PIOTR MICHAŁOWSKI
Strażnik domowego ogniska. 3
3.
Kamienne półkoliste zejście zmieniło się w ruchome schody sunące w dół do stacji metra, chyba Colosseo, chociaż mozaika z Waterlooplain, z pierścieniem, a raczej półpajęczyną kanałów. Stamtąd odbija ostrym skrętem w prawo wąski korytarz, oświetlony kilkumetrowym rytmem trupiosinych rozjaśnień od żarówek opancerzonych kratką prętów. Bzyczenie prądu nasila się i cichnie, ale w innym rytmie. Silniejsze światło za następnym zakrętem zapowiada wyjście na powierzchnię, ale okazuje się kolejną zmianą kierunku korytarza, następującym po jakiejś setce kroków, nie kroków, bo to nie był chód, raczej płynna jazda, na przemian w prawo i lewo, zapowiadająca labirynt bez celu i bez końca. Niespodzianie jednak zamiast kolejnych meandrów pojawia się zwężenie, przesmyk, i to tak ciasny, że musi przeciskać się bokiem, a raczej muszą robić to po kolei, bo wtedy okazuje się, że nie jest sam, choć wciąż nie wie z kim i czemu w ogóle muszą tam włazić, po co tu przyszedł albo przyjechał, a może go przywieźli? Czemu po prostu nie zawrócić i wydostać się na światło dzienne? Niech to będzie na przykład śródziemnomorski krajobraz albo od biedy mglista wilgoć Amsterdamu. Choć wiedział, że czasy zagranicznych podróży się skończyły i od dwóch lat nie stać ich nawet na tydzień w Mrzeżynie. Obejrzał się, ale nie było żadnej drogi powrotu, architektura z tyłu zamknęła się jakoś, zasklepiła mglistobiało, ale nie można powiedzieć, że całkiem znikła, raczej odcięła drogę odwrotu, mur jakby rozwiewał się i tężał, wskazując jedynie możliwy kierunek, na wprost: ogromne pancerne drzwi z kierownicą zamka, ale jakby uchylone z nieśmiałym zaproszeniem do wnętrza wypełnionego oślepiającym światłem. Otwiera facet w zielonym czepku i masce chirurgicznej. W środku jeszcze dwóch podobnych, ale w białych kitlach. W tle monstrualna blaszana szafa z ogromnymi szufladami. Pod nisko zwisającą trójoką lampą operacyjną marmurowy stół z rowkiem obiegającym krawędzie, na nim ktoś leży pod białym prześcieradłem. Wystają nagie stopy, a na dużym palcu, mocno pożółkłym, jakaś kartka na gumce. Potem powolne zbliżenie na odsłanianą od czoła po brodę twarz. Z każdym kadrem opóźnionym półsekundową stopklatką pulsują odgórnym pogłosem słowa: TAK, TO ONA — NIE ONA — NIE, TO NIE ONA. Nakładają się na siebie, zacierając sens wahadłowej wypowiedzi, jakby potwierdzenie i zaprzeczenie nie wykluczały się logicznie albo były tym samym. Powtarzane w crescendo stają się nie do wytrzymania, aż rozpryskują się w błysku. Wtedy ONA się podnosi do pozycji siedzącej, ale oczy ma wciąż zamknięte, co patolog jakby z dezaprobatą kwituje ironicznym uśmiechem, zapewne pożyczonym od komisarza, następnie podchodzi do jednej ze stu potężnych szuflad, pociąga za uchwyt, wysuwa, ale sunąca płynnie na prowadnicy szuflada ma dziurawe dno, przez które wysypuje się góra książek. Wówczas „on” albo „jego ja”, a zarazem jakieś „moje on”, tylko jakoś nie całkiem zawarte w sobie, ale też niezupełnie w nim, bo trochę obok, porywa ciało na ręce, pionizuje, pociąga za rękę i już normalnie biegną otwartym znów korytarzem katakumb, mijają stację Ottaviano, Cornelia i parę innych bez nazwy, przeciskają się przez tłum oblegający fontannę di Trevi, mijają zatopioną łódkę Berniniego na Piazza di Spagna i wbiegają schodami hiszpańskimi na Trinità dei Monti: on, ocalona Euredyka i jeszcze jakiś facet, nie wiedzieć kto ani skąd się przyplątał, może turysta. A z góry wspaniały widok, przez który przenika świt. I chyba ziąb. Ale budzi się raczej z irytacji zdarzeniami niż od wygasłego dawno kominka. Głęboki oddech. I powolne podważanie faktów, weryfikacja i jeszcze wolniejsze unieważnianie, i potem ostrożne kasowanie. Orfeusz i Hades, co za bzdury! Wprawdzie sen niby klasyczny, ale daleki od klasyki snu, pojmowanego jako nawet najbardziej kapryśny gatunek. I to zamieszanie w topografii Rzymu z domieszką innych stolic! Jak w reklamie biura podróży.
Niby wszystko staje się jasne, odzyskuje kontury, wraca na swoje miejsce i zdaje się zmierzać prostą autostradą do rzeczywistego świtu. Palimpsest rozwarstwia się, chronologia rozprostowuje w wyraźną linię, fałszerstwa same się demaskują i wzajemnie likwidują niby w pojedynku dwóch równorzędnych rewolwerowców, a jednak znów wszystkie boczne drogi wiodą do Rzymu, obrazy układają się w syntetyczne mozaiki z wszystkich kolorów marmuru, skompilowane z niezliczonych kościołów Wiecznego Miasta, a ruchome schody wyjeżdżają w niebo kołysane palmami w stromych wąwozach renesansowych kamienic. I wychodzą na jakieś wyższe piętro snu. Siedzą z Sarą nad czterobarwnymi lodami w jakiejś ogródkowej kafejce na zatłoczonym straganami placu, może to być Campo di Fiori albo Piazza Navona, bo trzy fontanny, tłum bardziej rozrzedzony, ale jakiś niemy, z wyłączoną fonią i wszystko toczy się w zwolnionej pantomimie, aż film zacina się na zalanej słońcem seledynowej ścianie. Pot na czole, piersiach i wszędzie. Chyba to już właściwa stacja jawy, ale nadjeżdża powoli i niepewnie, jakby nie mogła się do końca zatrzymać, toteż wysiadać trzeba trochę w biegu. Głęboki oddech i ponowna korekta zdarzeń.
Acha, mamy kolejny poranek samotności. Który z kolei? Co wydarzyło się w poprzednich? Trzeba to uporządkować, zrobić rzetelną inwentaryzację czasoprzestrzeni, bo nie sposób funkcjonować w takim bałaganie. No, przedtem musiało być… jakieś wczoraj, bo takie są reguły i taki jest wynik dedukcji. Ale konkretnie? Wczoraj było słodkie popołudnie i książka. Lektura, ale niedokończona. Właśnie: dlaczego? Przerwana z jakimś zgrzytem. Kaloryfer oczywiście zimny, bo od tygodnia nie grzeją, podobno awaria na pół osiedla. I kominek wygasł, bo zimno, ale to pewnie w środku nocy?
Otóż to, która może być godzina? Wymacał komórkę, od nastania nowej epoki używaną wyłącznie do kontroli czasu, wyświetliła 11.32. Czemu tak późno? Acha, była jakaś jazda, wizyta, jacyś dwaj zakłócili popołudnie i wypełnili wieczór jakimś szaleństwem, jakąś podróżą, bo na pewno nie była to libacja ani nic podobnego. Zabrali, by coś stwierdził. No dobrze, pojechał z nimi — i co dalej? Tak, stwierdził, że to nie ona, że pomyłka. Zresztą całkiem niepodobna. Uwierzyli i dali spokój. Na razie i nie wiadomo na jak długo, bo sprawa niezamknięta. Więc jeśli to nie to ciało, to gdzie jest to właściwe? A może Sara żyje? Nie, to nie takie proste, to nic nie znaczy. Raczej żyje? Ale nie na pewno. I nie wiedział, która odpowiedź przyniosłaby ulgę, a która ból. Ból najwyżej przelotny, bo nie widział miejsca na coś takiego jak rozpacz, nie mówiąc już o żałobie czy „traumie” — słowie tak nadużywanym, że niedługo będzie dotyczyło złamanego paznokcia. Zatem niech pozostanie bez zmian: możliwe, że Sara żyje… A jednak modalność przypuszczająca rzuca jakiś nieusuwalny cień i znacząco zmienia charakter jej nieobecności. To, że jej nie ma, to empirycznie stwierdzony fakt. Ale nieobecność nie przesądza o nieistnieniu czy istnieniu, bo to pozostaje wciąż hipotezą. I podlega statystycznemu prawdopodobieństwu: jeśli większość osób zaginionych nie znika bezpowrotnie… Większość? Zaginionych? W ogóle skąd ten pomysł z „zaginięciem”. Wmówili mu to. Nie ma jej — i tylko to pozostaje niezbitym faktem, reszta jest kryminalną mniemanologią. Zapewne po prostu wyjechała… No tak, ale wcale nie „po prostu”. Wyprowadziła się? Może na stałe?
Kiedy wczoraj późnym wieczorem, prawie w nocy, wrócił do domu, nie potrafił sobie przypomnieć, w jaki sposób się to stało, zapewne go odwieźli, ale musiał być myślami gdzie indziej, bo nie pamiętał żadnych okoliczności swojego powrotu. Jedno się tym draniom udało: teraz niemyślenie o niej na pewno stało się całkiem niemożliwe. Skutecznie zarazili go tym, czego nie ma: absencją Sary, pustką, niby dziurą w skarpetce, która miała miękko zaniknąć w czeluści buta… a oni urządzili mu… pogrzeb wolności. W dodatku bez trupa!
No dobra, głęboki oddech, ale przeponą. Wstać i prędko dojść do siebie. Odbudować się do stanu poprzedniego, przynajmniej tej wersji siebie sprzed wczorajszego… incydentu. Nie, tego już nie da się odtworzyć. Był to raj bezpowrotnie utraconej przeszłości, czy raczej wspomnieniowy azyl? Najpierw trzeba dokładnie wymazać tamten romantycznie zmiksowany koszmar. Trochę gimnastyki: przysiady, wymachy ramion, dwadzieścia pompek, pięć skrętoskłonów, wystarczy, następnie jak zwykle: prysznic, śniadanie i ulepszony harmonogram na najbliższe dni. A, trzeba dopisać podlewanie domowej flory, by nie uschła, zwłaszcza papirus.
A jednak, już podczas mieszania jajecznicy na patelni, powracały strzępy przesłuchania przez tamtych nieproszonych gości, którzy zniszczyli błogie popołudnie, ściągając go z Indochin i dalekowschodniego rejsu w szemrane zakamarki niepewności.
— Nie powiedziała, dokąd się wybiera?
— Nigdy nie mówi. Po prostu wyszła… Chyba wyszła…
— Więc pan tego nie widział?
— Niby czego?
— Że wychodzi, no, ubiera się albo otwiera drzwi i tak dalej. À propos, drzwi są na noc zamykane na zasuwę albo klucz? — W głosie porucznika słyszał już jakieś zniecierpliwienie, ale jeszcze nie irytację, choć sam czuł się rozdrażniony tą beznadziejną indagacją.
— Tylko na zasuwę i łańcuch. To najbezpieczniejsze i pewne, jeśli o to panu chodzi. A co do widzenia, nie, nie widziałem, jak wychodzi — odparował, ale musiało to wzbudzić nieufność śledczego, bo usłyszał:
— Wie pan, kobiety na ogół wychodzą inaczej, nie ot tak, po prostu za klamkę i nie ma, tak bez makijażu i tych różnych przygotowań…
— Ona nie jest „na ogół”. I żadne „na ogół” mnie na ogół nie obchodzi! I również „na ogół” nie interesują mnie pańskie teoryjki na temat kobiet! Ona jest konkretna, to ja znam ją najlepiej, ona jest… inna!
Niepotrzebny wybuch. Kiedy ochłonął, pomyślał, że był nie tylko niegrzeczny, ale mimowolnie ujawnił coś jeszcze, co było dla niego zaskoczeniem: zazdrość. O Sarę? O Sarę, z którą żył tak długo, ale właściwie jej nie znał? Na szczęście porucznik nie ciągnął tego wątku, tylko polecił aspirantowi, by obejrzał zamki, a kiedy ten wrócił i zameldował o „braku śladów włamania”, zapytał o fakt:
— A zatem, raz jeszcze, proszę się zastanowić, bo to już idzie do protokołu: kiedy i gdzie widział pan żonę po raz ostatni?
— Tak jak mówiłem: przedwczoraj po południu, w salonie, przed wieczorem. Nie pamiętam dokładnie, o której, jakoś przed osiemnastą…
— Więc wieczór czy popołudnie, nie wie pan albo nie pamięta, choć to nie to samo. Dobrze, w takim razie zapiszmy: osiemnasta.
Milczał.
— Ale nie jest pan pewien, kiedy dokładnie? Szkoda, bo to już oficjalne zeznanie i muszę uprzedzić, że ewentualne zatajanie zagrożone jest odpowiedzialnością karną — stwierdził triumfalnie, jakby zamykając wątek czasu i nie oczekując już odpowiedzi, zaprosił do dalszej indagacji aspiranta. Ten znów poczuł się ważny, odchrząknął i wydusił pytanie, tak oczywiste i banalne, że nie do przyjęcia nawet na w kryminale klasy B:
— Co pan robił potem? Znaczy się, przez resztę feralnego dnia oraz dnia następnego przed naszym przybyciem?
— Nic. To znaczy: nic szczególnego. Po prostu byłem w domu, spacerowałem, robiłem zakupy…
— Gdzie? I czy ktoś to może potwierdzić? — Aspirant wyraźnie się ucieszył z okazji do kolejnego pytania.
— Na spacerze nikt. Ale byłem w „Orionie”, tam zawsze robię zakupy… Właściwie robimy, bo przeważnie żona… — Niepotrzebnie wikłał się w takie szczegóły. — To mój najbliższy supermarket, na pewno jest monitoring.
Nie był zadowolony ze swej znów wyjąkanej niepewnie odpowiedzi, ale aspirant odpuścił, choć nadarzała mu się znowu okazja do tropienia nieścisłości, którym zaznaczyć mógł zaangażowanie w śledztwo i swój cenny wkład. A indagowany? Dziwne, że jakoś zapomniał o kominku, kiedy wyliczał czynności, mogące stanowić alibi. No, wprawdzie ta akurat nie może stanowić alibi, ale właśnie: przecież nie zataił jej celowo, lecz przeoczył, sprawozdając, czy raczej zeznając. Albo: wyparł? Wydało się to dziwne, choć zapewne nieistotne dla indagującego; jasne, że głupek pyta jedynie o alibi poza domem, a cały dramat wewnętrzny nie mieści się w regulaminowych formułach przesłuchania i protokołu, a poza tym prawdopodobnie pozostaje kosmosem zbyt odległym i niedostępnym dla policyjnej wyobraźni. Oczywiście nie ma alibi na moment najważniejszy i nawet nie wie, kiedy dokładnie on nastąpił. Nie był przecież świadkiem kluczowego „zniknięcia” Sary, mógł tylko stwierdzić późniejszy stan nieobecności, z której zaledwie wydedukował fakt zniknięcia — a to chyba różnica? Jeśli sprawdzą monitoring, to odtworzą tylko chwile nieistotne. Czemu nie zapytają na przykład o sny? Nie wierzą w psychoanalizę? A może i lepiej, że nie pytają, bo policyjne próby rozwikłania sennych koszmarów relacjonowanych w jego ułomnej narracji okazałyby się metakoszmarem… Natomiast mogliby zapytać przynajmniej o fabuły opowiadań Conrada, pewnie i tam znaleźliby jakąś aluzję, jakiś trop, a nawet rozwiązanie zagadki? Nie chcą się ośmieszać? Dobrze się stało, że o takie rzeczy nie pytają. Za to, gdyby pomylili czas, mogliby o wynik wczorajszego meczu, może nic nie czytają, ale, do licha, chociaż sportem się interesują? A wtedy miałby żelazne alibi: zabrali go wcześniej i transmisję szlag trafił. Jasne, że o to nie zapytali. Właśnie, trzeba sprawdzić wynik: czy wygraliśmy z Włochami, awansując do ćwierćfinału.
Po jajecznicy zagryzionej małym pomidorem bez cięcia w plasterki i kromką razowca z masłem — oczywiście: kawa. Co dalej? Dopracować harmonogram na resztę tygodnia, wypełniając puste miejsca, a jest ich sporo. Potem kominek. Następnie dokończenie dość brutalnej opowieści, czyli daleka wyprawa w okolice Singapuru lub Sumatry.
Wznowiona przygoda nie mogła jednak potrwać długo, starczyła na niespełna godzinę popołudnia. Co teraz?, prawie przestraszył się, dobijając do kei okładki, sygnalizowanej na ostatniej stronie fioletową pieczątką biblioteki publicznej. Zarzucenie cumy sugerowało zejście na ląd. A zatem spacer. Tak, koniecznie, musi być, to stały punkt porządku dnia. Może najnudniejszy, więc wymagający jakiejś modyfikacji. Czy zmienić trasę w taki sposób, iżby dać się nagrać jakąś kamerą dla żarłocznych psów, by mieli co podglądać? Nie, przecież to byłoby działanie właśnie pod ich dyktando, czyli jaskrawe zaprzeczenie wolności. No, można powiększyć wciąż uszczuplane zasoby drewna — już teraz, czyli zanim potrzeba stanie się koniecznością, zresztą dosłownie „palącą”. Nie może jednak całych dni wypełniać troską o ogień — choć brzmi to jakoś pierwotnie, antropologicznie nawet. Żeby chociaż chodziło tu o jakieś archetypiczne „domowe ognisko”, a nie jałową przemianę drewna w dym i popiół…
Wyszedł. Zamknął za sobą dwukrotnym obrotem klucza. Zawrócił, otworzył. Bo zimno, więc czapka. Dokąd i którędy? W każdym razie znów tak, by nikogo nie spotkać. Olać alibi, nawet gdyby mieli wrócić i pytać o kolejne dni. Czy wrócą? Albo zadzwonią? Wygląda na to, że jest głównym podejrzanym w niewiadomej sprawie i być może jest to sprawa „rozwojowa”. Niewątpliwie w tym kiepskim kryminale gra jedną z ról pierwszoplanowych, ale w żadnym castingu nie startował i dzięki za taki zaszczyt! Właśnie teraz przypomniała mu się końcówka rozmowy, której nigdy nie nazwano „przesłuchaniem”.
— Gdyby pan sobie coś przypomniał, a każdy szczegół może być istotny, albo zaistniały nowe fakty, proszę się ze mną natychmiast skontaktować, tu jest numer. — I podał wizytówkę. Właśnie! Gdzie ona jest? Acha, ciągle w kieszeni. Chociaż pogięta i wymemłana, stanowi twardy dowód, że to nie był sen. Nie, nie przypomniał sobie żadnego szczegółu i nie ma zamiaru dzwonić.
— I proszę uprzedzić o ewentualnym zamiarze opuszczenia miejscowości, ale lepiej, to już radzę prywatnie, żeby pan w ogóle nie opuszczał, bo mogłoby to jeszcze bardziej skomplikować sytuację.
Mniej więcej tak to brzmiało, trochę jak groźba. Także klasyka filmowa, ale jakby z podręcznika pisania scenariuszy dla początkujących, i to wygenerowanego przez AI. Natomiast drętwe formuły — prosto z samouczka detektywa; ciekawe, czy w sytuacjach intymnych z żonami również stosują podobne odzywki w ramach gry wstępnej?
Teraz może skręcić w stronę zagajnika? Ale chodnikiem, bo na ścieżkach kałuże, w nocy musiało padać… Ta naturalna konstatacja meteorologiczna rozwinęła się w najbliższą skojarzeniowo, niedawno odrodzoną troskę, prędko rozwijająca się w obsesję: będą kłopoty z gromadzeniem suchego drewna!
Co umieścić w planie na dziś? Jakiś film, skoro już nie ma co czytać? A jutro się coś wypożyczy. Przyłapał się na nadużywaniu partykuły „się”, która sugerowała jakieś zwolnienie od podmiotowej sprawczości i odpowiedzialności. Już lepiej brzmią wyraźne rozkazy wydawane samemu sobie, na przykład… sprawdzić wreszcie wynik meczu! Jasne. A po obiedzie? Jakoś do tej pory na to nie wpadł, że trzeba czymś wypełnić tę dającą się już we znaki ciszę! Włączyć płytę? Nie, lepiej radio, tam lecą głównie stare przeboje, przeważnie z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku, dziwne, że jakoś mało nowszych… Ale to łatwizna, żadne zadanie, tylko tło akustyczne i bierność. A może pranie dresu, nie można tego dłużej odkładać, choć przecież potem kłopotliwe suszenie… Może jakoś przy kominku? I nagle spadła myśl całkiem znikąd: skąd w ogóle mogli wiedzieć, że Sary nie ma w domu?! Ktoś doniósł? Kto? Wszystko robi się coraz dziwniejsze, im dłużej analizować…
— Dzień dobry!
— Dzień dobry! — Była to reakcja automatyczna, zawsze gotowa na każdą okazję. Dopiero potem spojrzał i stwierdził, że sąsiad.
Jak policja dowiedziała się, że Sara wyszła, wyjechała czy też w jakikolwiek inny sposób stąd zniknęła? Przecież nie na podstawie autopsji tej z prosektorium! Coś tu najwyraźniej nie gra, brakuje spójności — jak w niedopracowanym scenariuszu. Niby dlaczego mieliby jej poszukiwać? Tak jak choćby tej złodziejki w Psychozie Hitchcocka? Coś zrobiła albo była w coś zamieszana? Musi istnieć jakiś powód, chyba nie wybrali jej losowo z nadgorliwości ani z nudów! Przecież nawet nie jest notowana.
Teraz lepiej w tę alejkę, tędy raczej nikt nie chodzi, na razie pusto, dopiero pod wieczór zbierają się piwni menele, bo ci z psami wolą tę dziką polankę. Przydaje się czapka, zaczyna wiać. Gdzie ona właściwie jest i co takiego zrobiła? Szpitale pewnie już sprawdzili, bo sam wcześniej na to nie wpadł, a właściwie od tego powinien był zacząć! W ogóle sprawę zaniedbał, olał wszystko, co tylko można, i z samolubną rozkoszą konsumuje samotność. To nie w porządku i normalnie w takiej sytuacji pojawiają się choćby te… wyrzuty sumienia. Nawet nie zgłosił zaginięcia, a przecież mu to sugerowali, była okazja. Może zgłosić teraz? Nie, bez sensu, skoro już wiedzą. Skąd? Szukali, choć nie było zgłoszenia? Niemożliwe, niby na jakiej podstawie? W razie czego zawsze się mogą wykręcić, zatuszować, zamknąć sprawę, unieważnić… Ale właściwie jaką sprawę? Czy w ogóle istnieje jakaś „sprawa”?
Dobra, wystarczy, trzeba wracać, by dołożyć polano. Zresztą, ściemnia się. Dokąd zalazł? — rozejrzał się zagubiony w okolicy. I teraz dopiero zrozumiał, że razem z myślami błądzi po jakichś niespacerowych wertepach przerwanej na dłużej budowy albo niedokończonej rozbiórki, co za różnica, ogólnie to jakieś nieużytki, ruiny… Ale spokojnie, do domu wrócimy, w piecu napalimy. No, dokładniej: w kominku. I nie nakarmimy żadnego psa, lecz siebie samego. Z tą myślą poczuł głód. Tak, zjeść, coś obejrzeć i lulu. Trochę jeszcze błądził, nim odnalazł drogę powrotu. Jest. Niedomknięta furtka? Zapomniał? Wróciła? I w zimnym dotyku metalu wyczuł jakby ciepły uścisk dłoni. Nie wiedział, czy z tym doznaniem wnosi do wnętrza pomnożoną obawę, czy samoczynnie wskrzeszoną nadzieję — zresztą nieokreśloną, bo trudno ustalić, na co.
cdn.
Piotr Michałowski (ur. w 1955 r. w Bydgoszczy) — poeta, eseista, literaturoznawca, krytyk literacki i teatralny. Mieszka w Szczecinie. Nominowany do Nagrody Literackiej „Jantar” (2021). Ostatnio wydał tomy wierszy: Głosem prawie cudzym. Z poezji okołokonferencyjnej (2004), Rytmy, albo wiersze na czas (2007), Pierwowzory i echa. Od Kochanowskiego do Barańczaka (2009), Cisza na planie (2011), Dzień jest wierszem, świat kolorem (2021); poemat: Zaginiony w kreacji (2018); zbiór opowiadań Światy równoległe (2022), powieść Urbs ex nihilo. Raport z porzuconego miasta (2024) oraz książki naukowe: Granice poezji i poezja bez granic (2001, 2003), Głosy, formy, światy. Warianty poezji nowoczesnej (2008), Mikrokosmos wiersza. Interpretacje poezji współczesnej (2012), Narożnikowo, centralnie, pogranicznie. Szkice szczecińskie i europejskie (2014), Z narożnika mapy (2017).
—
—
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved