ROMAN CHOJNACKI
Polszczyzna
Mówiąc szczerze, z głodu przyjaźni i braku pokory
postanowiłem uwieść polszczyznę. Kusiła mnie od dziecka.
Gdy w końcu zacząłem mówić i czuć coraz mniej, pojąłem,
że samotność jest o przysłówkach i kropkach, a miłość
o zaimkach i przecinkach.
Wydawała się łatwą, bezpłatną i kuszącą dziwką, chociaż pan
życia uprzedzał mnie, że to może być bolesna relacja, że ona
umie odpyskować, ale hej, dla ciebie to i tak lepsze niż nic.
Tylko szanuj ją, a ty, niebo, chroń tego pogubionego chłopca.
Nauczyłem się jej czepiać, grzebać w niej, zanurzać i mizdrzyć;
przyznaję, że niekiedy kląłem ze złości, choć bywało, że niektóre
słowa składałem płynnie, z umiarem i podobno z sensem.
Dzisiaj wiem o niej coraz mniej: chroni się i jest dobrze chroniona,
daje sobie radę beze mnie, szuka kryjówek, podsuwa smukłe szyje
przymiotników lub kąsa pozwami o niewierność. Już nie partnerka,
już nie ta, która potrafiła goić stare rany, lub po wspólnej nocy koić
długim porannym snem. Milknie bardzo głośno, lub warczy na mnie
jak odźwierny pies na peryferiach słów i zdań, z szyi którego
zwisa kartonik, na nim krótka nota, że będę aż do śmierci otwierał te
drzwi i zamykał, zamykał i otwierał, otwierał i zamykał.
Budzi we mnie strach, boję się jej, gdy krzyczy na mnie nienawistnie,
w tłumie, w sklepie, na ulicy. Starałem się, ale chyba jednak nie dałem
rady. Myślę czasem, że wybrałem złe drzwi, lub ja to ten źle wybrany.
Państwo
W 1980 roku, w Gdańsku, robotnicy wpuścili
do stoczni inteligentów. Później robotnicy pracowali,
a inteligenci pisali podziemne instrukcje obsługi
państwa. Po grudniu 1981wielu robotników i
inteligentów zaczęło się kurwić. Różnie. W ciupie,
w pracy, na komendach i w kawiarniach.
Bywało słowem, częściej czynem. Najgorsze były
Wielkanoce i Boże Narodzenia. Rodzinne stoły.
W roku 1989 robotnicy z inteligentami obalili
obydwa państwa i kilka ważnych pomników.
Z rozpędu obalili mury, słowa, uczciwość i inne
podobne im głupoty. W końcu rozebrano stół.
Potem zaczął się czas stawiania nowych murów i
pomników. I tak to trwało, trwało, a kuku. Teraz nie
ma już robotników i inteligentów. Są pracownicy
i urzędnicy. Zawiązują i rozwiązują kraj. Sobie tylko
znanymi sposobami. Państwa nie ma, bo po co?
Pociąg
Pociąg Przemyśl — Ustka. Szybki, głośny, cisza nie
ma z nim żadnych szans, w korytarzu odór z kibla.
Pani naprzeciw, miejsce 54. Niespokojnie wywija
szydełkiem, a gdy odkłada je na chwilę, spogląda w
okno. Okno nie spogląda na nią. Półmrok. Pan obok
próbuje zamknąć niefrasobliwe usta. Modli się o coś.
Pociąg jedzie. Taka jego natura, by jechać. Mnie nic do
tego. Pani i pan szepczą ze sobą po słowiańsku.
W myślach wracam do językowych lekcji wschodu. Pani
do mnie po rosyjsku. Z Browary, wiesz, gdzie to?
Wiem. Oni rejonowi, ja powiatowy, w pociągu do życia.
Ale już jedziemy razem. Każdy w swoim języku. Mijamy
bocznice i towarowe składy ze Lwowa do Paryża i z Berlina
dokądś tam na wschodzie. Z braku słów proponuję krówki i
swój pisany w głowie wiersz. Pani uśmiecha się, proponuje
motankę, świeżo z szydełka wypadłą lalkę. Pan kiwa głową.
Córka z wnukiem mieszkają nad morzem. U nas zostało niewiele,
brak morza, dlatego córka wybrała wieś nad morzem.
To pierwsza podróż nad morze? Pani odpowiada po angielsku,
że tak. Pan ma łzy w oczach. Poznań blisko, wstałem i
wiersz spadł mi na podłogę. Pani i pan spojrzeli pod
nogi. Ja także. Ich stały ustawione równo. Pani miała stopy
plastikowe, pan miał jedną metalową. Pani uniosła głowę,
uśmiechnęła się, pan podał mi rękę. Coś mówił do mnie
na pożegnanie, ale pisk hamulców zagłuszył wszystko. Kończę
ten wiersz właśnie w tej chwili. W tej chwili. Kończę.
powyższe wiersze pochodzą z przygotowywanego tomu Biel, tylko biel…
Roman Chojnacki (ur. w 1954 r. w Lesznie) — poeta, krytyk literacki, redaktor. Sekretarz literacki Teatru Nowego w Poznaniu (1980-1988); redaktor działu literackiego czasopisma „Student” (1980-1981); prezes koła młodych ZLP w Poznaniu (1980-1981); korepetytor w Konsulacie USA w Poznaniu (1983-1986); współpracownik i autor podziemnej prasy „Solidarności”; internowany w Wojskowym Obozie Specjalnym w Rawiczu (1982). W roku 1988 wyemigrował do Kanady, skąd powrócił jesienią 2018 roku. Mieszka w Dąbrówce Leśnej, wsi na obrzeżu Puszczy Noteckiej. Stypendysta Departamentu Stanu USA (1986); laureat nagród literackich, m.in.: Najlepszy Debiut za Głos pierwszy (1977), podziemna Nagroda im. 3 Maja za Apel poległych i inne wiersze (1984), Medal im. Stanisława Grochowiaka (1976), nagroda Fundacji Nelly i Władysława Turzańskich (Toronto 2006). Tłumaczony m.in. na języki: angielski, francuski, hebrajski, ukraiński i węgierski. Opublikował: Głos pierwszy (1973), Dla tego życia (1977), Z pozoru cisza (1980), Apel poległych i inne wiersze (1983), Od „mówienia wprost” do „nowej prywatności”. O poezji lat siedemdziesiątych (1984), Noc (1986), Wiersze nienapisane (Poznań — Toronto 2000), Tak (Lublin — Toronto 2003), Lekcje przyrody (Kraków — Toronto 2006), Iratlan versek (Budapeszt 2008, przeł. Gabor Zsile), Aleppo (Toronto — Berlin 2010), C’est ainisi (Rzeszów — Toronto 2011, przeł. Bogusław Biela), Do prywatnego użytku (Rzeszów — Toronto 2014), Poemes non ecrits (2015, przeł. Bogusław Biela), Dla tego życia (Poznań — Toronto 2018), Pasterz słoneczników (2021), Gołąb cukrowy (2023), Struga (2024), Wybór pism na temat życia z punktu widzenia śmierci (2025).
Karol Samsel: Praktyki. 17
—
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved