MARIA JENTYS-BORELOWSKA
Moja Eliza [fragment 2]
Jedyna taka spółka autorska [z niedzieli 20 na poniedziałek 21 lutego 1910]
Chociaż byłam bardzo zmęczona wielogodzinnym czuwaniem nad chorą i marzyło mi się miękkie i ciepłe łóżko, poszłam tam, gdyż wiedziałam, że na jej biurku urosła wielka sterta listów, którymi wreszcie ktoś musi się zająć. A kto, jak nie ja. Rozsiadłam się więc w jej fotelu i zanurzyłam w tej stercie ręce. Przeważającą jej część stanowiły listy z Florianowa. Pan Tadeusz Bochwic pisał do Elizy codziennie, wiedział bowiem, że ich łaknie jak przysłowiowa kania dżdżu, a gdy z końcem stycznia przestały doń docierać błękitne „mewy” z Grodna — tak Eliza nazywała swoje listy do tego człowieka — zwrócił się z gorącą prośbą o słowo otuchy do mnie. Na szczęście po połowie lutego mogłam go słowem takim z czystym sumieniem obdarzyć. Skreśliłam zatem do pana Tadeusza kilka zdań, informujących, że doraźne zagrożenie minęło, lecz chora jest tak słaba, że pióra w ręku nie utrzyma przez pół minuty, grodzieńskie „mewy” więc nieprędko znów do Florianowa polecą. „Niechże jednak drogi Pan nie wątpi — dodałam w jej imieniu — że pańscy codzienni gońcy są dla niej smugami światła w ciemnicy”. Włożyłam kartkę do koperty, na kopercie wykaligrafowałam adres: „Jaśnie Wielmożny Pan Tadeusz Bochwic, majątek Florianów koło Lachowicz, powiat nowogródzki, gubernia mińska” i, przywoławszy służącą, poleciłam jej nadanie przesyłki jeszcze dzisiaj, i to pocztą ekspresową.
Gdy dziewczyna zamknęła za sobą drzwi gabinetu, wzięłam z kolei do ręki list od Tadeusza Garbowskiego, przeczytałam kilka zdań, z których się składał, i — odpłynęłam. Fala wspomnień, nim zdałam sobie sprawę z jej zniewalającej mocy, porwała mnie i uniosła do odległego o półtora tysiąca kilometrów Wiesbaden, pięknego, zielonego, słonecznego niemieckiego kurortu, w którym dziesięć lat wcześniej, pod koniec czerwca dziewięćdziesiątego dziewiątego roku, miałam szczęście być przy narodzinach ważnej, choć trudnej, pełnej zgrzytów i napięć więzi między wielką pisarką a wybitnym uczonym, filozofem i poetą. Więzi, której owocem jest ich wspólna powieść Ad astra. Jak wiadomo, ad astra to część łacińskiej frazy per aspera ad astra, co znaczy: przez ciernie do gwiazd. Trudno o trafniejszy tytuł dla historii kobiety, która wyrzeka się Miłości (tak, tak, przez duże M!) w imię ideału Dobra, oraz mężczyzny, który rzuca wyzwanie śmierci, by posiąść Prawdę (którą w ostatecznym rozrachunku okazuje się Miłość). Ad astra to epistolarny dialog dwóch wzniosłych dusz, dialog, w którym ja, od lat towarzysząca pisarce w jej życiu codziennym, odnajduję nieznaną mi i nawet nieprzeczuwaną Orzeszkową. W listach Seweryny Zdrojowskiej do Tadeusza Rodowskiego widzę tajnię serca Elizy, bez żadnych osłon i kamuflaży. To samo dotyczy listów Rodowskiego do panny Zdrojowskiej: są głosem samego Garbowskiego. A dramat bohatera Ad astra to jego własny dramat! Skąd to wiem? Ano wiem.
Darzę profesora Garbowskiego uczuciem, jakim się darzy kogoś bliskiego, godnego przyjaźni czy nawet braterskiej miłości. Bo przecież to on wzniecił twórczy ogień w duszy Elizy, kiedy po śmierci męża pogrążyła się w żałobie i zaczęła gasnąć, stygnąć, obumierać. To on ją ożywił i zwrócił ku… gwiazdom! Jakżebym więc mogła go nie kochać?! (Wiem, że patos tych słów może razić lub śmieszyć, lecz przecież nie ma w nich przesady: i Orzeszkowa, i Garbowski byli ludźmi Idei; trzymając się mocno ziemi, myślami wybiegali poza ziemskie horyzonty).
Jakże złudna wobec więzi z Garbowskim, a przy tym jak żałosna, a nawet gorsząca była jej miłość do trzydziestoletniego, o ćwierć wieku młodszego, nad wyraz urodziwego oficera, który zaczął bywać w jej domu po śmierci Nahorskiego, a od stycznia dziewięćdziesiątego ósmego stał się nieomal domownikiem i lektorem! Blisko sześćdziesięcioletnia wdowa chwyciła się tej miłości niczym tonący, który chwyta się przysłowiowej brzytwy, i omal nie utonęła. Nie zdradziła się wprawdzie żadnym słowem ani gestem ze swego niewczesnego zauroczenia, ale i tak wszyscy wiedzieli, co się święci, i kiwali głowami: jedni z dezaprobatą, inni ze zdumieniem, a niektórzy z niepokojem i współczuciem. Ja należałam do tych ostatnich — po pierwsze, wiedziałam, ile cierpienia sprawia biedaczce ten niewczesny afekt, po wtóre, zdawałam sobie sprawę, że żadna złośliwość, i nie tylko złośliwość, nie zostanie jej oszczędzona, jeżeli tajemnica nieszczęśliwego serca dostanie się do publicznej wiadomości! Wielka Pisarka i Pierwsza Obywatelka była wszak nieustannie „na widelcu” tak zwanej opinii publicznej, czyli plotkarzy, zawistników oraz pismaków z brukowej prasy. Na szczęście duma, godność i dyskrecja zdołały ją ustrzec przed ludzką podłością.
A jak doszło do tego, że pod szyldem znanej wszystkim Elizy Orzeszkowej i nieznanego nikomu Juliusza Romskiego w roku dziewięćsetnym czwartym ukazał się głośny dziś utwór?
Otóż wbrew powszechnym domysłom to nie Orzeszkowa, rozdwoiwszy się na animę i animusa, stworzyła Ad astra. Na pomysł tej osobliwej epistolarnej historii wpadł Tadeusz Garbowski, ukrywający się pod pseudonimem Juliusza Romskiego profesor Wszechnicy Jagiellońskiej. (Używszy bezrefleksyjnie idiomu „wpadł na pomysł”, poczułam niesmak, gdyż wydało mi się, że przecież ktoś o tak wyrafinowanym umyśle raczej nie „wpada na pomysły”, tylko wysnuwa je z subtelnych przesłanek. Ale zaraz przywróciłam ów idiom do łask, uznawszy, że przecież profesor nie jest aż tak… astralny).
Pomysł dotarł do potencjalnej wspólniczki pod postacią listu.
List zaś z propozycją NIE DO ODRZUCENIA otrzymała adresatka — że przypomnę — pod koniec czerwca dziewięćdziesiątego dziewiątego roku. Przyszedł do Wiesbaden z Krakowa jako załącznik do listu Jadwigi Eysymonttówny. Siedziałyśmy akurat w czarownym różanym ogrodzie willi Roos (usytuowanej przy nie mniej czarownej Sonnenbergstrasse), Eliza odpoczywała po porannej kąpieli solankowej, a ja czytałam wiersze Marii Konopnickiej (bodaj z Linii i dźwięków), gdy posłaniec przyniósł pocztę. Rozpoznawszy pismo swojej ulubionej wychowanki, rozcięła kopertę i zdumiała się: prócz krótkiego liściku od Jadwisi był tam arkusz papieru zapisany gęsto równymi, pięknie cyzelowanymi, lecz nieznanymi jej literami. U dołu miał datę: „8 czerwca 1899”; i podpis: „Leon Płoszowski”.
— Czy to nazwisko coś ci mówi, Maryniu? — zwróciła się do mnie. — Jadwisia pisze, że jest to literacki pseudonim członka uniwersytetu krakowskiego, a zarazem poety, który na razie nie chce się przedstawić. Ale uczyni to, gdy tylko przyjmę współudział w pracy nad powieścią, który to współudział mi proponuje, odrzucając z góry, cytuję fragment, na którym akurat zatrzymało się moje oko: „wszelką możliwość odmowy”!
— Nic mi nie mówi pseudonim literacki tego tupeciarza — odparłam. — Ale skoro nasza Jadwisia go rekomenduje, to może nie jest tupeciarzem, tylko… geniuszem, kto to wie?! Słuchała jego wykładów na kursach Baranieckiego, więc zna go z dobrej strony. Inaczej nie podejmowałaby się pośrednictwa między nim a tobą. Ciekawe, co on ci proponuje.
— Czytaj, Maryniu — rzekła, podając mi arkusz wydobyty z koperty. — Obie płoniemy z ciekawości.
Oto ów list, który tchnął nowe życie we wdowią egzystencję Elizy na pięć lat. Skopiowałam go dla siebie (za jej zgodą) i umieściłam w osobnym pudle razem z kopią jej odpowiedzi.
„Czcigodna Pani potrafi ocenić, jak trudnym jest dla mnie list niniejszy, i dlatego zechce mi łaskawie wybaczyć, że unikam wielkiej stylizacji, która by mi się prawdopodobnie nie powiodła, i że prośbę mą zanoszę w słowach możliwie prostych i zwięzłych.
Tej wiosny poznałem dwa Jej dzieła: Dwa bieguny i Melancholików. Następnie dowiedziałem się okolicznościowo, że Czcigodna Pani zamierza udać się tego lata do Wiesbadenu, a stamtąd do Szwajcarii lub Zakopanego. Wkrótce potem, z początkiem maja, po bezwiednym skojarzeniu się pojęć i wrażeń powstał we mnie naraz pomysł do dzisiejszego kroku. Powstał — podobnie jak na przykład wszystkie me najlepsze idee naukowe — zupełnie nagle, co jest dla mnie równocześnie rękojmią, że jest on rdzennie trafny, naturalny, szczęśliwy. A powstał tak stanowczo, żem się z nim natychmiast zrósł duchowo i zżył niebawem tak całkowicie, iż zmartwiłbym się niesłychanie, gdyby się nie dał urzeczywistnić. Chodzi o wspólną pracę, o książkę, która miałaby być dziełem sztuki, a nie traktatem, chociaż cała jej treść byłaby dwoista. Nie śmiem zajmować tu Czcigodnej Pani pobieżnym chociażby zarysem owej treści, dodam tylko, iż rzeczy takiej nie było dotąd u nas ani zapewne w literaturze powszechnej. Zrazu z ogólnej mgły nic określonego nie mogłem rozeznać; później — jak i obecnie — z każdą chwilą jawią się przede mną nowe szczegóły, nowe rakietowe blaski, które całość coraz dokładniej oświecają. Będą to dwa żywioły. Ja dam niecierpliwe wybuchy młodości; obok walki ognia i wody — popiół naukowych analiz i wyciągnięty z nich piołun zwątpień. Pani da wytrawny miód mądrego i ciepłego serca i cichy balsam życiowego doświadczenia. Ja zajmę biegun księżycowo ognisty, Pani będzie stroną pogodną, mleczną, promienną. Tak jasno to wiem i całą piersią czuję, że i Pani znalazłaby w pracy tej zadowolenie szczere i pełne, że odrzucam z góry wszelką możliwość odmowy Jej współudziału. Dziś wszakże wypadałoby mi przede wszystkim wytłumaczyć w jakikolwiek sposób niezwykłość i niestosowność drogi, którą obrałem, aby zwrócić się z mą zarozumiałą prośbą do tak Wielkiej Autorki.
Oto powody, dla których popełniam tę niesłychaną niegrzeczność towarzyską, że narzucając się osobie tej miary przemilczam zrazu moje rodowe nazwisko. Ale mam przecież nadzieję, że Łaskawa Pani, czytając te słowa, przeczuje intuicją, iż stosunek autorski ze mną nie ubliżyłby Jej ani pod względem społecznym, ani literackim. Ufam zresztą, że drobna niewłaściwość w mym postępowaniu nie powstrzyma Jej od wyciągnięcia do mnie dłoni. Nie wymagam nic więcej, jak tylko zezwolenia, abym bliżej wyjaśnił plan owej wspólnej pracy, i wiadomości, czy nie moglibyśmy się zjechać w lecie w jakim uzdrowisku celem osobistego porozumienia. Wprawdzie i praca par distance nie byłaby wykluczoną; jednak bezpośredni stosunek ułatwiłby ją niezmiernie. Gdyby kuracja Czcigodnej Pani miała się przewlec do drugiej połowy lipca, to byłbym gotów wybrać się do Wiesbadenu, jakkolwiek dla pokrzepienia sił nie potrzeba mi zwykle niczego więcej prócz Alp lub morza. Oby to jednak mogła być Szwajcaria! Jak cudną dekorację dla mającej się stworzyć walki dałoby na przykład Interlaken…
Miałbym jeszcze tyle do napisania, aby myśli mojej zapewnić powodzenie, lecz niepodobna nadużywać dłużej cierpliwości Czcigodnej Pani. Polecam się tedy Jej dobrej woli”.
— No i co teraz myślisz, Maryniu, o tym niby-Płoszowskim: tupeciarz czy może jednak geniusz? — spytała Eliza, wyraźnie podekscytowana.
— Może i geniusz — odparłam. — Ale i tupeciarz!
— Dlaczegóż to? — Uniosła brwi. — List jest wręcz czołobitny.
— Ale i zuchwały — nie ustępowałam. — Autor, nie ujawniając swej tożsamości, żąda, aby najjaśniejsza gwiazda na naszym literackim firmamencie…
— Ależ, Manitko, co też ty wygadujesz?! Kpisz sobie ze mnie i z tego młodego, nieprzeciętnie uzdolnionego człowieka…
— Daruj, Elizo, zagalopowałam się! W gruncie rzeczy uważam, że propozycja twojego tajemniczego korespondenta jest ogromnie kusząca. Zatem, niech i ja go zacytuję, nie powstrzymuj się od wyciągnięcia do niego dłoni.
— Skoro w tobie, Maniu, nasz marzyciel ma już sojuszniczkę, to nie mogę nie podać mu ręki. Tylko czy go nie rozczaruję? Czy znajdzie mnie taką, jaką chciałby znaleźć? Przecież nie! Bo takiej Orzeszkowej nie ma!
— Za to jest Orzeszkowa, która ma w sobie „wytrawny miód mądrego i ciepłego serca oraz cichy balsam życiowego doświadczenia”. I ta go nie rozczaruje.
— Oj, Maryniu, Maryniu — westchnęła. — Jakże mało ty o mnie wiesz, moja Pocieszko!
Tydzień później, dokładnie dwudziestego dziewiątego czerwca, podczas kolejnej sjesty w różanym ogrodzie willi Roos, przeczytała mi list, który napisała do swojego tajemniczego wspólnika in spe, po czym poprosiła, bym go skopiowała i jak najprędzej oddała do wysłania.
— To nie taki sobie zwyczajny list, ale dokument, wstępna umowa określająca warunki współpracy z nieznanym mi człowiekiem, muszę więc mieć ją u siebie do wglądu — rzekła.
Zgodziłam się z nią i przepisałam rękopis. Dzięki temu mogę teraz słowami samej Orzeszkowej opowiedzieć o narodzinach owej osobliwej współki pisarskiej i jej jedynego dzieła — najosobliwszej pod gwiazdami opowieści o Miłości. W każdym razie — dla mnie najosobliwszej.
Muszę zaznaczyć, że ten jej pierwszy list do anonimowego wspólnika in spe to prawdziwe arcydziełko sztuki epistolarnej. Mistrzyni pióra o sercu pełnym dobroci i duszy anielskiej użyła środków, które poruszyły go widać do żywego, bo już drugiego lipca otrzymała od Tadeusza Garbowskiego szczegółowy szkic powieści oraz wiersz. A oto ów list…
powyższy fragment pochodzi z przygotowywanej do druku powieści Marii Jentys-Borelowskiej Moja Eliza [2026]
Maria Jentys-Borelowska (ur. w 1942 r.) — autorka wierszy, opowiadań, powieści, recenzji i szkiców o literaturze, reportaży, wywiadów, artykułów publicystycznych oraz haseł encyklopedycznych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, mieszka w Warszawie. Redaktorka wydawnicza (m.in. Wydawnictwa Naukowego PWN), członkini zespołów redakcyjnych „Migotań”, „Sycyny”, „Wyspy”. Publikowała m.in. w: „eleWatorze”, „Kresach Literackich”, „Okolicach”, „Regionach”, „Twórczości” i „Tygodniku Kulturalnym”. Wydała zbiory wierszy: Córka Ikara (1990), Szare godziny Weroniki (2004); powieści: Z wyroku cara: dziennik zesłanki (2018), Portret w półcieniach (2022); zbiory szkiców krytycznoliterackich: I światłem być, i źrenicą (1990), Pomnożyć serca dostatek (2004), Nić Ariadny (2005), Argonauci naszych czasów (2009) i monografię Ogrody zamyśleń, marzeń i symboli. Rzecz o Janie Drzeżdżonie (2014).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved