogiem. Tak wierzę, jak kto dojrzy tego Boga, to on z nim zostaje.

— Pan dojrzał?

— No, chyba dojrzałem.

— Jak?

— Bo się zmieniłem.

Jaki był, co zmienił, nie mówi. Zmienił się i to teraz jest dla niego ważne.

 

Jedzie powoli, pewnie dlatego, że jest za wielki na tak mały rower — typ składak. Dodatkowa trudność to gumofilce, którymi trudno wyczuć niewielkie pedały. Ten obrazek uzupełniają niepasujące do niczego spodnie od garnituru, kufajka i zawadiacka czapka z daszkiem — kaszkiet.

— Jak się żyje na tej wsi? — odpowiada pytaniem na pytanie. — Bardzo licho, nędznie, od pierwszego do pierwszego, aby tyle.

— Ale widzę, że pan…

Nie pozwala mi dokończyć:

— A smolniaczki sobie wiozę na rozpałkę, do lasu się pojedzie, no bo na kupno mnie nie stać. Trzeba jakoś sobie radzić, pojechać po cichu.

— Czy ja dobrze zrozumiałam, że kradzione?

Uśmiechamy się oboje.

— Jakie kradzione? Normalnie w biały dzień. W nocy się kradnie.

— Ach, to przepraszam, ma pan rację — droczę się.

— W nocy się kradnie, a w dzień to się bierze. Trzeba światło zapłacić, trzeba wodę zapłacić, trzeba gaz kupić, trzeba drzewa na opał na zimę kupić, żonie, co miesiąc na leki — wymienia ciągiem, na jednym oddechu — idzie dwieście złotych, zostaje na życie, tak z ręką na sercu trzysta, trzysta pięćdziesiąt złotych. Wyobraża sobie pani tak żyć?

— Nie — odpowiadam krótko, a on takiej odpowiedzi się oczywiście spodziewa.

— No widzi pani. Mnie się lepiej żyło za… — nie kończy, ale „komuna” zawsze wraca. — Wtedy mi się lepiej żyło. Sto razy lepiej. Ja wtedy nie czekałem od pierwszego do pierwszego, żeby mnie wtedy… U mnie starczało. I dzieci wychował, i dzieci wykształcił. A dziś? My z żoną ledwo, ledwo koniec z końcem. I pani tylko popatrz, jak to w tym rządzie, każdy niewinny. Jak coś tego, to on zaraz mówi, że to politycznie, że politycznie chcą go tego, a kradli… Jak kradli, tak i kradną do dzisiaj. I na to nie ma sprawiedliwości. Nie ma nic.

— Bóg nie czuwa nad Polakami? — pytam, a on patrzy na mnie z politowaniem.

— No, jakie to czuwanie? — Śmieje się już bez skrępowania. — Jakie to czuwanie? Jak okrada jeden drugiego? Jakie to czuwanie? Jak to pani wyobraża sobie, jak wyobraża? — Pytanie raczej retoryczne.

— Pan wierzy w Boga? — On traktuje to pytanie jak zarzut.

— Może wierzę, może nie wierzę. Różnie to bywa. Człowiek, jak to mówią, od maleńkości, tak jak pani mówi: Bóg, Bóg… Bóg dał, Bóg zabrał. Nieprawda. Tu przykładowo przeżyłem te prawie siedemdziesiąt lat i nikt mi złotówki nie dał, nikt złotówki nie dał.

— Jest pan zadowolony ze swojego życia? — pytam, ale chyba znam odpowiedź.

— Nie bardzo. Nędza, bieda, to już lepiej nie żyć. Lepiej nie żyć, bo… po co biedować. Po co biedować?

Odjeżdża. Rower jeszcze jakoś wytrzymuje i tę jego wagę, i… ten jego smutek.

 

— Chyba tak, chyba daje jakieś wsparcie. „Ludzie nie przejmujcie się, jakoś damy sobie radę”, no i dajemy sobie radę. My sobie dajemy nadzieję, że każdego dnia będzie trochę lepiej.

Kobietka można by powiedzieć „klasyczna”. W obcisłych spodniach, blisko ciała z jakiegoś sztucznego materiału. Biały golf z syntetyku i czarny wełniany sweter. Tak, turecki z białym wzorem. Ona też biała. Jej włosy nie są siwe, to białe włosy. I wzrok też. Idealnie pasuje określenie „biały”. Tak, jakby zbyt wiele widziała i na swój sposób oślepła.

— A my mamy co dzień to gorzej, nie lepiej. — Śmiech, a z nim ulatuje optymizm. — Ja to dwóch wnuków wychowuję sierotami. Człowiek musi sobie radzić. Mąż zmarł, synowa zmarła i to w trzech miesiącach. Wczoraj wypłakałam się, dzisiaj chodzę, obiad gotuję i płaczę, no bo spojrzę na dzieci, dzieci sierotami. Nie mają matki, a ojciec… Ojciec… matki nie zastąpi, nie da rady.

— Był taki moment, że pani zwątpiła?

— Tak i to wiele razy — mówi łamiącym się głosem, ale łzy udaje się powstrzymać — Ja czasami siedziałam w domu i płakałam bez przerwy, a czasami idąc z pracy, jak jeszcze pracowałam, jak wychodziłam, to ja na ludzi nie patrzyłam, bo ja nie mogłam. Co spojrzałam, jak ktoś się śmiał, to ja płakałam, bo mnie szkoda było nie tak męża, bo jak to się mówi, swoje lata miał i swoje przeżył, ale młodej kobiety, co dzieci zostawiła.

— Można tak z pokorą wszystko znosić, bez złości?

— Można, bo złość nic nam nie da.

— Ale po co Bóg tak nas doświadcza? Panią doświadcza?

— Chyba doświadcza, żebym jeszcze pożyła i drugiemu wybaczyła, i zniosła wszystkie, wszystkie złości, wszystkie cierpienia.

— Tylko, po co? — mówię niemal szeptem przez ściśnięte gardło, bo trudno mi uwierzyć, że tak bardzo można zniknąć jako człowiek w wybaczaniu. — Pytała się pani Boga, po co?

— Na to, to On już nam nie chce odpowiedzieć…

 

powyższy fragment pochodzi ze zbioru reportaży Małgorzaty Gwiazdy-Elmerych Czy Bóg tutaj [2018]

Małgorzata Gwiazda-Elmerych (ur. w 1967 r. w Międzyzdrojach) — dziennikarka, pisarka, coach. Związana z telewizją, radiem i prasą (TVP Szczecin, TVN, TVN 24, „Dziennik”, „Focus historia”), autorka reportaży o tematyce społecznej. Laureatka Nagrody Prix Circom Regional 2001 za najlepszy program informacyjny „Nareszcie sobota”; Publicysta Roku 2001. Wydała powieści: …nie-całkiem dobra kobieta (2010), Toto (2014), Zapojutrze (2021), poradnik: Instrukcja obsługi matki (2017) oraz reportaże: Czy Bóg tutaj (2018).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści