MARIA JENTYS-BORELOWSKA
Moja Eliza [fragment 3]
Opowieść horeckiego lasu [środa, 23 lutego 1910]
— Ty płaczesz, Maryniu! — usłyszałam słabszy chyba niż szmer spadających liści głos Elizy.
Drgnęłam i uniosłam głowę znad książki, którą czytałam, trzymając ją w obu dłoniach i opierając łokcie o poręcze fotela, w którym siedziałam od kilku godzin, czuwając nad snem chorej. Eliza była zwrócona twarzą w moją stronę, a jej ogromne oczy patrzyły na mnie z niepokojem. Od jak dawna nie spała?
— Nie płaczę, najdroższa — zaprzeczyłam, lecz w tej samej chwili poczułam, że po moich policzkach płyną łzy wielkie jak groch i nawet kapią już na kartki książki. — Och, rzeczywiście, beczę jak egzaltowana panienka… i nawet nie wiem, od jak dawna… Ale czy można nie płakać, gdy się nieomal widzi i słyszy owych „dobrowolnych ofiarników wysokich ołtarzy”, o których opowiadasz w elegii horeckiego lasu?! Twoje słowa są tak sugestywne i nabrzmiałe tak wielką boleścią…
— Czytasz Gloria victis, Maryniu? — powiedziała z lekkim zdziwieniem. — Przecież znasz już tę historię na pamięć.
— Niby znam, wiem, jak się nazywali, jak wyglądali, co myśleli, jak się wyrażali wszyscy, których w niej opisałaś, a którzy byli twoimi sąsiadami, przyjaciółmi, znajomymi z poleskich stron, z Kobryńszczyzny… Niby wiem, co się zdarzyło w horeckim lesie nad Kanałem Królewskim w pamiętnym dniu dwudziestego piątego maja sześćdziesiątego trzeciego roku, znam przebieg bitwy, w której jeden stawał przeciwko stu, wiem, ilu zginęło w tej rzezi i jak tragiczne były jej następstwa… Ale to mi nie wystarcza. Żeby pojąć sens owej niesłychanej ofiary, muszę wsłuchać się w głos serca. Dlatego tak często wracam do pieśni horeckiego lasu. Ból, którym jest wypełniona, przenika mnie na wskroś, a wtedy czuję żywą więź ze zwyciężonymi zwycięzcami i… łzy same płyną mi z oczu.
— Maryniu, moja Maryniu — wymamrotała Eliza ledwo słyszalnie i… zasnęła.
Zaniepokojona, pochyliłam się nad nią, ale spała głęboko, oddychając równo i spokojnie. Tak to już teraz z nią było: budziła się na krótką chwilę i zasypiała w ułamku sekundy. Lekarze mówili, że to dobrze, że sen to najlepsze dla niej lekarstwo, lecz ja nie byłam tego taka pewna. O śnie takim jak ten, długim, prawie nieprzerwanym, który niby biały całun spada na śpiącego i otula go ciasno, myślałam, że jest raczej zwiastunem rychłej śmierci. Patrząc więc na jej zapadnięte policzki o barwie popiołu, na sine powieki i głębokie cienie pod oczami, na pergaminowe dłonie, wyszeptałam błagalnie: „Jezu, uzdrów ją, zachowaj, przecież potrafisz”. I naraz usłyszałam: „Ego morior… nolite flere… ego te amo”.
Zamarłam. Czy to możliwe, że Eliza usłyszała mnie i przemówiła? I to po łacinie?! Długo, bardzo długo siedziałam przy jej łóżku i wsłuchiwałam się w echo tych niewiarygodnych słów: Ego morior… nolite flere… ego te amo… amo… amo… Kto mi odpowiedział? Ona? Przecież śpi. A zatem Ten, Którego pomocy wzywałam?! Wcisnęłam się głębiej w fotel i wzięłam do rąk porzuconą książkę.
Naraz cichutko otworzyły się drzwi i Maksymilian, stąpając bezszelestnie, wszedł do pokoju. Ostrożnie zbliżył się do łóżka chorej, popatrzył na nią z uwagą i troską, po czym musnął mnie ustami w czoło i rzekł najciszej, jak potrafił, a że głos miał z natury donośny, nie przyszło mu to łatwo:
— Czy nie pora, Maryniu, na przerwę w tym długim czuwaniu? Z sześć godzin już tu siedzisz, to chyba dość! Trzeba rozprostować kości, odetchnąć świeżym powietrzem i pokrzepić się czymś. Ja cię tu zastąpię, a ty idź do kuchni, kucharka akurat szykuje podwieczorek. Przy okazji rzuć okiem na pocztę, przynieśli dziś furę listów i gazet.
— Nie odejdę teraz od Elizy, Maksie. Ona wprawdzie śpi, jak się zdaje, mocno i głęboko, lecz każdej chwili może się obudzić.
— Jeśli się obudzi, znajdzie przy sobie mnie zamiast ciebie, a więc po trosze jakby i ciebie.
— No tak, tak, to prawda, twój widok na pewno ją ucieszy, ale ja… zrozum mnie… ja chcę być teraz przy niej. Chcę! Boję się…
— Rozumiem. A zatem przyniosę ci tutaj podwieczorek. I pobędę z tobą chwilę, jeśli pozwolisz, moja droga? Bardzo długo musiałem obywać się bez ciebie w tym obmierzłym Permie.
Maksymilian ruszył ku drzwiom, a ja wróciłam do przerwanej lektury, czyli do długiej, nocnej rozmowy, którą Mały Marian Tarłowski i Feliks Jagmin odbyli przed ową tragiczną bitwą po Horkami, w której obaj polegli. Diametralnie różni pod każdym względem — fizycznym, umysłowym i duchowym — jednako żarliwie kochali ojczyznę (jak również Anielkę, siostrę Małego) i nie wahali się zabijać i ginąć w obronie jej wolności. Choć tylko rosły, silny i trzeźwo myślący Jagmin, urodzony wojownik, zabijał bez wahania, podczas gdy dla delikatnego i wrażliwego Tarłowskiego, myśliciela i marzyciela, badacza natury, kochającego życie we wszelkich jego przejawach, zabijanie było bolesną koniecznością.
Znałam tę ich rozmowę na pamięć, ale czytałam ją tak, jak niektórzy czytają poezję, gdyż słowa, których użyła Eliza, aby wyrazić tragizm naszej egzystencji na ziemi, miały dla mnie walor uniwersalnej prawdy.
„Oni dwaj, na siebie wzajem albo na gwiazdy patrząc, rozmawiali o tych czasach dalekich, w przyszłości dalekich, które będą, albo nie będą, które, jeśli będą, wodami ukojenia i oczyszczenia obmyją świat, w którym, podobno, miecze mają być przekute na pługi, a jagnięta sen spokojny znajdować będą u boku lwów…
O przyszłości świata, po wiekach walk, zbrodni i mąk, rozkwitłej w raj niewinności, pogody i zgody, mówili z tęsknotą, z zachwyceniem, z upragnieniem.
Szeptem cichym marzyli o tym celu przedalekim, ku któremu rzeką wrzącą i wieczną płyną marzenia ludzkich głów i serc najwyższych, a nie wiedząc nigdy, czy kiedykolwiek rzeka do celu swojego dopłynie. Ach, ból i rozpacz tych marzeń bez ziszczenia, upragnień bez nasycenia, zagadek bez rozwiązania! Ach! Niezgłębiony tego wszystkiego smutek!
— Bo chociaż przedmiot walki najdroższy jest i święty, przelana w niej krew ludzka trucizną w żyły spływa i rany zadane ranami kładą się na tych, co je zadają. Gniew, ból, śmierć to sępy, pasące się na trupach radości, słodyczy i nadziei ludzkich. Zły ród, przeciw sobie samemu szpony ich wystawiający! Nędzny ród, krótko żyjący, którego synowie nawzajem sobie skracają życie! Nieszczęsny ród, zewsząd w ciele swym i w duchu swym zagrożony, którego synowie nawzajem ciałom i duchom swoim grożą! O! Kiedyż będzie inaczej? Czy kiedykolwiek będzie inaczej?
— Teraz inaczej być nie może!… Teraz walka to powinność!…
— Teraz inaczej być nie może. Dopóki gwałt, dopóty święty przeciw gwałtowi gniew! Dopóki krzywda, dopóty walka! Przez krew i śmierć, przez ruiny i mogiły, z nadzieją czy przeciw nadziei, walka z piekłem ziemi w imię nieba, które na ziemię zstąpi…
— Może zstąpi…
— Kiedyś…
— Gdy nas już na ziemi nie będzie”.
— Maryniu — usłyszałam głos Zosi tuż za swoimi plecami. — Nakryłam wam do podwieczorku na werandzie, Maksymilian już tam jest i czeka na ciebie. Przekonałam go, że lepiej będzie, jak przynajmniej na pół godzinki oderwiesz się od widoku cierpienia. Ja przy chorej posiedzę… Nic złego się nie wydarzy… zresztą lada chwila przyjdzie doktor Zamkowski… No, idź już, Maryniu, mąż twój czeka na ciebie, jemu też się coś należy.
Ucałowałam Zosię, wzięłam książkę i poszłam. Maks podsunął mi wymoszczony poduszkami wiklinowy fotel, nalał kawy do filiżanek, nałożył po kawałku ciasta na talerzyki i usiadł obok na pięknie uplecionym z wikliny krześle. Skrzywił się lekko na widok książki.
— Miałem nadzieję, że porozmawiasz ze mną, Maryniu, ale ty, jak widzę, zamierzasz czytać! — rzekł z nutą żalu w głosie.
— Ależ po to właśnie przyniosłam tu tę książkę, żeby o niej z tobą porozmawiać. Jako syn człowieka, który był uczestnikiem opisanych w niej wydarzeń i ofiarą późniejszych, dotkliwych represji, możesz ją zrozumieć i ocenić lepiej niż ktokolwiek. Na pewno lepiej niż ja.
— Wcale nie jestem o tym przekonany. Ty rozumiesz ją sercem, wczuwasz się w ból i mękę tych, którzy tam ginęli lub tracili najbliższych… I płaczesz nad nimi! Tak, tak, nie zaprzeczaj, stronice Gloria victis są wilgotne od twoich łez, moja racjonalna żono.
— Nie śmiej się ze mnie! Wiesz dobrze, że nie jestem skłonna do egzaltacji, jednak ta akurat opowieść wzrusza mnie ponad zwykłą miarę… To przepiękna pieśń żałobna! Jej bolesny ton oddaje prawdę serca autorki.
— A mnie się widzi, że trochę za dużo w niej patosu i afektacji.
— Ja zaś uważam, Maksie, że fakt, iż w tym utworze nie człowiek, nie poeta na przykład, opowiada o owej okrutnej rzezi, lecz czynią to drzewa i kwiaty leśne, zagadnięte przez przelotny wiatr, usprawiedliwia ten przesadny, jak twierdzisz, patos. Przecież one patrzyły na tę krwawą łaźnię, słyszały krzyki i jęki dobijanych rannych, krew masakrowanych zbryzgała je od korzeni po korony, salwy karabinowe podziurawiły im pnie, pokaleczyły korę. Po kres swego wielowiekowego trwania pamiętać będą ten sądny dzień. A że są naturalnymi poetami i mowa ich jest czystą poezją, to… sam rozumiesz.
— No ale nasza przyjaciółka bitwy nie widziała — obstawał przy swoim Maks, chociaż czułam, że w głębi duszy zgadza się ze mną.
— Za to słyszała bitewny zgiełk — odparowałam. — Przebywała we dworze, który ledwie wiorsta dzieliła od otoczonego bagnami leśnego ostępu, gdzie garstka powstańców stawiała straceńczy opór ruskim żołdakom. Przez wiele godzin, do późnej nocy, w lesie huczało, grzmiało, jęczało… Kobiety we dworze odchodziły od zmysłów, czekając na …
— Na powrót braci, synów, mężów — wszedł mi w słowo Maksymilian. — Jest to po mistrzowsku pokazane w opowiadaniu Oni. Mieszkańcy dworu, kilkanaście kobiet i kilku mężczyzn, nasłuchują odgłosów bitwy ze wzgórza, skąd widać ścianę horeckiego lasu. Odgłosy te to monotonny, ciężki, przeciągły huk, rotowy ogień Rosjan, i krótkie, drobne, rozproszone stuknięcia, ogień powstańców. Wielka, żelazna siła przeciw szaleńczej odwadze i niezłomnej determinacji. Kobiety widziały wcześniej tę siłę: zbrojni w żelazo żołnierze szli i jechali, szli i jechali, nie setki, lecz tysiące. A tam w ostępie, zaledwie setki, może dwie, może trzy, może cztery; ze strzelbami myśliwskimi, z szablami, z kosami… Na dworskim wzgórzu panuje więc cisza grobowa, nie ma tam miejsca dla słów, zwłaszcza podniosłych: trwoga knebluje usta, rozpacz więzi je w gardłach. Jedynie w momentach krytycznych któraś z dziewcząt wybucha spazmatycznym płaczem, a któraś z kobiet głośną litanią do serca Jezusowego. W tych kilku scenach jest cała wielka Eliza Orzeszkowa!
— Nie tylko w tych! Jest we wszystkich scenach zbioru opowiadań pod tytułem Gloria victis, po polsku: Chwała zwyciężonym! Ale zgadzam się z tobą: Oni to najważniejsze ogniwo tego zbioru. Nie tylko cenny dokument historyczny w kunsztownej literackiej formie, ale i wykładnia idei, która przyświecała Polakom wszczynającym w sześćdziesiątym trzecim roku wojnę z największą potęgą militarną Europy. Wszystkim tym, którzy nie rozumieli wtedy, nie rozumieją dziś i zapewne nigdy nie będą rozumieli, dlaczego tylu młodych ludzi wybrało los „dobrowolnych ofiarników wysokich ołtarzy”, poleciłabym przeczytanie mowy wygłoszonej przez pułkownika Romualda Traugutta chwilę po przyjęciu przezeń dowództwa nad kobryńską partią powstańczą w dniu dwudziestego szóstego kwietnia tegoż roku. Przeczytam ją teraz głośno, jeżeli pozwolisz, Maksie, bo jest w niej również cała wielka Eliza Orzeszkowa.
— Czytaj, Maryniu, posłucham z uwagą, mimo iż znam na pamięć tę mowę; to było credo Traugutta.
„Sprawa nasza to sprawa boska — czytałam. — To jest prawda, że niewola zabija dusze, a ja z tej prawdy wyprowadzam wnioski, że nikomu nie wolno zabijać dusz ludzkich, i odwrotnie: duszom ludzkim nie wolno pozwalać, aby ktokolwiek je zabijał. Oto jest prawo nasze do walki, którą przedsiębierzemy, i oto dlaczego sprawa nasza jest sprawą boską. Nie na podbój i nie po łupy idziemy, ale po odbiór wydzieranego nam dobra boskiego. Dobrem boskim — cnota ludzka, cnoty nie ma bez wolności. Jeżeli wygramy, wygraną naszą będzie zbawienie duszy narodu, jego czci i jego doczesnego szczęścia; jeśli przegramy, rzeką krwi przez nas przelanej inni zapłyną do wolności. Ale jakikolwiek będzie nasz koniec, powinność naszą czyńmy. Z nadzieją, czy przeciw nadziei, ale z prawdą i z Bogiem!”.
powyższy fragment pochodzi z przygotowywanej do druku powieści Marii Jentys-Borelowskiej Moja Eliza [2026]
Maria Jentys-Borelowska (ur. w 1942 r.) — autorka wierszy, opowiadań, powieści, recenzji i szkiców o literaturze, reportaży, wywiadów, artykułów publicystycznych oraz haseł encyklopedycznych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, mieszka w Warszawie. Redaktorka wydawnicza (m.in. Wydawnictwa Naukowego PWN), członkini zespołów redakcyjnych „Migotań”, „Sycyny”, „Wyspy”. Publikowała m.in. w: „eleWatorze”, „Kresach Literackich”, „Okolicach”, „Regionach”, „Twórczości” i „Tygodniku Kulturalnym”. Wydała zbiory wierszy: Córka Ikara (1990), Szare godziny Weroniki (2004); powieści: Z wyroku cara: dziennik zesłanki (2018), Portret w półcieniach (2022); zbiory szkiców krytycznoliterackich: I światłem być, i źrenicą (1990), Pomnożyć serca dostatek (2004), Nić Ariadny (2005), Argonauci naszych czasów (2009) i monografię Ogrody zamyśleń, marzeń i symboli. Rzecz o Janie Drzeżdżonie (2014).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved