KAROL SAMSEL
Praktyki. 17
czerwiec 2026
Wtorkowy seans Ojczyzny Pawła Pawlikowskiego odbieram w sposób całkowicie przejmujący. Część dialogów z ekranu zagłusza krzyk dzieci spoza ściany sąsiedniej sali kinowej, niekiedy — czyniąc oglądanie Ojczyzny czymś prawie że nieznośnym. Z czasem — dźwięki cichną. Ugodziły mnie słowa Klausa Manna o pysze swojego ojca, wierzy, że jest ponad tym wszystkim, mówi Klaus. To samo — mogę powiedzieć o sobie — wierzę także, że jestem ponad tym, co dobre i złe, prawe i lewe, prawicowe i lewicowe, niepolityczne oraz polityczne — że mogę abstrahować wszystko — wszystkim — przez pryzmat wszystkiego. To Pawlikowski dotkliwie mi uświadamia, cytując słowa Mefistofelesa — „Jam częścią tej siły, która zła pragnąc, wiecznie czyni dobro”. Uwierzyłem w to samo, że nieważne jak brudne posiadam czyny, umysł mam czysty i choćby przez to: czystość mi się należy. Jest więc „dialektyka Mefistofelesowska” i „dialektyka mefistofelesowska”, film Pawlikowskiego opowiada o tej pierwszej, dialektyce należącej do Mefistofelesa, wynikającej z jego słów — bardzo precyzyjnie — nie o dialektyce samego utworu Faust. Właśnie, zatem, na seansie Ojczyzny 23 czerwca 2026 roku uświadamiam sobie, że jestem polskim Mefistofelesem… Praktyki to w tej sytuacji polskie opus mefistophelicum, tak właśnie wygląda polski styl mefistofelesowski. Autodafe 1-13 jest także mefistofelesowskie… Ale słyszę w Ojczyźnie o wiele więcej: to najbardziej bergmanowski film Pawlikowskiego i świetnie, są tutaj Goście Wieczerzy Pańskiej i Tam gdzie rosną poziomki. Jest także Biała wstążka Hanekego. Erika wreszcie mówi do Tomasza, że jego olimpijska mowa nie ma żadnego znaczenia i służy demagogii tylko za tło muzyczne. Ale to najszczersza prawda, wszyscy zostaniemy bowiem sprowadzeni tylko do tego: będziemy tłem muzycznym przyszłych zbrodni, gdybyśmy byli czymś więcej, można by to nazwać świętokradztwem, ale jesteśmy jedynie ludźmi. Gniew natury, jest taki frazeologizm. Myślę, że czas wprowadzić pojęcie gniewu kultury. Najlepsi pisarze są wcieleniami gniewu kultury, jak myślę… Czy gdyby powstała „Dobra Polska”, powinności artysty, które nałożyłbym wówczas na siebie, powinny zakładać sławienie jej niezależnie od tego, co wkrótce osiągnie lub co gorsza — już osiągnęła. Po czym poznajemy rzeczy — po owocach? Czy po poezji? Poezja nie powinna czekać na owoce? Należy się — każdemu? Jakie są powinności artysty? Czy jest filantropem i należy się każdemu podobnie, dobremu oraz złemu? Może należałoby napisać książkę o stosunku Polaków do dialektyki Mefistofelesowskiej?
Przed wylotem do Warszawy z Galway zasypiam w Clondalkin tylko na godzinę i po powrocie z łazienki lunatykuję. Tytuł dramatu, dobrego dramatu, Gniew kultury, ten obraz gniewu kultury jako proporcjonalnego rewersu gniewu natury rozbudza moją wyobraźnię… Wszystko, co mówimy, zostanie — przekręcone i porozciągane na wszystkie strony interpretacji. Słowa przychodzą na świat jedynie po to, by ulegać dziecinadzie czytających lub obojętności nieczytających. Mann zrozumiał to w Niemczech w 1949 roku — Olimp powstaje tylko dla wyszydzenia, z kolei olimpijczycy rodzą się na to, aby ich wyszydzić. Lży się wszystkich, a także wszystkich wyśmiewa, odnajdujemy swoją godność wśród bicia i śmiechu. W uniwersytetach należy zacząć stawiać pręgierze, nie katederki. Chciałbym jako pierwszy występować — pod pierwszą polską pręgierką. „Dobre Niemcy”, „Dobra Polska”, chętnie odwrócę od niej wzrok tak, jak Tomasz Mann odwrócił od Niemiec w 1949 roku.
„To nie czasy Wilde’a”, mówi Mann u Pawlikowskiego. Tym różnię się od niego, że stwierdziłbym — „to uczyńmy je czasami Wilde’a”, czy nieco łagodniej — „nic nie stoi na przeszkodzie, by uczynić je czasami Wilde’a”. Estetyzacja kultury może mieć całkowicie odmienny ciężar i przebieg, tak samo etyzacja — bywają mierne etyzacje, zarazem wybitne estetyzacje. Czasy to czasy. Uczyńmy je czasami Wilde’a, jeśli chcemy. Jeśli z kolei nie chcemy, w ogóle tego nie róbmy. To powinności artysty w stosunku do czasów. Czyńmy czasy… w stosunku do powinności, nie regulujmy powinności względem tego, czy na te powinności czasy są lepsze, a na inne: czasy są gorsze. Po prostu nie kalkulujmy. Wilde to Wilde i ma prawo zaistnieć w 1890 roku, 1940 roku i 1990 roku. To ważna cecha światopoglądu: pisarze w rodzaju Manna, ofiary mitu kryzysu kultury oraz kryzysu historii, mówili „to nie czasy Wilde’a, „to nie czasy Chateaubrianda”, ja mówię „zróbmy je takimi”, wyrzućmy spiralę kryzysu kultury na margines wszelkiego ruchu, niech obraca się wokół własnej osi. W Ojczyźnie jeszcze jedno ważne pytanie od niemieckiego dziennikarza — „Dlaczego, kiedy Hitler objął władzę, nie udał się Pan na emigrację wewnętrzną?”, ukazuje całe napięte społeczne oczekiwanie, aby w granicznej chwili pisarz udawał się na pustynię i dyskretnie schodził, z oczu zamiast opuszczać kraj. Ale Mefistofeles we mnie pyta, jak i ten stolik mądrze wywrócić: może moim najlepsi czytelnicy to „imigranci” oraz piszę dla intelektualnych oraz myślowych „imigrantów” — proponuję temu krajowi „imigrację” czytelników mojej literatury, nie zaś to, co chciałby może mój kraj ode mnie usłyszeć — że emigruję wewnętrznie… The aroundness of mind, słyszę z ust Hannsa Zichlera, świetne, o wiele lepsze niż wytarty oraz jednoznaczny „zniewolony umysł” Czesława Miłosza, o tym właśnie chciałbym pisać, o polskim XXI-wiecznym the aroundness of mind, pewnie, siłą rzeczy, w klimacie Zniewolonego umysłu, bo jestem Miłoszowski. To pytanie o postawę pisarza, o niemieckie Haltung, Bóg nieustannie wykrzykuje nad moją głową to pytanie — oczywiście, że w języku niemieckim. Zwłaszcza, kiedy się masturbuję. „Oto jestem” z ust Tomasza Manna, „Stawiam się”, Ich stelle mich… Kozioł ofiarny stawia się sam na placu. „Stawiam się ze swoją neutralnością” — to wypowiada Mann w 1949 roku, i tę neutralność Klaus Mann postrzega jako bycie ponad, Erika Mann zaś jako narcyzm starczy. A więc — „stawiam się…”, „daję świadectwo, jakie by ono nie było…”, „jedyne, co o nim mogę wiedzieć, to jedynie to, że będzie neutralne…”. Jestem mistrzem zimnych dań literackich, specjalizuję się w estetyce zimnego posiłku — i właśnie dlatego Ojczyzna tak bardzo mnie poruszyła, może nawet jako polski Hamlet. Myślę, że o powinnościach artysty wolno mówić wyłącznie na zimno i jedynie przy popisowym rodzaju dystansu. To mają być sprawy odpychające, nie będzie to nigdy teren dla zlatujących się ptaków, zwłaszcza ciepłolubnych. Podobnie jak u Pawlikowskiego — jest pręgierz, zdeklaruj się — „Stalin, czy Myszka Miki? Myszka Miki, czy Stalin?”.
Nie koło hermeneutyczne organizuje nasze najlepsze powieści, te, które za nami i te, które przed nami, lecz spirala hermeneutyczna, nieustanne powroty po coraz to bardziej rozszerzającym się okręgu, pisze Kajetan Maria Jaksender w posłowiu do Proustowskich Synowskich uczuć matkobójcy, a ja nie mógłbym się zgodzić bardziej. Moja dialektyka Mefistofelesowska, jeżeli ją więc „godnie wychować”, będzie czymś większym od siebie samej, od swojej XIX- i XX-wiecznej figury — będzie spiralą hermeneutyczną. Prima już wydaje mi się powieścią, którą jest wcieleniem spirali hermeneutycznej w konkretną fikcję (fantastyczną fikcję). Przed południem otrzymuję list od Rafała Trzaskowskiego, w którym „dziękuje za poetycki dziennik Autodafe 9” i „życzy wytrwałości twórczej”, „niewątpliwie uważna obserwacja świata pozwala Panu tworzyć kolejne tomy z cyklu poematów”, to tak wymowne po seansie Ojczyzny, czuję się jak Mann. Przypomina mi się określenie z Jądra ciemności, „papier-mâché Mephistopheles”, „Mefistofeles z papier-mâché”, „pozwoliłem mówić temu Mefistofelesowi z papier-mâché”, pisze Marlow o agencie stacji. W kontekście korespondencji z Trzaskowskim pomyślałem, że może na tym polega moja indywidualność, własne „oto jestem”, otóż „jestem” z dużo lepszego kruszcu niż papier-mâché i Polacy nie wiedzą, co ze mną począć, przyzwyczajeni do Wallenrodów i „samogonnych Mefisto w leninowskiej kurtce”, jak pisał Herbert w Potędze smaku, nie wiedzą, jak postępować z Mefistem wysokim, nie rozumieją nijak, jak dialektyka Mefistofelesowska mogłaby się przysłużyć narodowej sprawie. A kto widzi we mnie Mefista? — Zapewne współcześni Marlowowie oraz Herbertowie. Mam w tym względzie zapas większy — wyrastam na anty—Marlowa i anty—Herberta, nie potępiam tutaj dialektyki Mefistofelesowskiej ani spirali hermeneutycznej. Polska kultura nie spotkała się jeszcze z „białą dialektyką”, mefistofelesowskim arystokratyzmem, w końcu mefistofeliczną wiernością człowiekowi — ja ją pokażę. Pokażę „całe piękno czystego rozumowania”. W kraju prezydent Warszawy rozliczany jest za aferę ze Szpitalem Południowym, dokładnie w tym momencie dociera do mnie jego list o odbiorze Autodafe 9. A może inaczej? Może skoro piszę o Trzaskowskim, jestem „piewcą Mefistofelesów z papier-mâché”? Tak powiedziałby, myślę, współczesny Herbert albo Marlow. Przypominają mi się lata, które spędziłem z Leszkiem Żulińskim, on również był oceniany przez niektórych „po conradowsku” — i uważany za „Mefistofelesa z papier-mâché”… To na swój sposób dla mnie przejmujące, że teraz — w związku z Rafałem Trzaskowskim — przychodzi mi na myśl Leszek zmarły w 2022 roku, zaś — w związku z Leszkiem Żulińskim — Rafał Trzaskowski.
Nie ma w mojej twórczości ani jednej idei, którą wziąłbym z prawicy, niestety — przyszło mi żyć w czasach, w których to, co głoszę, nieoczywista rewolucyjność tego, co wypowiadam, nie posiada znaczenia już dla nikogo: lewica i prawica to w tej sytuacji dwie otwierające się paszcze Polski, a Polska to bestia pochłaniająca tych, którzy usiłują mieć, posiadać, troszczyć się o poglądy i rozwijać je. Lewica i prawica polegają od lat tylko na jednym: pojawianiu się tam, gdzie trzeba i niepojawianiu się tam, gdzie nie trzeba, nasza obecność i nasza nieobecność wypierają nasz światopogląd. Pierwsi giną ci, którzy usiłują pozostawać wierni, a więc stale obecni bez względu na sytuacje korzyści i niekorzyści. Dla takich właśnie powtórzę — nie ma w mojej twórczości niczego prawicowego, jestem więc pustym prawicowcem. Z pewnością nie byłem również materiałem na lewicowca, lecz to pozostając człowiekiem prawicy, którym mnie uczyniono bez nadania, uświadamiam sobie jedno: wypełniam sobą polityczną pustkę oraz beztreściowość. Jestem prawicowym więc „człowiekiem bez właściwości”. Od czasu pobytu w Dublinie postrzegam też siebie jako obrońcę kultury. To dla mnie na swój sposób przejmujące, że dekonstrukcjonista taki jak właśnie ja staje się obrońcą kultury i potrafi to sobie filozoficznie wytłumaczyć, mimo inżynierii artystycznej, społecznej, akademickiej.
Czego mógłbym nauczyć się od Mieczysława Szymańskiego? Szacunku wobec powierzchni? Tak, zapewne. Jestem o krok od wywołania rewolucji, która mogłaby przypominać bezmyślne szarpanie pancerza bez szansy jakiegokolwiek dobrania się do delikatnej struktury jądra — gadanie o impresjonizmie nie ma sensu, gdy w istocie tylko fantazjujemy o dobieraniu się gdzieś do serca wszelkiej głębi. Należy umieć dojrzale powstrzymywać odruch buntu? Nie. Należy umieć dojrzale prowadzić dialog z własnym odruchem buntu. Wolność musi umieć dialogować z powierzchnią, w przeciwnym razie wszystko znowu utonie we krwi i w ogniu. Szymański właśnie tego mnie uczy, a zwłaszcza jego tkaniny. Dobra redakcja to także dialog wolności z powierzchnią — wiem to dobrze, zbliżając się do korekty osiemsetnej strony w Primie. Bez tego dialogu Prima utonęłaby przecież nie w preredakcyjnej „emulsji”, ale w ogniu i wspomnianej krwi. Grozi zresztą w podobnym wypadku dużo więcej — całopalenie treści, błąd, nazwijmy go — „estetyzacyjno-mumifikacyjny”. Trochę pokory wobec świętej powierzchni brudnopisu — pozostaje bowiem tak samo święta, jak powierzchnia czystopisu: brudnopis i czystopis nie różnią się stopniem świętości. I ważna uwaga, aby dzieła Szymańskiego zawsze oglądać na parkiecie — to umożliwia obchodzenie utworu od góry do dołu, od prawej do lewej tak jak rzeźby — jednocześnie w idealnej odległości od oka, będącej kopią, analogią i paralelą zarazem odległości od ciała do ziemi… Tak właśnie usiłowałem zapisywać Primę, jakby jej akcję dawało się obejść… Szymański zresztą nazywa to w sposób bardzo mi bliski „literacką kombinacją” swojej pracy (potwierdzam, to bardzo literacka cecha warsztatu, ironiczna, przewrotna, metatematyczna, opowiadająca sama o sobie z dużym trudem, samokąśliwie).
Ale tym przecież właśnie jestem — zwinnym piechurem biegającym po obrzeżach społeczeństwa, nie marniejącym niewolnikiem pilnującym jego kopca. Literatura dla mnie pozostaje rodzajem świądu, świądu, który wprawia mnie w ruch. Można powiedzieć, że — tworzy atmosferę niewyrażalności nie do zniesienia i wyrażalności do zniesienia… Tak by można definiować komedie — i komizm… Tragedia to zadawanie bólu, komedia zaś — jest gorsza: to zadawanie świądu, dobra komedia to zadawanie dobrego świądu. „Projektowanie tkaniny wymaga umiejętności matematycznych, […] stałego rozliczenia nitek osnowy” — Szymański był anarchistą matematycznym, anarchistycznym hipermatematykiem, w swej pracy nad tkaniną eksperymentalną”. Projektowanie powieści, ale i preredagowanie jej — „wymagają umiejętności matematycznych, stałego rozliczenia nitek osnowy”, a zatem — Mieczysław Szymański jest moim patronem protokorekty Primy, świętym tej preredakcji: „projektowanie powieści wymaga umiejętności matematycznych” — Tokarczuk, chcąc to zanegować, zdyskredytować, zanachronizować, pragnie zabić całą matematykę — nikt nie wychodzi z takiego przedsięwzięcia cało. Powieść to dzieło pitagorejskie, to forma cudu pitagorejskiego w wymiarze stylu, pisma, mowy oraz słowa. Dlaczego nikt tego nie chce zrozumieć? W malarstwie kolor przychodzi na końcu oraz w tkaninie kolor przychodzi na końcu, w muzyce dźwięk przychodzi na końcu, w literaturze słowo przychodzi na końcu, w religii Bóg przychodzi na końcu? Jest wręcz cała grupa tkanin, religii, literatur, muzyk, do których nie przyszedł Bóg, dźwięk, słowo, kolor… Nikt nie histeryzuje na ten temat — to właśnie należałoby się nazwać białym kwiatem sytuacji twórczej… O to, aby sens nie nadchodził przedwcześnie, należy się modlić… Duch Święty to duch czasu, patron — Jego właściwego tempa. To — wbrew pozorom — byt bardzo proustowski.
Zwlekam z umyciem, przy czterdziestostopniowym upale, przez kilka dni po to, by uświadomić sobie z całą mocą, że obmyte ciało, uwolnione już od zapocenia, z powrotem — „staje się responsywne”, wracam do swojego „Ja”, pozbywając się potu, dokładnie tak jak wracam do siebie, gdy pozbywam się kału i pozbywam się spermy: mogę pełniej tworzyć literaturę — misa naczynia „Ja” dokładniej odbija światło — bez potu, bez kału, bez moczu, spermy — bo płyny oraz substancje stałe tkwią na drodze między mną a literaturą. Noszę w sobie pychę głębi, dlatego Bóg skazał mnie na nieustającą kontrolę płynów, wręcz przymusił do ciągłego opróżniania siebie — z uczuciem rozkoszy. Niestety, skazano mnie na rozkosz opróżniania, rozkosz napełniania została mi odmówiona — wyobrażam ją sobie tylko, rozkoszując się swoim opróżnianiem. Fantazjuję o niej, opróżniając się. Jestem opętany duchem powierzchni, on poucza mnie, na czym powinna polegać pokora względem głębi. Preredakcja, prekorekta wymagają w planie jednej zdania myślenia naraz syntezą i analizą, przełączanie mikro— i makroskali — to dla śruby umysłu jedna z najniebezpieczniejszych istniejących czynności. Preredaktorowi, zwłaszcza jeżeli będzie autorem literatury totalnej, grozi „szaleństwo śruby”. Można — z jednej strony — zapamiętać, że prekorektę Primy wykonywałem w najgorętsze lato w Polsce w XXI wieku przy czterdziestostopniowym upale. Pomagała mi myśl o charakterze Mieczysława Szymańskiego. Z drugiej strony, arcydzieła takiego, jak Jan III Sobieski nie da się wykonywać samemu — w którymś momencie trzeba oddać projekt koncepcyjny do „centrum”, cóż — dla Szymańskiego tym „centrum” była Spółdzielnia „Ład”, Halina Karpińska-Kintopf, Lucjan Kintopf oraz Maria Bujakowa — projektanci wykonawczy, każdy oddelegowany dla innej techniki, kilimu, żakardu, a także haftu. Tak samo traktuję Primę, to jest od początku do końca sytuacja Szymańskiego z 1936 roku…
„Kąpiel przemysłowa dobrze by ci zrobiła”, „a jeszcze lepiej twojej literaturze” — „najlepiej kąpiel w nagrodach i wyróżnieniach”, zmyłbyś z siebie całą tę spermę i pot, i ekskrementy, wokół których toczysz swoje niezrozumiałe liturgie i teurgie. Tyle rzeczy, tak wiele rzeczy, które mogłyby cię oczyścić, okrążasz swoją mroczną teurgią — brudny, i taki pozostając, wychodzisz z pokojów, w których możliwa wydawała się kąpiel, taka, która zrobiłaby ci wreszcie — dobrze… Dwie strony książki są jak centymetr dwunastometrowej tkaniny Szymańskiego, studiuje się to powoli, delektuje się centymetrem tkaniny, nie zaś wygląda łakomie za centymetrami kolejnymi, książki są więc kryptotkaninami, to ten ich centymetr, ten właśnie, a nie inny, któremu dokładnie w tej chwili mam oddać szacunek — tkanina jest kabałą — dla dobrej lektury. 30 czerwca, ostatniego dnia miesiąca, myślę zatem głównie o tym, jak dać się przepełnić pustce, jak w sensie zupełnie fizjologicznym dać się opętać pustką. Musimy być opróżnieni, wypróżnieni, by stanąć w prawdzie, wykwint jest skutkiem ciężkostrawnej moralności. Aby stanąć w prawdzie, trzeba oczyścić nasze jelita i jądra, dostrzegamy przez moment Boga najczęściej wtedy — pomiędzy jednym wyrzutem spermy, oddaniem kału a drugim… Dieta wraz z masturbacją są właściwym początkiem wszelkiej mistyki… Pierwszym ascetą jest dietetyk, a dieta — jest kategoria par excellence biblijną… „Kąpiel dietetyczna świetnie by ci zrobiła”. „A jeszcze lepiej twojej literaturze”. Przede mną, czyli nade mną ostatnie dwieście stron korekty Primy: po dwadzieścia stron „tkaniny Szymańskiego” — na pierwsze dziesięć dni lipca. Wszędzie wokół są ludzie dostosowani, w Ostrołęce, w Warszawie, wszędzie indziej, jednak to w Warszawie ludzie dostosowani dotykają czegoś, co ich przerasta i przekracza, dlatego tu należy być i stale z warszawską małością się mierzyć. Warszawa to wielkie niewyrażalności między wersami małych wyrażalności. Wielkie — dotyczą nas bez naszej wiedzy, niezależnie od uznawania, potępienia… Warszawa oznacza wielki los. Małe słowa i wielki los.
Karol Samsel (ur. w 1986 r.) — poeta, krytyk literacki, filozof, doktor habilitowany nauk humanistycznych, doktor filozofii. Zastępca dyrektora w Międzydziedzinowej Szkole Doktorskiej UW, adiunkt w Zakładzie Literatury Romantyzmu i kierownik Pracowni Historii Dramatu 1864-1939 Wydziału Polonistyki UW, członek Polskiego Towarzystwa Conradowskiego. Laureat nagrody imienia Władysława Broniewskiego (2010) i zdobywca statuetki imienia Wandy Karczewskiej (2011). Redaktor działu esejów i szkiców w kwartalniku literacko-kulturalnym „eleWator”. Mieszka w Ostrołęce. Wydał m.in. tomy wierszy: Dormitoria (2011), Altissimum-Abiectum (2012), Dusze jednodniowe (2013), Więdnice (2014), Prawdziwie noc (2015), Jonestown (2016), Z domami ludzi (2017), Autodafe (2018), Autodafe 2 (2019), Autodafe 3 (2020), Autodafe 4 (2021), Autodafe 5 (2022), Fitzclarence (2022), Autodafe 6 (2023), Choroba Kolbego (2023), Autodafe 7 (2024), Autodafe 8 (2025), Autodafe 9 (2026), Cairo Declaration (2025) i powieść Nie-możliwość Piety (2023).
Magdalena Jóźwiak: wieś, *** (jesień wstrzymuje słońce…), świadek, *** (na drodze…), z notatek nocnych
—
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved