Skip to content

PAWEŁ ALBO POCZYTALION

Sierpień ‘26

 

1.

O tym, że ukazała się właśnie nowa, znakomita — co więcej: „najważniejsza” ponoć (jak zapewnia wydawca na okładce) — biografia Williama Shakespeare’a, zatytułowana podniośle Shakespeare. Stwarzanie świata — dowiedziałem się z pewnym opóźnieniem, ale z tym większą radością znalazłem ją na półce księgarni — nomen omen — Świat Książki.

Uwielbiam takie wyzwania!

Od dawna przecież wiadomo, że jedyne, co o Shakespea’rze wiadomo, to to, że nie wiadomo o nim wiele. Ba, może i nic. Jeśli bowiem założyć, że to, co o nim wiadomo, nie wiadomo czy jest prawdą, to prawdą jest może, że Shakespeare’a w ogóle nie było. Przynajmniej takiego, jakiego go sobie wyobraziliśmy na podstawie jego dzieł, uznawanych za najlepsze w dziejach ludzkości sztuki teatralne.

A jest może tak, że to były tylko sztuczki — z tymi sztukami — i że jakiś tam Trzęsiwłócznia (Shakespeare), owszem, istniał, ale to, co się za jego dzieła uważa, napisał ktoś zupełnie inny (są w tej mierze liczne koncepcje), albo i nie on, a jacyś oni, zbiorowo, bo w Londynie końca XVI wieku była, piła (ostro) i pisała cała gromada młodych, zdolnych dramaturgów, której na dodatek nie była obca umiejętność pracy wespół w zespół.

Nie dziwi przy tym, przeciwnie, zda się naturalne, że Shakespeare jako postać — żywy człowiek albo i autor-widmo — fascynuje od wieków. Choć niepomiernie dziwi, że twórca tak wybitny — lub tak wybitnie wymyślony — od wieków skryty jest przed naszymi oczami; jakby odgradzała go od nas nie jedna już, a i setna kurtyna; dziwi tym bardziej, że o postaciach z jego kręgu, też świetnych, acz mniej znakomitych — jak choćby Christopher Marlowe (na dodatek żyjący od autora Hamleta o wiele krócej) — wiadomo znacznie więcej.

Gdybyż jeszcze Shakespeare nie był znany i sławny za swojego życia, można by pomyśleć, że winni są jemu współcześni, którzy niczego nam o swoim mistrzu nie przekazali. Ale przecież (podobno) był — nie tylko znany, ale i sławny; i nie tylko ze swoich teatralnych dzieł, lecz i z występów na scenie, był bowiem także cenionym aktorem. Jak to więc możliwe, że akurat Shakespeare’a spowija tak gęsta mgła, otacza tajemnica, której do dziś nie możemy przeniknąć? Ano właśnie.

Na książkę Stephena Greenblatta Shakespeare. Stwarzanie świata rzuciłem się więc jak tygrys na świeże mięso, mając pewność — zwłaszcza że już uznana (wszak finalistka Nagrody Pulitzera) — że tak czy owak mnie zachwyci, bo:

a) w biografice mistrza ze Stradfordu rzeczywiście się przełomem okaże (odkrywając zakryte dotąd kurtynami życie i dzieło);

b) przedstawi jakiś ostateczny dowód na to, że wszystko, co dotąd pisano o autorze Makbeta to humbug, bzdura, czcze domysły.

No cóż, okazało się, że to ani a), ani b). Może jakieś c), czyli przykład, jak z erudycyjnej lektury dzieł Shakespeare’a wyciągać wnioski á la Sherlock Holmes, ergo — kreować fakty za pomocą dedukcji. Wydawca pisze o tej metodzie (na okładce) ładnie: „literackie śledztwo”, ale nie waha się też stawiać sprawy wprost, nazywając biografię Greenblatta „kompletnym portretem geniusza i burzliwej epoki, która go ukształtowała”.

Hola, hola! Ani to „kompletny portret”, ani biografia sensu stricto — przynajmniej w rozumieniu tradycyjnym, a upowszechnionym dziś przez liczne biografie (zwłaszcza quasibiografie), których autorzy (częściej autorki) snują pełne szczegółów opowieści o wybranym bohaterze tak, jakby go osobiście znali: od kołyski po trumnę. Greenblatt — „jeden z najwybitniejszych współczesnych krytyków i teoretyków literatury” — a po lekturze jego książki przyznaję: wybitny szekspirolog — nie napisał biografii Shakespeare’a; za mało miał ku temu danych, toteż o wielu etapach jego życia spekuluje raczej, niż je przedstawia.

To, co o Shakespea’rze można dziś bowiem powiedzieć bez wątpliwości, zmieściłoby się zresztą w ramach jednego zdania: urodził się w Stratfordzie jako syn rzemieślnika (rękawicznika), zawarł związek małżeński z Anne Hathaway, przeniósł się (bez niej) do Londynu, gdzie — nie skończywszy żadnych wyższych szkół — pisał sztuki i poezje, grając równocześnie w teatrze, którego z czasem stał się udziałowcem, a później wrócił w rodzinne strony i zmarł w swoim mieście w stosunkowo młodym wieku. Koniec.

Na szczęście Greenblatt, który — owszem, prowadzi swojego bohatera przez te wszystkie etapy jego życia — nie próbuje udawać, że odkrył sekretną skrzynię, w której odnalazł osobiste notatki Szekspira (że przejdę tu wreszcie na polską transkrypcję jego nazwiska — w zgodzie zresztą z długą u nas tradycją — a i czyniąc to z ulgą, jako że nazwisko autora Ryszarda III pisano po angielsku na mnóstwo sposobów, tak że w istocie nie bardzo wiadomo, która wersja jest poprawna, przez co Poczytalion, próbując nie popełnić błędu, i tak myli się za każdym razem) — zapiski rzucające nowe światło na to, co o nim wiemy (nie wiemy). O takiej skrzyni ani wspomni! Zgodziłby się więc pewnie, gdybym odrzucił termin „biografia” i uznał jego książkę za „esej biograficzny”.

Określenie to nie umniejsza, bynajmniej, wartości książki. Przeciwnie, dodaje jej wartości. I smaku. Bo sposób, w jaki brytyjski autor o Szekspirze pisze, dać może czytającym dużo frajdy. Nie tyle może tym, co kochają biografie jako takie — czyli takie, w których żadna tajemnica się nie uchowa — ile tym, co uwielbiają prawdziwego Szekspira. Czyli jego dzieło. Niesłychane, zważywszy że powstało pięć wieków temu, pod piórem kogoś, kto nie był człowiekiem wykształconym, a stworzył najwspanialszą literaturę, sumę poezji i prozy, najpełniej ukazującą ludzką psychikę, w której zło i dobro, piękno i brud, współistnieją ze sobą w każdej epoce.

Greenblatt z przenikliwością detektywa odnajduje swojego (a może i prawdziwego) Szekspira w jego wierszach, dramatach, komediach. Dowodząc — w zgodzie z tym nurtem teorii literatury, który w twórczości pisarzy odnajduje ich własne życie (i na odwrót) — że Hamlet, Makbet, ale i Wesołe kumoszki z Windsoru czy Sen nocy letniej to w istocie — ukryta w słowach — opowieść Szekspira o nim samym.

Na koniec drobiazg, który — niestety — rozczaruje miłośników, dobrego skądinąd, filmu Hamnet (i zawartej w nim feministycznej tezy). W decyzji o wyjeździe ze Stratfordu nie było żadnej romantycznej współodpowiedzialności. Bo Szekspir do Londynu najzwyczajniej uciekł. Od żony i od dzieci. Ach, ci geniusze! Im wszystko darowane.

[Stephen Greenblatt, Shakespeare. Stwarzanie świata, Znak Literanova, Kraków 2026]

 

2.

Z nazwiskiem Rzewuski trudno się nie wpisać w uszlachconą literacko tradycję szlacheckiej gawędy, że pozwolę tu sobie przypomnieć Pamiątki Soplicy Henryka Rzewuskiego (1791-1866), z dawna zapisane w historii polskiej literatury.

Nie wiem (AI też nie wie), czy Paweł Rzewuski, (ur. w 1990 r.) autor powieści Krzywda, doktor filozofii, historyk i pisarz — specjalizujący się dotąd w historii polskiej obyczajowości (pisał np. o prostytutkach w II RP) oraz prozie sensacyjnej osadzonej w przeszłości (akcja jego nominowanej do Nagrody Wielkiego Kalibru kryminalnej powieści Syn Bagien toczy się na przedwojennych Kresach) — ma coś wspólnego z hrabią Henrykiem, który staroszlachecką gawędę na wysokiej półce klasyki postawił, ale jakoś tak się składa, że tytuł jego, czyli Pawła Rzewuskiego, powieści jest dokładnie taki, jak nazwa herbu tamtego pisarza arystokraty, czyli Krzywda właśnie.

Nie wchodząc jednak w (ewentualne) rodzinne paralele, rzec można, już bez mrugania okiem, że do napisania Krzywdy przygotowany był świetnie. W jego książce — nominowanej z kolei do tegorocznej Nagrody Nike — czuje się oddech zarówno „starego” Rzewuskiego, jak i Pamiętników Jana Paska, ale też na przykład Józefa Hena (Crimen, Przypadki starościca Wolskiego).

Przede wszystkim jednak Henryka Sienkiewicza oczywiście, a zwłaszcza tego Sienkiewicza z Ogniem i mieczem, czyli najmniej poprawnej historycznie (i politycznie), a i najbardziej — od najdawniejszych czasów — krytykowanej części Trylogii. A zarazem najbarwniejszej chyba i najbujniejszej w przedstawianiu dawnego świata — tamtej krainy U-krainy (czyli u krańca), jej mołojeckiej kozaczyzny i „stepów szerokich”. Bo choć Rzewuski ukazuje w Krzywdzie szeroką panoramę sarmackiej Rzeczypospolitej (są tu i Prusy, i Karpaty, i Litwa), ale z najlepszym skutkiem czerpie właśnie z kresowych mitów i wyobrażeń, tak mocno w nas utrwalonych przez Sienkiewicza (który zresztą zapożyczył się pięknie w dawniejszych jeszcze, często źródłowych przekazach), z klimatu Dzikich Pól — aż dyszącego niesamowitością i fantastyką, a przepełnionego grozą, której okrucieństwo splecione jest z sarkastycznym humorem i baśniowym mrokiem starosłowiańskich mitów.

Dziwna jest ta Krzywda, ale jako taka właśnie zwróciła pewnie uwagę jury Nike, bo w tych jej nawiązaniach — bardzo dalekich przecież od dzisiejszych mód polskiej prozy — do zapomnianej literacko, a mocno obecnej w naszej świadomości szlacheckiej kultury, nawet wtedy, gdy karykaturalnie wyszydzanej (patrz choćby popularność serialu Neftlixa 1670), jest coś świeżego, a i oryginalnego.

Z jednej strony ma się więc przy czytaniu wrażenie, że oto Sienkiewicz wrócił z martwych — jego jest tu barokowa, rozlewna stylistyka, archaizowany język, a i „trylogijna” fraza (ze składnią, w której orzeczenie wędruje na koniec zdania), z niego są te wszystkie tytulatury i zawołania: „panie Stanisławie”, „mości panie”, „waszmościowie” etc., niektóre imiona (Roch, Onufry), a i postaci — zarówno fabularne (jak choćby ślepy dziad snujący po karczmach swe opowieści czy pani Drohicka z trzema synami, wypisz wymaluj inna wersja kniahini Kurcewiczowej), jak i historyczne („Diabeł” Stadnicki, ale i Jarema Wiśniowiecki), a przede wszystkim kanwa przygód osnuta na motywie wędrówki.

Z drugiej jednak zda się Krzywda Trylogią Sienkiewicza á rebours: to, co u autora Potopu krzepiło serca, u Pawła Rzewuskiego budzi w sercach niepokój, czasem zgrozę i obrzydzenie, w sumie uczucia niemiłe, przykre, bo i brak tu bohaterów pozytywnych.

Jako że to tylko pozór powieści przygodowej, a w istocie moralitet o dochodzeniu prawdy i przemierzaniu dróg do zadośćuczynienia w dawnej Rzeczpospolitej (akcja powieści też — jak u Sienkiewicza — w wieku XVII się toczy, mniej więcej dwadzieścia lat wcześniej, niż Trylogia się zaczyna) — moralitet bez morałów, za to pełen grzechu wszelkiego i brudu (tak ówczesnego świata, jak i człowieka) oraz zbrodni bez kary, mocy piekielnych i smrodu siarki. Z małym (choć serio) mrugnięciem okiem w finale: rzecz kończy się bowiem w… karczmie, co się Rzym nazywa! Co jest nawiązaniem do literackiej klasyki i legend dawnej Polski, która w postaci Pana Twardowskiego ma swojego Fausta.

Opowieść o misji imć pana Stanisława Wróblewskiego — skonstruowana szkatułkowo, bo też z wielu innych opowieści złożona — choć misja to zgoła prywatna (poszukując zła, stąpa pan Stanisław tropem swojego brata Gedeona) — okazuje się diagnozą o wiele szerszą niż pojedynczy obrachunek. Ta opowieść to wielka metafora Zła drążącego serce i duszę Rzeczpospolitej szlacheckiej, a w efekcie prowadzącego do jej upadku. Nietrudno zgadnąć, do czego Paweł Rzewuski pije, czyniąc z tej metafory zwierciadło naszych współczesnych grzechów polskich.

Nie powiem, czyta się Krzywdę dobrze, bo napisana jest ze swadą i rozmachem (a ma w sobie i suspens odkrywany dopiero w finale). Zwłaszcza, jak się lubi tego rodzaju literaturę i docenia grę z cieniem (Sienkiewicza). Ze zrozumieniem odnajduje się też w przygodach pana Stanisława ślady naszej sarmackiej tradycji. Której dobra pamięć jawi się u Rzewuskiego w krzywym zwierciadle. Słynna polska tolerancja jest tu bowiem grą pozorów i łatwo staje się przykrywką dla nietolerancji, a z nią horroru nienawiści wobec wszystkiego, co inne i nie-nasze; na kartach powieści aż się roi od naszych obsesji religijnych i łże-hołdów dla demokracji spod znaku liberum veto.

Nie zmienia to faktu, że tak jednolicie mroczna tonacja Krzywdy, nasycenie (przesycenie) jej stron wiedźmami, diabłami — Rokitami (!) — oraz upiorami, dość prędko zaczyna nużyć, a nawet nieco (niezamierzenie chyba) śmieszyć.

No bo przecież o historii to my lubimy ładnie. O przeszłości naszej — nawet smutnej — miło. Cóż, „Słowianie, my lubim sielanki…”. Tak, wiem, z tego cytatu z Kazimierza Brodzińskiego śmiejemy się dobrodusznie, i to od dawna (pierwsi zaczęli drwić romantycy), wiedząc już, ile razy w naszej historii sielanka w grozę się zmieniała. Śmiejemy się, bo i diabeł u nas głównie śmieszny bywa i niezdarny.

A zmory i potwory u Rzewuskiego realistyczne, prawdziwe i mocarne, wychynąwszy zaś z Krzywdy, niczym widma w Weselu, w zagęszczeniu tak ponurym — jawią się nam jako byty kulturowo obce (gdzie polskiej fantastyce do mitów Krain Północy i zimnej grozy tamtejszych legend), więc jakoś trudno uwierzyć w ich symbolikę. Szczególnie dziś, gdy współczesne potwory i zmory przybierają u nas postać o wiele realniejszą niż upiory i upiorzyce, którym łby ścina szablą pan Stanisław.

Co więcej, demony wszelkie oraz wampiry to dla dzisiejszej młodzi istoty całkiem sympatyczne (patrz: powodzenie różnych seriali i popkulturowych bohaterów plus mody na blade lico i czarny makijaż). Skądinąd śmieszy mnie wyjątkowo (bo na smutno), gdy widzę te zgraje zombi na polskich ulicach.

Kogo więc przestraszą Krzywdy i kto z tej książki-przestrogi weźmie jakieś nauki? Jeśli już, to dopiero (i do rymu): tejże młodzi wnuki. Może więc nie należy czytać tej powieści z jakimś szczególnym przesłaniem, a zwłaszcza z namaszczeniem, a zwyczajnie i po prostu — jako fajną zabawę z literacką tradycją?

[Paweł Rzewuski, Krzywda, ArtRage, Warszawa 2025]

Paweł Albo Poczytalion (ur. w 1965 r. w przysiółku Szczecin Dąbiego) — z wykształcenia ornitolog. Mieszał w Kantucky i Bismarck (Niemcy), dziś: Niezbyt Dobra koło Szczecina. Miłośnik starej Broni (imię psa, dokładniej: suki). Publikował w prasie krajowej, polonijnej, milenijnej i codziennej („Głos Louisville”, „Głos Pomorze”, „Kurier Szczeciny”), magazynach poświęconych niezdrowemu żywieniu („Piwariat”) i pismach literackich (m.in.: „Czas Chałtury”, „Nestor”, „Wsypa”, „Faza”, „Kwartalnik Artystyczno-Krytykancki”). Wydał m.in. wiersze i epitety Życie skocznikiem (2007), powieść ontologiczną Wandalizm. Motyw kobiecego samobójstwa w poezji współczesnej (2013) oraz wszystkie oszczędności z konta dolarowego w PKO S.A.

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści