Skip to content

GUSTAW RAJMUS

Zew

Pozwól, że opiszę los, który cię sprowadził, dobrze? Chcesz odebrać mi życie, nie odbieraj więc przyjemności.

To musiało się zacząć gdzieś na rubieżach świata, w małej upadającej wsi. Upiorami z pustkowi straszono cię od maleńkości, rodzice stosowali ich obraz w groźbach, a starcy snuli długie, ciemne opowieści podczas zimowych nocy. Miejscowy kapłan kręcił tylko głową z niedowierzaniem, ale widziałeś, już jako dziecko, że w jego oczach pojawiał się dziwny błysk. Strach? Trwoga?

Miejscowa legenda, dalekie echa zabobonu. Żadnych upiorów nie ma, opowiadali później, widząc, że jesteś zaniepokojony i każesz sobie zostawiać zapaloną świecę przed zaśnięciem. I któregoś dnia, może nawet o świcie, kiedy słońce pierwszym promieniem położyło chuderlawą dłoń na śniegu, usłyszałeś ten dźwięk. Słyszałeś wiele rzeczy, nie wszystkie powinny być pamiętane; twoje uszy zdążyły wyłapać skrzypiące nocami dźwięki z rodzicielskiej izby, nieobyczajne historie miejscowego pijaczyny, nie mówiąc już o wilczym skowycie, który chętnie byś wymazał z pamięci, gdybyś mógł posiadać moce godne bogów, do których przestałeś się modlić.

Dźwięk, który wdarł się w twoje życie tamtego dnia o brzasku, był zupełnie odmienny niż wszystko wcześniej. Natychmiast zrozumiałeś, że śmierć jest blisko i zarazem chciałeś umrzeć, aby nie musieć już słuchać. Rodzice, krzątający się po chałupie, przystanęli, jak gdyby czas ich zamroził. Matka przycisnęła zawodzącego braciszka, niemowlę jeszcze, do piersi, mało nie zadusiwszy go.

We wsi panowało trudne do uchwycenia poruszenie. Nie pamiętasz dokładnie, wszystko działo się zbyt prędko. Łomotanie do drzwi, syk pochodni, ojciec wdział kożuch, rzucił coś do szlochającej matki. Twoje rodzeństwo pochowało się w kątach domu. Ale nie ty.

Z bijącym sercem wybiegłeś wprost w śnieżną zawieję. To zakrawa o cud, że nie dostałeś odmrożeń, bo biegłeś w zimnie tam, gdzie pozostali mieszkańcy, z sołtysem na czele i duchownym, przystanęli. Szybko cię zauważono, oburzeni mieszkańcy sklęli twojego ojca, nie mogli ścierpieć, że można dziecka nie upilnować. Zaraz cię wziął w ramiona, zaniósł do matki, poszarpał i groził, ale nie to było najgorsze; nie pamiętasz dobrze tych zachowań ojca, bo zdążyłeś dobiec i przez kilka uderzeń serca widzieć źródło dźwięku.

W srebrzystym, lśniącym, lecz dziwnie kanciastym pancerzu, leżało w śniegu truchło. Hełm, zakończony czymś jak ostry dziób, spoczywał niedaleko właściciela. Jego głowa była fioletowa, owrzodzona i porośnięta ciemnymi włosami, długimi jak u kobiet. Z twarzy szkliście spoglądały żółtawe ślepia, a rozdziawiona gęba odsłaniała kły.

Stare wyśmiane opowieści wyszły z lasu — upiór z pustkowi swój przedśmiertny zew wyśpiewał we wsi, przynosząc na nią od tej chwili wiekuisty niepokój. Kto lub co go zabiło? Strach pomyśleć. Kapłan rozkazał ściąć mu głowę, spalić całość i wywieść głęboko do lasu.

Nawet ty wyczułeś, dzieciak przecież, bezradność klechy, gdy dramatycznie starał się zachować autorytet. Ale prawda jest taka, że nie wiedział, co czyni. Powtórzył tylko kilka przesądnych ruchów ze starych podań.

To wcale nie było trudne dotrzeć tam, gdzie go pochowali pod zwałami śniegu, kilka wiorst od zabudowań. W zupełnej tajemnicy, nie mówiąc nikomu, nawet innym dzieciom, pobiegłeś tam. Truchło niesamowicie szybko gniło, nawet w ten mróz, fioletowy czerep obrócił się w cuchnące plugastwo. Za to pancerz był piękny, piękniejszy niż w rycerskich opowiastkach. Srebrny, czysty, zaskakująco nieregularny.

Zabrałeś mu sztylet, mały, zgrabny, ostrzejszy niż brzytwa. Już wtedy zachodziłeś w głowę, dlaczego mieszkańcy wsi wyrzucili go w zaspy zimowe z całym rynsztunkiem?

Lecz powiedz, dziecko, czy mieli inny wybór? Czy powinni trzymać pośród codziennego życia przedmioty pochodzące z tego nagle zrodzonego o świcie krzyku?

Oczywiście, że nie. Wiesz o tym doskonale, ale wiesz dopiero teraz, kiedy przyszedłeś tu, do mnie.

Schowałeś sztylet w skrytce łatwej do znalezienia. Lecz on był tam i czekał na wasze sekretne spotkania. Nie wiadomo, kto mógł go zapamiętać, stąd nigdy nie ujawniłeś jego posiadania, choć młodzieńcem będąc, zamierzałeś okłamać rodziców i sztylet przynieść do domu jako wygraną w karty od nieznajomego handlarza.

W ostatniej chwili zrezygnowałeś. Kapłan żył jeszcze, a chłopi, kiedy chcą, posiadają dobrą pamięć. Lepiej nie ryzykować, myślałeś, obracając przedmiot w dłoniach i z żalem chowając z powrotem.

Od kiedy gawęda stała się faktem, wycie wilków budziło większą zgrozę niż dawniej, a mroczne sny napędzały kolejne fale zabobonu. Wciąż nie wiedziano, czym właściwie było pojawienie się upiora, ani kiedy może się powtórzyć.

Kapłan rozmawiał z wędrującymi przez wieś raz na wiele miesięcy: kupcami, pielgrzymami, z mnichem służącym innemu bogu. Większość kojarzyła istotę, wokół której krążyły wsiowe wspomnienia, nikt jednak nie potrafił wypowiedzieć się sensownie o jej naturze…

…aż do momentu, kiedy szła ci dwudziesta wiosna. To wtedy graniczne księstwa uwikłały się w wojnę. Do wsi zajechał regiment żołnierzy w barwach kogoś, czyją ponoć byliście własnością. Jeden z łuczników, człowiek, który większość życia musiał spędzać na roli, podczas karczemnej pijatyki ożywił się na wieść o upiorze.

— A to wy, kumie, nie wiecie? — zapytał starca, któremu po kieliszku ulała się opowieść. — One, gdy je kostucha goni, wpadają do wsi, a nawet są znane przypadki, że i do miast potrafią wejść, ażeby zdechnąć pośród ciżby.

— Po kiego tak? — pytał starzec, dawny cieśla, którego robotę przejęli synalkowie z wnukami.

— Bowiem liczą one zawsze, te upiory, że dziatwa się zleci zaciekawiona wydarzeniem i w tajemnicy przed pozostałymi rozkradnie ich dobytek. Tym samym nawiedzają takową młodą duszyczkę i nie minie lat kilka, cyk, i kolejny umarlak z dziecięcia powstaje.

Żołnierz łypał oczyma po zebranych, a ty miałeś wrażenie, że do ciebie to mówi, a jego zuchwały uśmiech skrywa wiedzę o twojej tajemnicy. Tak się dzieje, gdy sekret zaczyna gościć w sercu śmiertelników.

Zadano przybyszowi pytania, na które nie potrafił już odpowiedzieć: dokąd później gnają te umarłe stworzenia? Jak coś martwego może zginąć? Kto lub co przynosi im kres? Łucznik drapał bezmyślnie poorane dziobami policzki, dając wymijające odpowiedzi, aż w końcu huknął o następny kufel piwa.

Przez moment wieś zapomniała o widmie. Ty nie byłeś w stanie zapomnieć.

Tak, nie mogłeś zapomnieć ani na chwilę. Czułeś, że zbliża się dzień, kiedy ty i twój sekret staniecie się jednym, prawda?

Widzę, jak oczy żarzą ci się zza przyłbicy. Jeszcze zdążysz zrobić użytek ze swego ostrza, a skoro dobrze prawię, posłuchaj dalej.

Zgaduję, że zaczęli werbować młodzieńców w twoim wieku. Dali wam miecze, topory, być może łuki, odziali w skórzane i kolcze pancerze, na których widniały herby jegomościa, którego własność stanowiliście, a jeśliby takiego nie było, widniały tam symbole władcy ziem, z których pochodzisz. Kiedy w pełnym rynsztunku, czując, że to twoja pierwsza i ostatnia podróż, że nigdy już nie powrócisz do tego zapadłego w jedyne godne odnotowania, upiorne wspomnienie, zbiorowiska chałup, stanąłeś przed rodzicami i rodzeństwem, aby się pożegnać oraz przyjąć błogosławieństwo, za paskiem trzymałeś już starą zdobycz, która pośród wojskowych mundurów i wojny w tle traciła wyjątkowość.

Nie będę zgadywać, czy dotrwałeś chociaż pierwszej bitwy. Po prostu w którymś momencie zauważyłeś — wieczorami sztylet lśnił fioletowym blaskiem. Nie wszędzie. Były konkretne miejsca, gdzie mogłeś to zaobserwować, i nie minęło wiele czasu, kiedy odpowiednie ulokowanie się w celu wywołania znajomego światła stało się jedyną treścią ciebie. Nocowałeś poza obozowiskiem, narażałeś się podczas pełnienia warty, aż w końcu, tuż po rozegranej bitwie, kiedy nie skompletowano jeszcze zaginionych ani nie policzono poległych, a może nawet przed taką zbrojną potyczką, dezerterując, odłączyłeś się od armii i wszedłeś tam, gdzie blask stawał się intensywniejszy — w las, bagniska, góry, wrzosy.

Moje dziecko, nie muszę znać geografii twojej ojczyzny, aby wystarczająco znać geografię twej duszy. Wszyscy wracacie do źródła. Czujny rodzic zawsze rozpozna zamysł umiłowanej dziatwy.

A więc fiolet lśnił, im bardziej zapuszczałeś się w dzikie ostępy, tym intensywniej, powiedziałbyś: lodowato wysycał się barwą, w mrokach nocy pełgając jak pochodnia i prowadząc cię dalej i dalej, nie bezmyślnie i byle jak, lecz w jedynie sobie znanym kierunku, co wymagało nawrotów, przeciskania się, nocowania w miejscach, o jakich bogowie nie śnili. Zostawiałeś za sobą martwe zwierzęta, zabitych ludzi i zacząłeś, w końcu, spotykać takich jak ty. Wpierw polowałeś na nich, jak i oni na ciebie, z trwogą, ciężko dysząc po wszystkim. Składałeś modły, aby jakaś siła sprawiła, żebyś odwrócił się i poszedł w rodzinne strony.

Ale żadna siła nie mogła już tego sprawić, nie w tym momencie, gdy ruszyłeś szlakiem upiornego światła.

W końcu za którymś razem, oszalały z bólu i niepamiętający własnej osoby, pod wpływem zimnej intuicji, zdjąłeś rynsztunek jednego z nich. Pasował. Srebrzysty i wypolerowany, niczym pochodzący od płatnerza, którym mógłby być nie kto inny lecz sam księżyc. Z dumą przeglądałeś się w zamarzniętych jeziorach lub strumykach rzek w wiosenne wieczory — te wykończenia, szponiaste rękawice, hełm z ostrym dziobem. W czyje szeregi zostałem wcielony, myślałeś, dzierżąc miecz podobny do swojego starego skarbu, również dziedzictwo po nieznajomym obłąkanym upiorze, którego dorwałeś w samym sercu nocy na kurhanach lub w zgliszczach spalonej osady.

Twoja twarz i głowa puchły, odmarzały, pokrywając się gęstym witrażem liszajów i guzów. Skóra nabierała z każdym dniem fioletowej barwy. Stałeś się jednym wielkim obrzękiem, który nieomal rozsadzał płaszczyznę hełmu. Przestałeś rozumieć, z jakiego powodu idziesz za światłem, by mordować podobnych sobie. Nie musiałeś nic rozumieć — ty i cel staliście się jednym.

Jeszcze zachowując resztki starego siebie, kojarzyłeś z dawnych podań nazwę: Ojcowie Ciemności. Twoi nieumarli bracia, stygnąc pod srebrem zbroi, jeżeli mieli jeszcze chwilę, aby odczuć blask gasnącego bycia, szeptali o nich. Niektórzy z nabożną czcią żałowali, że nigdy nie odnaleźli ich, inni udzielali ci przedśmiertnych wskazówek, abyś trafił do jedynego swojego celu kryjącego się pod tą wiekuistą masakrą, tam, skąd wziął się początek pielgrzymowania w zamieci polowań i ostrzy — do zarzewia, jakim mieli być Ojcowie.

Wtedy zaczął się koszmar, bo nie tylko krew kierowała twoim pragnieniem. Przemierzałeś najdziksze ostępy oraz krainy tak nieludzkie, że żadne znane mapy nakreślone przez wszelkie rasy nie opisały ich: zatęchłe, zdegenerowane moczary pełne materii bełkoczącej w rozpadzie; jaskinie puste i martwe, w których prastary mróz objął dawnych namiestników, zamieniając ich w oszronione posągi, a byli przecież dawniej namiestnikami, którzy, być może, przybyli z gwiazd lub dna oceanu.

No i krypty, prawda? Uchowane pod ziemią, tak rozległe, że musiałeś tam nocować, nie pozwalając sobie zasnąć, ponieważ roiło się w nich od życia — szczątkowego, zapomnianego, nienasyconego.

Doszczętnie ogołocony ze wspomnień i starego siebie zadawałeś nieustannie pytanie: po co tam zmierzam? Z jakiego powodu miałbym ich poznać? Świadkowie, którzy ujrzeli, nie wspominali o niczym dobrym. A jednak parli naprzód, wracali jeszcze bardziej puści, jeszcze bardziej łaknący. Dopóki ich nie zabiłeś.

Nie zliczą demony w piekle, ile lat tułałeś się, nawiedzając ludzkie sadyby, przynosząc rzeź, po której pozostawała jeno garść mitów. Przeciskałeś się przez lasy tak gęsto zarośnięte, że słońce i księżyc niknęły zupełnie, pozostawiając cię w mroku nieba utworzonego z koron roślinności. Napotkana zwierzyna przetrwała w stanie, w jakim świat musiał ją zrodzić przed eonami, a istoty mieszkające tu w prymitywnych, rzadkich skupiskach, jedynie przypominały człowieka, reagując na twoje nadejście dającą satysfakcję i niespotykaną nigdzie indziej bojaźnią.

Wszedłeś w ciemność, w pustkę i w zapomnienie tak głębokie, że utraciłeś resztki nadziei, pomimo jaskrawo płonących fioletem ostrzy. I wtedy napotkałeś jaskinię, oddałeś się jej, broń stała się czystym fioletem, rozświetlając odnogi, rzucając blask na kamienne, duszne wnętrza.

Tak to mniej więcej wyglądało, prawda, moje dziecko? Oto zszedłeś najniżej, jak tylko można, aby oddać mi pokłon lub spróbować zabić.

Ja jestem Ojcami Ciemności, a zagadka mojego imienia, jest nierozwiązywalna.

Chodź, dziecko. Zaprezentuj swe oddanie.

Dobądź miecza.

Gustaw Rajmus (pseudonim; ur. w 1987 r. w Szczecinie) – autor krótkich form literackich. Absolwent Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Szczecińskiego. Mieszka pod Szczecinem. Publikował w: „e-eleWatorze”, „Fabulariach”, „Latarni Morskiej”, „Nowym Napisie”, „OkoLicach Strachu”, „Twórczości” i „Wyspie”. Wydał zbiory opowiadań »Dwie Historie« i inne historie (2023) i Królestwa (2025).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści