Skip to content

WOJCIECH JUZYSZYN

Monolit. 1

Dżosef szedł wojskowym krokiem ciasnymi uliczkami wciętymi w niskie zabudowania, naciągnął kołnierz płaszcza, który zachrypiał, trąc o jego szorstki, krótki zarost, jakby tym skrawkiem odzienia odgrodzić się chciał od wszędobylskiego brudu i zatęchłej zawiesiny. Czyścioszków w takich zapuszczonych dzielnicach nie zobaczysz, maszyny dbające o porządek zostały z nich wycofane, banici gruchotali je co rusz pałkami.

Przerzedził dłonią ścięte na jeża czarne włosy, zgarnął przy tym jeszcze garstkę krwi Trejtora, którego dwa kwadranse temu mordował w jego zapyziałej dziupli. Ależ Dżosef by sobie zapalił! Szukał tylko malowniczej miejscówki, młócąc buciorami ciężko jak słoń, bo w innej dymek aż tak by go nie ukoił.

Znalazł opuszczony budynek przeznaczony do likwidacji, drewniane drzwi można było otworzyć tylko od środka. Dżosef wyłamał jedną z desek i udało mu się wślizgnąć. Przemierzył wszystkie piętra, trzeszcząc laczkami na zabytkowych, zbutwiałych schodach. Co za luks! Drzwi na dach puściły po uderzeniu barkiem. Drobiny pyłu wzleciały, osadzając się na szarym płaszczu, czarnym golfie i luźnych dżinsach.

Wyszedł na dach, okrążył nadbudówkę i łupnął plecami o jej ścianę po drugiej stronie, pospiesznie wyciągając pomiętą paczkę papierosów. Drżącą ręką wydobył dwa papierosy i wsadził oba w usta. Pstryk! Ogień zapalniczki połechtał białe końcówki. Dżosef zaciągnął się, wydmuchał dym. Był szczęśliwy. Nerwowość ustępowała. Po namyśle wsadził w usta trzeci tytoniowy rulon.

Huu! — wybawczy dymek rozprzestrzenił się przed oczami, przysłaniając piękny widok zachodzącego słońca nad rubieżami miasta i odległym śmieciowiskiem. Palce opuszczonej ręki zakleszczały trójrulonowy papieros, Dżosefową bazookę odprężenia.

Choć nienawidził nowej pracy, żył dla takich chwil jak ta. Może to wyssana z mlekiem matki autodestruktywność tak nim kierowała, sam nie wiedział, postrzegał swe istnienie jako pojebaną osobliwość. Co innego może powiedzieć człowiek, którego matka zabiła się, połykając bombę.

Trejtor z dzisiaj też był nieźle pojebany, bronił się jak dzik i fruwał po pokoju z lasernożem jak opętany, jechał chyba na neurogniotach. Wcześniejsze trzy akcje dały Dżosefowi fałszywy ogląd, że może nie będzie na tym stanowisku tak źle. Przebranżowił się z cyberobrony, bo już mu oczy wypalało od kompa. Cóż, do wyboru miał wypalanie oczu przed kompem albo pełne krwi i napięcia akcje w terenie, wiadomo, wolał chronić oczy. Cieszył się, że większość kolegów z działu nie podzielała jego mindsetu i wakat agenta zdobył właściwie od ręki. Wystarczyło tylko wypełnić rubryczki na papierkach i złożyć parę podpisów na świstkach, których nawet nie przeczytał.

Dżosef wypalał niespiesznie siódmego papierosa, chropowata ściana uwierała w plecy. Ugiął nogę i o ścianę wsparł też podeszwę. Spoglądał na skrzypiące dźwigi porastające odległe połacie śmieciowiska. Nie dziwiło go, że Trejtor uwił sobie melinę na pograniczu miasta i pełnych rupieci terenów maszyn. Zdrajców ciągnęło w te rejony, jakby wierzyli, że kiedyś śmieciowisko wciągnie ich w swe trzewia i sami staną się maszynami.

Dźwigi obracały się smętnie, kawałek w tę, kawałek w tamtą stronę, niektóre oleiście machały kulami do wyburzania. Jałowe, samoistne ruchy wzbudzone nikomu nieznaną energią. Dżosef zmarszczył czoło, wybierając z paczki ósmy tytoniowy rulon. Ciągle się zastanawiał, skąd na śmieciowiskach zawsze tyle dźwigów, skoro nikomu nie służą. Od maluczkiego, zapuszczając się na różne peryferia, często je widywał.

Poczuł po tych ośmiu dymkach, że może wrócić do żywych. Włączył aplikację telefonu we wszczepie i zadzwonił do koleżanki z cyberobrony. Pewnie teraz mości swój ładny tyłeczek w fotelu przy biurku i naparza w klawesyn, starając się rozpracować tajemniczy kod programu Soul.

— Cześć, Dona. Jestem już po. Kolejny do grobu. — Zmarszczył się, bo zaciągnął się spontanicznie zapalonym dziewiątym papierosem.

— No nieźle, ty się w tym naprawdę odnajdujesz. Zgłosiłeś już, że skończyłeś?

— Jeszcze nie, napawam się. Stoję na dachu, palę, podziwiam widoki. Wolałem zadzwonić do ciebie.

Zaśmiała się.

— Zgłaszaj od razu, już raz ci zwrócili uwagę. Muszą kasować zagrożenie. Przy okazji, kierownictwo chce, żebyś czasem wpadał do biura.

— Co? — Zląkł się. — Nie rozumiem… Ale chyba nie będę musiał patrzyć w komputer?

Znów się zaśmiała.

— Jesteś prawdziwym unikatem, moda na scrapbooking i papierowe książki przeminęła bezpowrotnie, a ty dalej swoje.

Cisza.

— Nie, nie będziesz. Chodzi o Foresight, chcą się do niego znów podłączać, bo może to pomoże przy Soul.

Dżosef westchnął. Jego przeklęty wszczep w jakiś sposób miał połączenie z siecią sztucznej inteligencji. Nazywali go Foresight, „Dalekie Widzenie”. Dzięki niemu obrona mogła próbować inwigilować poczynania zbuntowanych maszyn, niewielkiej garstki dowodzonej przez „roboset”, zły program, który skierował się przeciw ludziom. Dostęp nie obejmował wielu serwerów, ale starali się to rozwijać i przełamywać zabezpieczenia.

— Już tysiąc razy próbowali — jęknął. — Zawsze mnie mdli po tym, jak we mnie grzebią.

— Spokojnie, będziesz dostawał wtedy mniej w terenie. No i wyobraź sobie, że ten cały Soul może być czymś w rodzaju podrasowanego Wycieku. Trzeba to gówno zatrzymać.

— Chyba że tak…

Nie cieszył się ani trochę. W żadnym wszczepie nie grzebali tak głęboko jak w jego i choć regularnie go badali, obawiał się, że w końcu sfajczą mu mózg, a wyniki stanu zdrowia na bieżąco upiększają, żeby hulało.

— To co, kawa dzisiaj? — spytał.

— Może tak, zobaczę, jak wyrobię z pracą.

Pożegnali się.

Odepchnął się od nadbudówki, płaszcz, który okręcił się mu się wokół nogi, pchnął ręką, aby wyswobodzić kończynę. Materiał odzienia załopotał, kąpiąc się w promieniach schyłku dnia. Dżosef sztachnął się zapachem szlugów wystających z paczki, po czym zwolnił je z posługi i dał im zatonąć w kieszeni dżinsów.

„Zdaj raport dopiero w domu” — nakazał mu mały buntowniczek od dawna zakorzeniony w sercu. Zadzwoni z wanny pełnej wody, z ogórkami na oczach. A na dryfującej tacy-kaczusze przypłynie ożywczo słodkie whisky sour.

Agent zawrócił na schody, drewniane stopnie stęknęły znowu pod zaprawioną znojem masą ciała. Na trzecim piętrze zatrzymał się i zajrzał w głąb korytarza, jedne z drzwi do porzuconych mieszkań były uchylone, przez szczelinę wydobywała się zmęczona łuna światła. Z wnętrza dobiegały trzaski, pyrkanie i cyberplumkanie.

Dżosef naprawdę chciałby to zignorować, jednak co najmniej jedną z komór jego serca natura zbudowała z tkanek służbisty. Westchnął, gdyby tak któryś z majstrów potrafił wykrawać cechę osobowości z ciała, a nie ciągle te pręty, silniki, śruby i kabelki.

Zebrał się w garść, gdyż zmęczona jaźń zaczęła dryfować. Skręcił z klatki w obskurny korytarz. Przytulił się plecami do ściany, żeby wyminąć dziurę, która zżarła spory kawał podłogi. Postawił ostrożnie pierwszy krok w bok, sprawdzając zdatność podłoża. Wyglądało okej. Drugi krok, trzeci, nabrał zaufania i zaczął przemieszczać się szybciej. Wiedział, że na wąskiej półce nie wolno mu robić ryzykownych rzeczy, takich jak stepowanie czy breakdance, więc naszła go na nie ochota.

Powitała go znów podłoga bez uszczerbku. Ominął kapiącą wodę z sufitu i trzymał się z dala od gołych kabli wystających ze zrytej ściany. Przeszedł obok mieszkań 306 i 307, złapał za drzwi mieszkania 308. Popchnął i zagłębił się, pozwalając pożreć się elektronicznej łunie.

Ciasny przedpokój, trzy otwarte wejścia. W pomieszczeniu po lewej na podłodze spoczywał młody trup, z rozprutych żył wypływała piana i zielonkawa maź, przedawkował neurognioty. W skroni zionął otwierany model wszczepu, obecnie podłączony kablem do komputera. Napruty używką musiał tuż przed śmiercią nieźle ugrzęznąć w sieci.

Pokój tonął w świetle monitorów, popsute emitowały szum, inne wypluwały wiązki kodu. Na blatach leżały wzmacniane protezy bojowe, dwa karabiny, mrowie pustych iniektorów po neurogównie. Niskie szafki zapełniały płytki danych, sporadycznie książki. Odnalazły się nawet dwie zasuszone difenbachie.

Na jednym z ekranów widniał pasek informacyjny, w tym: „Gospodarz sieci: »roboset«”. Dżosef uśmiechnął się pod noskiem. Przypadkiem odkrył melinę Trejtora.

Ciekawe, o czym ptaszki świergotały. Z sakwy przy pasku wyjął pijawkę, wbił się igłą w skroń młodziana obok kabla, nacisnął guzik na przekaźniku. Diodka w przekaźniku migała na żółto, zasysanie danych. Dżosef puścił pijawkę, zostawił pupila w głowie denata i zbadał dwa pozostałe pomieszczenia, w razie gdyby jakiś kumpel ładował tam laserpiłę. Nul, ziomal poszedł na piwo albo nie istniał.

Agent niecierpliwił się, pijawka ssała wyjątkowo długo. Na szczęście Trejtor machnął się na ekspres do kawy. Dżosef wcisnął „Cappuccino”, maszyna pierdnęła, rzygnęła czarną plwociną, a następnie białaczką mleka. Zrobione. Filiżanka pofrunęła w przestworza, zwiewna pianka musnęła wargi, przyprószyła zarost.

— Mmm, naprawdę włoska jakość — mruknął zaskoczony, z białą chmurką ponad wargami.

Usiadł na parapecie, włączył radio i przy akompaniamencie trzeszczącego, leniwego bitu zerkał przez okno z trzeciego piętra na ścisk niskich budynków, ich sponiewierane ściany, brudny dym wylatujący z kominów i martwe, matowe okna.

Jedna kawka nie wystarczyła, żeby pijawka przestała bzyczeć. Ekspres spreparował drugą porcję płynnej goryczy (Dżosef zawiódł się na gospodarczym wyczuciu młodzieńca — nie kupił cukru). Opróżnił pół kolejnej filiżanki, pijawka zaświergotała, a diodka zapaliła się na zielono. Opiła się danymi w bród.

Pupil trafił z powrotem do sakwy. Przekaże te dane jutro z samego rana w biurze. Dopił naprędce kawkę i opuścił ruderę.

Po kilku krokach na wąskiej uliczce usłyszał warkot silników. Zza średnio oddalonego zakrętu wyjechało trzech motocyklistów. Zatrzymali się i łupnęli wysoko sznurowanymi buciorami o asfalt, jednoznacznie tamując magistralę strumienia danych typu: „Swobodny powrót do domu”. Niech to, Dżosef zgrzytnął szkliwem, tak bardzo już marzył, aby stać się szczęśliwym strumieniem danych wartko mknącym do swego szałasu.

Agent stanął, kaszlnął, udał, że sprawdza coś w aplikacji wszczepu, wyświetlając przed sobą holograficzny portal sieciowy.

— Ah! — rzekł głośno i jak gdyby nigdy nic zmienił kierunek marszu, by zaszyć się w bocznej uliczce.

Motokoksy ruszyły natychmiast, sprawnie zablokowały mu drogę, pierdząc chamsko rurami i częstując go wyzywającymi uśmieszkami.

Pośrodku siedziała na siodełku wielka bryła mięcha, która zdawała się wysysać masę swym szczupłym pomagierom po bokach. Mięcho było opalone, koleś z irokezem był blady jak szkielet, babka po prawej zaś czarnoskóra, prezentowali karnacyjną tęczę. Babka też wyhodowała irokeza, jednak trwał przygolony przy czaszce, u Irokeza odstawał jak płetwa wieloryba. Wszyscy mieli ciemne dżinsy, rozpięte skórzane kamizelki, mrowie metalu, ćwieki i łańcuchy.

Po kolei skinął im uprzejmie głową:

— Panie Mięcho, Panie Irokez, Pani…

— Mów mi Czarna Mamba, misiu, jak wszyscy…

Wydął wargi, może być.

Dżosef ponownie spróbował fortelu, kaszlnął i udał, że coś sprawdza we wszczepie, robiąc kilka niepewnych kroczków w bok.

— Cokolwiek to jest, poczeka — rzekł rozbawiony mięśniak. — Dostaliśmy mały anons, wyobraź sobie, że ktoś grzebie w głowie naszego kumpla. — W geście zdziwienia podniósł rękę włożoną w skórzaną rękawiczkę z ćwiekami.

— Kumpla? Ten Trejtor z rudery to wasz kumpel? Nie gadajcie, że takie zabijaki jak wy to Trejtorzy. — Bardziej mi się kojarzyli z cyberświrami.

— Nie jesteśmy zdrajcami, mamy w dupie maszyny. — Mięśniak cmoknął wargami. — Może to nie był prawdziwy kumpel, to prawda. Ale wiedział, jak skołować cacy towar, wiesz, taki, którym można popieścić kable. Domyślamy się, że zaniesiesz swojego pupila do jakiegoś centrum jajogłowych i dowiecie się przy okazji, co to znaczy zabawić się na całego. Nas by to nie ucieszyło, wiemy, że trzymacie z glinami.

Powietrze nasiąkało charakterystycznym zapachem, zbierało się na deszcz. Słońce zniknęło za chmurami, cień wtoczył się na niskie budynki i ciasne uliczki.

— Jeszcze dziś przefiltruję dane i wykasuję wszystko, co nie ma związku z maszynami, słowo harcerza. — Dotknął dłonią piersi, mentalnie krzyżując palce drugiej ręki za plecami.

Zarechotali.

— To świetny pomysł i przystajemy na niego. Ale dla zasady spierzemy cię i ograbimy, co ty na to?

— Słuchajcie, rozumiem takich jak wy. Ciężka młodość, życiowe meandry, nie jest łatwo. Szanuję wasze butne serca. Wyszedłbym z kontrpropozycją. Co powiecie, jak przeleję wam parę cyberżetonów na piwko, darujecie mi i spierzecie kogoś, kto nie rozumie, co wami powoduje?

— Nie, spierzemy ciebie. Mordobicie to rodzaj konwersacji, a dobrze, jeśli jedna strona rozumie drugą — zażartował Irokez. Od niechcenia odgarnął kamizelkę do tyłu, prezentując rękojeść noża.

Żarty rosły w siłę, ładunek gromadził się przed burzą. Niedobrze, niedawno naszprycowali się neurogniotami. Przez skórę przezierały zgniłozielone żyły.

— Zabawimy się, a kiedy już będziesz ledwo żywy, darujemy ci życie w zamian za cały twój portfel i za cenną pijaweczkę — nakreśliła Mamba.

— Szczerze mówiąc, miałem inne plany na wieczór.

— Człowieku, więcej spontanu — zarechotała kupa mięcha.

Dżosef wyjął paczę papierosów.

— Mogę zapalić? Strzemiennego — poprosił. — Potem przez rurkę w szpitalu za wiele nie przykopcę. — Błysnął chytrze okiem.

Mamba zeszła z motoru, jęła kręcić kolczastym łańcuchem i ruszyła sprintem do natarcia. Dżosef w te pędy zaprzestał palenia, wyrzucił ramię w górę i wszystkie szlugi wyleciały z paczki. Sięgnął od razu po trzy kolejne paczki i wyrzutem wyswobodził wszystkie tytoniowe rulony. Kręciły się w przestworzach, wolne, lecz wciąż gotowe do posługi. Choć wznosiły się, tonęły w odmętach pomarańczowego światła. Mężczyzna aktywował wszczepem moduł zgęstniający, jeden z drutów, który wbudował mu majster. Papierosy zebrały się w linię, połączyły końcówkami, scaliły na fest i utwardziły. Zanim agresorka przebyła pół dystansu, agent zmontował sobie kij w muskanej schyłkiem dnia uliczce.

Mamba w dupie miała jego pałkę, nawet nie mrugnęła, rzuciła się do wypadu i machnęła żelazem. Dżosef zbił napaść paradą, płynnie skracając dystans, i bez pardonu wbił się końcem kija w tchawicę rywalki. Upadła na jezdnię, łapiąc powietrze. Rzuciła się na solówę, skończyła jako mięso armatnie.

Irokez i Mięcho brali go już w kleszcze. Irokez uśmiechnął się, pochylił głowę i jego irokez rozszczepił się, zawibrował głośno jak toksyczna grzechotka drapieżnika. Z dziurek w głowie wystrzeliły małe, obrzeżone żółcią na krawędziach, czarne żądełka, odrzucając lekko w tył snajpera. Dżosef wykonał wirującą paradę papierosowym kijem, szlag! Jedno żądełko przefrunęło przez wiatrak!

Wbite między obojczyk a szyję wpuściło do organizmu zwiotczający specyfik. Dżosef dawno się z czymś takim nie spotkał, nie miał nic pod ręką. Przefrunął jaźnią przez interfejsy wszczepu. Wyszukaj: specyfik. Doprecyzowanie: trutka. Szukaj, szukaj! Drut: rozrzedzenie! Sukces.

Agent chyżo zapanował nad zwiotczeniem ciała, choć mgła otumaniała zmysły. Jedno, dwa żądełka więcej i pewnie na kwadrans ległby plackiem, który przysmażyłyby rozgrzane kurwicą podeszwy butów.

Wykonał unik skokiem do tyłu, sierpujące elektrokastety Mięcha przypaliły mu płaszcz. Z drugiej strony Irokez nacierał „paszczą” z dwoma kłami — dzierżył dwa długie noże, które posłał właśnie w brzuch rywala. Cios kija zmusił go do zatrzymania i podniesienia gardy, zwarli się, Irokez mechanicznie zachrzęścił, włosy wypuściły się z głowy na metalowych odnogach, tworząc dwie rozwidlone brzytwy. Jedna prawie smagnęła Dżosefa w szyję, udało mu się zejść do parteru i przetoczyć w bok.

Tam już spadły na niego ciężkie przedramiona Mięcha, gwałcąc czerep i przyprószając prądem. Padł na kolana, wyrzucił pod ramieniem kij za siebie i fartem trafił w jaja napastnika. Wybornie, brak pancerza genitaliów, pełne zanurzenie. Mięcho skuliło się, zagryzło zęby i bezdźwięcznie walczyło o honor.

Irokez póki co został sam na polu bitki, wstrzymał rumaki, czekając, aż brat walki ogarnie życie. Łopotliwe brzytwy rozwidlały się na głowie jak skrzydła owadziej bestii, groźnie brzęcząc. Gdzieś za nim, zza zakrętu wyjechało zdalnie sterowane auto transportowe wiozące na pace beczki.

Dżosef poskąpił przeciwnikom przywileju czasu, zamiarował czym prędzej rozpaćkać skrzydlatego na ścianie. Ruszył, doprawił katusze Mięcha, powalając go ciosem w głowę, po czym zwarł się z Irokezem. Ostre najazdy zbójcy wygaszał kijem, tamten blokował razy ostrzami, szurali buciorami po asfalcie w paralitycznym tańcu. Zbój próbował główkować i dokładać cięcia irokez-brzytwami, aż dwa noże, do tego dwie brzytwy, cóż za wieloprocesowy zabijaka! Te bojowe wachlarze osiągały rozmiary masek samochodu, rzezały bezlitośnie blokujący je kij, osłabiając energię drutu zgęstniającego, spoiwo papierosów truchlało w mocy.

Wyminęło ich auto transportowe, leniwie zmierzające ku celowi, cichymi sygnałami ostrzegając o swojej obecności. Jakże miła była to Dżosefowi obecność. Doskoczył, rozpiął taśmy podtrzymujące ładunek i na zachętę dał kijem potężne kuksańce, beczki wytoczyły się, cała ich falanga podcięła atakującego Irokeza, który przewrócił się, tracąc noże.

Agent doskoczył i znokautował powstającego rzezimieszka. Ciało Irokeza malowniczo rozpostarło się między metalowymi bekami, zgasły jego oczy, a powieki opadły. Najpóźniej jednak zagasło życie w jego łopoczących, żywotnych irokez-brzytwach. Złożyły się, wciągnęły, zmalały i osadziły standardowo na głowie w postaci pojedynczego pionu. Ucichły. Auto bezmyślnie odjeżdżało wniwecz, sygnałami komponując dla Dżosefa skromną symfonię wiktorii.

Luks. Dżosef już miał dezaktywować papierosy, ale Mamba ruszyła na niego z dzikim rykiem. Przemogła duszączkę, a przez jej skórę przebijały się zielone korzenie żył, przedawkowała. Drapnęła wielkimi mechapazurami i kij Dżosefa pękł w szwach. Chmara rozbitych papierosów rozpanoszyła się między nimi, agent widział to jak w zwolnionym czasie. „Niech to! Suka uszkodziła filtry! Co najmniej pięć szlugów do piachu!”, wyliczył naprędce.

Bezbronny Dżosef zaczął uciekać. Dogoniła go w najbliższym zaułku, obłapiła za nogi, przyszpiliła siadem i zaczęła drapać pazurami po klacie. Gdzieś ponad nimi fruwał bąk patrolujący, pękaty baniak, który może mu pomoże. A figa, tylko spokojnie latał i brzęczał. Pewnie zhakowany albo raczej z malfunkcją

Dał radę ściągnąć kawał blachy spomiędzy kubłów na śmieci, zasłonił się nim i zyskał moment oddechu. Sięgnął po kolejną paczkę papierosów, wyjął jednego i pstryknął nim przez dziurę w blasze, włączając wpisany drut: „Papierosowy shot”. Szlug ugodził Mambę w czoło jak pocisk z procy. Uwolnił się spod jej ciężaru.

Myślał, że zajdzie daleko, ale nikotyna mało komu tak naprawdę służy. Parę kroków i Mamba wbiła się w niego z furią, posłała na pobliską ścianę z cegieł. Agent przebił się przez starą konstrukcję i przejechał dalej po jezdni ścigany przez pył z zaprawy i cegieł. Płaszcz do prania — pewnikiem. A właściwie już nic z niego nie będzie, tak mu go Mamba poszarpała.

Kroczyła ku niemu z rozłożonymi ramionami, aby znowu drapać wydłużonymi mocarzpazurami. Dżosef zaimprowizował akcję, udało mu się mentalsięgnąć dziesięć metrów przed nim cegieł, które rozkopywała Mamba. Uruchomił wszczep, cyberzgęstnianie! Bardzo słabowicie, ale udało mu się zebrać cegły w kupkę i uwięzić w nich nogi napastniczki aż do kolan.

Pazurzyska ożyły, cegła po cegle rozwalały gliniane więzienie. Teraz Dżosef dostał się wszczepem do systemu bąka patrolującego, betka, średniowieczne oprogramowanie, złamał je w pięć sekund i przejął władze nad pękatym fruwaczem. Opornie chodził, jak przez olej, ale udało się go przestawić parę metrów do tyłu, tuż nad głowę Mamby. Odcięcie zasilania!

Łuh! Bąk gruchnął w Mambę i uziemił ją na dobre. Nie tylko bąk stracił tutaj zasilanie.

— Na kwiecie co siadł bąk, to cóż, nie ja, tylko robot patrolowy. — Mijając Mambę, obolały agent sparafrazował pseudowierszyk zasłyszany za dzieciaka w komedii.

Przedarł się przez zgliszcza ściany i zaułek z powrotem na jezdnię, gdzie leżeli Irokez i Mięcho. Zatoczył wzrokiem po pobojowisku, uchwycił swoje rozsypane papierosy, niektóre z nich w strzępach. Oby dane w pijawce warte były tej rozpierduchy i tych biednych papierosów, które przypłaciły ją życiem. Pewnie gdyby im oddał pijawkę i sypnął trochę cyberżetonów, odpuściliby.

Przeszukał nieprzytomną trójkę, ale nic ciekawego nie znalazł. Nie mógł się powstrzymać i, stojąc nad Irokezem, przerzedził dłonią gąszcz jego pionowego włosia, to była w odczuciu dziwna, nowoczesna dżungla.

Obczaił motory, bagażniki otwarte. O masz, pięć iniektorów z neurogniotami u Mięcha. Zarekwiruje towar, odda jutro służbom. Albo nie odda.

 

cdn.

Wojciech Juzyszyn (ur. w 1992 r. w Szczecinie) — prozaik. Ukończył Zachodniopomorski Uniwersytet Technologiczny na kierunku elektrotechnika. Mieszka w Szczecinie. Opowiadania publikował w „e-eleWatorze”, „eleWatorze” i „Twórczości”. Wydał tom opowiadań Efemerofit (2025).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści