Skip to content

GUSTAW RAJMUS

Ogrody. 1

 

I.

Upada wprost pod moje nogi. Był gorzej przygotowany od poprzednich. Po tym rozpoznaję upływ czasu. Plotka staje się legendą, legenda mitem, mit — ciekawostką.

Pochylam się nad nim, ściągam mu hełm. Młody mężczyzna, prawdopodobnie nie przekroczył trzydziestej wiosny. Jego pancerz dumnie lśni, a biała peleryna z geometrycznym godłem, umazana posoką, dziełem mojego cięcia, dodaje mu dostojeństwa i godności. Próbuję sobie przypomnieć herb, nachodzące na siebie figury. Zapomniałem o heraldyce. Nie wiem, albo nie pamiętam, jakie rody czy bractwa mogły wprowadzić w tę krainę jego, dzielnego młodzieńca. Nie jestem już częścią świata. Jedynie ci, którzy przychodzą co parę lat, informują mnie o zmianach w nim zachodzących. Poznaję to po ich rynsztunku, zmieniającym swe kształty i zdobienia; widzę nieuchronny upływ czasu w uczesaniach tych mężczyzn, biżuterii, jaką zdobią swoje palce, nieraz uszy. Albo czapraki koni, które pozostawiają — również w nich zawarta jest wiadomość z przyszłości, jakiej nie mogę poznać. Świat idzie do przodu, a ja i mój król wciąż jesteśmy jego częścią, choć od dawna leżymy daleko, daleko za nim. To jakby serce było zobojętniałe na organizm, do którego należy. Albo oko. Albo brew.

Odciągam nieboszczyka za pelerynę po kamiennych schodach, w dół, ku ogrodom. Jeszcze rozmyślam nad tym, czy zabiłem syna arystokratycznego rodu, który udał się na awanturniczą przygodę, aby zażegnać nudę życia, czy może rycerza zakonnego, który podjął się zbadania jednej z dziwnych opowieści niepokojących religijną wyobraźnię kultu, któremu chciał oddać cześć?

Sięgam po szpadel, odnajduję stosowne miejsce i kopię. Zawsze grzebię zabitych w całości, tak jak przybywają. Ziemia przykrywa ich twarze, rynsztunek, wyposażenie, pożera herby rodów, z których pochodzą. Cały ogród jest z nich złożony, aby latem rozkwitać w dzikie, drapieżne krzewy, barwne i szaleńcze, które wyniszczą pobliskie trawy, podbiją je i zwycięsko zaplączą się wokół drzewa, o ile takie wyrośnie w okolicy. Potrzebny jest tylko zasiew.

Odcinam ozdobnym kindżałem głowę zmarłego i idę z nią pod kolumnę wznoszącą się pośród starych fontann i alei dębowej. Tam wyczekuje na mnie ten, któremu służę — mój król.

Nie odnalazłby go nikt, kto nie trwał przy nim wieki temu. Bo oto kolumna ozdobiona jego obliczem naprawdę jest nim ozdobiona, nie podobizną, a twarzą samą w sobie. Pod kamieniem przekutym w eleganckie misterne formy znajduje się ciało — organy, których nigdy nie widziałem, pompują krew, której szum słyszę przez marmur. Kamienista twarz mruga do mnie i rozdziawia zadowolone usta, więc wyciągam upolowanego, przykładam do królewskich ust, a ten składa długi, niestosowny pocałunek, przekazując martwemu wraz ze śliną ziarno. Głowę przynoszę z powrotem do świeżej mogiły, zostawiam przy ciele, musi choć krztynę sąsiadować z pozostałą częścią ciała, aby latem wydać wspomniany wcześniej owoc ogrodnictwa i uszlachetnić oranżerię — jedyną część dawnego dworu, która wciąż żyje, podczas gdy cała reszta od dawna osunęła się w ruinę. Roślinność wyjdzie z nasienia zasadzonego w zabitym, przebije się przez skórę, przez pancerz i wyciągnie swoje kolorowe listowie w stronę słońca.

Po wszystkim siadam na schodach tarasowych, spoglądając na pogrążoną w wieczorze okolicę. Wiosna powinna nadejść dopiero za kilka tygodni. Jest zmrok, a ogród złożony z nagich drzew czeka, aż ponownie ucieszy swoimi kolorami przebrane za kamień oblicze króla.

Zapomniałem jaki to wszystko ma sens, ale będę nadal robić swoje — pilnować i służyć.

 

II.

Nie zliczę wieków, nie nazwę epoki. Czy ludzie pamiętają dynastię, która za własnym pozwoleniem wygasła na moich oczach? Muszą coś wiedzieć, skoro tu przychodzą. Gdybym mógł choć na moment, przebrany niczym szpieg, zapuścić się znów w ludzkie sadyby, zebrać informacje, zajrzeć do ksiąg… Lecz nie wolno mi. Cały należę do słowa Jego Wysokości.

Pamiętam, jak miasto huczało od plotek. Oto sędziwy władca zbliżał się do pięćdziesiątej wiosny, trzydziestej zaś swego panowania. Książęta zacierali ręce, oczekując na koronę, włości, konkubiny… Na wszystko, co mieli dziedziczyć. Córki wyczekiwały zaślubin z synami najprzedniejszych rodów Kontynentu. Nic jednak z tego nie nadeszło. Nic prócz nieznajomego, który w eskorcie królewskich żołnierzy przybył tu z krain dzikich i zapomnianych. Ubrany w obszerne wyszywane złotem karminowe szaty z naniesionymi inskrypcjami dziwacznego alfabetu, który każdy kojarzył, lecz nikt nie rozumiał; złotowłosy, dziewczęco delikatny z budowy, smukły, z zupełnie czarnymi źrenicami. No i specyficzne uszy: dwa zgrabne trójkąty podkreślające brak pokrewieństwa z ludźmi.

Oczy przedstawiały otchłań, kontrastując z eteryczną budową mężczyzny. Zaciskał w szczupłej dłoni złocistą laskę przyozdobioną wzorami winnej latorośli oraz ślimaczych muszli. Pochodził od Starszych i oto przybył tu, do nas, aby służyć królowi, choć sam zachowywał się, jakby był poza wszelkim konwenansem. W jaki sposób udało się go przekonać? Od kiedy dwór miał kontakty z przedstawicielami tej niemal wymarłej rasy? Pozostawało pytaniem, na które w swoim czasie dostałem odpowiedź z ust samego Jaśnie Panującego, lecz którą po dziesięcioleciach zapomniałem.

Istota przywieziona z leśnych miast, niepokojąco podobna do naszego gatunku, zamieszkała nieopodal komnat monarchy, każdego dnia spędzając z królem znaczną część dnia. Wpierw nikt nic nie wiedział, następnie snuto domysły, aż w końcu pojawiły się pogłoski — kilku dworzan, nie mogąc zachować sekretu dłużej, dzieliło się nim, a wieści trafiały zazwyczaj nie tam, gdzie trzeba.

W tej sytuacji każde ucho zdawało się być niepożądane w roli świadka.

Najmniej banalną częścią misterium był sam przybysz — ponoć całe dziesięciolecia wcześniej własna rasa wyrzekła się go, a on w zamian za zapłatę, niekoniecznie złożoną z drogocennych kruszców, objeżdżał co bardziej wpływowe persony i udzielał im pewnych zabiegów. Banał tkwił w postaci króla oraz jego życzeniu wobec wywodzącego się ze Starszych — zamierzał uzyskać nieśmiertelność, nie poprzez mądre rządy lub wielkie zwycięstwa, lecz chciał cieleśnie przetrwać wieczność, rozpocząć żywot w boskiej formie.

Przybysz wyraził zgodę, ale podyktował pewne warunki, pod jakimi będzie to możliwe. Ponoć, gdy król je usłyszał, zbladł, by nagle wybuchnąć furią, i zdemolował własne komnaty, nie dając się uspokoić nadwornym klakierom. Jednak kiedy nieco ochłonął, przemyślał sprawę i wyraził zgodę. Nikt nie wiedział na co dokładnie.

W tamtym czasie byłem młodym kadetem królewskiej akademii wojskowej, pochodziłem z rodu zamożnych urzędników monarchy, starających się bezskutecznie, od kilku pokoleń, o uzyskanie tytułu szlacheckiego. Dynastia panująca szczodrze doceniała starania familii, dbając o nią, awansując oraz obsypując złotem, lecz nie chciała namaścić możliwością legitymizacji błękitnej krwi.

Byłem młody i ambitny, żyjący obsesją przodków. Miałem nadzieję, że dosięgnie mnie zaszczyt, na który oczekiwaliśmy jako patrycjat, czym przynieść chciałem świetlistą przyszłość kolejnym pokoleniom.

To marzenie spełniło się, choć zupełnie inaczej, niż można było przypuszczać.

 

III.

Tamtego dnia zebrano mieszkańców na głównym placu miasta, kazano rozstawić w dwuszeregu dziesiątki najlepiej zapowiadających się przyszłych wojskowych — synów szlachty oraz zamożnego mieszczaństwa. Staliśmy tam — młodzi, prężni, zawstydzeni. Wszystkie oczy spoglądały na nas. Nie wiedziano, z jakiego powodu król zażyczył sobie takiego pokazu. Kilka razy do roku z okazji świąt sakralnych i państwowych regimenty wojskowe uświetniały uroczystości swoją obecnością, lecz to zgromadzenie zostało zwołane nagle, spontanicznie, przez kaprys monarchy.

To był jasny, gorący dzień, wiosna miała się ku końcowi. Pociłem się w połyskliwej zbroi, drżąc jak wypadnę. Zupełnie inaczej wyobrażałem sobie pierwsze dni chwały, a teraz, otoczony przez mieszkańców stolicy, pośród kamratów i wrogów z akademii wojskowej, stałem tak, jeden z wielu, przygnieciony własnym pancerzem, zmięty w duchu, choć na zewnątrz wyprostowany i dumny.

I oto on przechadzał się między kadetami, władca we własnej osobie — siwiejący, rozczochrany szaleniec odziany w ciemne, jakby żałobne szaty. Na jego wychudzonej facjacie błyskał uśmiech. Był cieniem siebie samego.

Brał nasze podbródki w koślawe palce i kazał patrzeć prosto w oczy.

Jego źrenice były wypełnione czystą nicością, choć inaczej niż u Starszego. Mało kto wytrzymywał. Młodzieńcy odwracali głowy, kilku zaszlochało. Król nie zwracał na to większej uwagi, odwracał się i kontynuował przegląd. W końcu przyszła moja kolej. Kiedy spojrzałem w jego mrok, pomimo przerażenia nie odwróciłem twarzy.

Król przyglądał mi się długo, badawczo. Jego uśmiech złagodniał.

— Nazwisko — rozkazał.

Podałem je drżącym tonem, myśląc, że tylko z sobie wiadomych powodów wyśle mnie za moment na śmierć.

— Och, a więc tatuś będzie z ciebie dumny, chłopcze. Wreszcie spełnią się sny miłosne twej rodziny — szydził król, tarmosząc mnie za policzek. — Ten! — wskazał mnie palcem towarzyszącym mu oficerom osobistej gwardii. I oddalił się. Już wtedy przeczułem, że nie będę wybrańcem, lecz niewolnikiem.

 

cdn.

Gustaw Rajmus (pseudonim; ur. w 1987 r. w Szczecinie) – autor krótkich form literackich. Absolwent Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Szczecińskiego. Mieszka pod Szczecinem. Publikował w: „e-eleWatorze”, „Fabulariach”, „Latarni Morskiej”, „Nowym Napisie”, „OkoLicach Strachu”, „Twórczości” i „Wyspie”. Wydał zbiory opowiadań »Dwie Historie« i inne historie (2023) i Królestwa (2025).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści