Skip to content

JAN DRZEŻDŻON

Błazny. 2

Kto ma dostęp do władzy, myślałem, ten musi być w pełni szczęśliwy, może na przykład odebrać stróżowi latarkę albo podać rękę poecie, same przywileje. Zostawiłem na górze wiersz, rzekł poeta do mnie, i w związku z tym świat zostanie spopielony albo też oddalony, tak jak owe echa mieszkające na dnie jeziora. Jestem jeszcze zapłakany z powodu ucieczki matki w góry. Pisałem podanie do najwyższego ministra, aby zdjął klątwę z naszego rodu, lecz okazuje się to niemożliwe, ponieważ nie dostarczyłem papierów uwierzytelniających istnienie mojego spalonego miasta. Nie mogłem więc wykazać ani istnienia mojego dawniejszego, ani genezy zamku, w którym mieszkał od czasów rajskiego stworzenia poeta. Jabłko, które mu dała Ewa, wrzucił do studni z księżycami w ową szaloną noc, gdy nieprzytomna Teresa śpiewała kołysanki o liliach schylonych nad brzegiem jeziora.

Zastanówcie się, rzekłem, trzeba zabiegać o względy pilotów. Nie znamy dnia ani godziny nowego nalotu, śmiali się ze mnie wszyscy, mówiąc: my tu mamy armaty i w razie nalotu będziemy przeszywać te bombowce na wylot. Armaty są ukryte w lesie, a pilnuje ich stróż z latarnią. Będziecie musieli pożyczyć mi konia, powiedziałem, ponieważ jestem zaproszony na polowanie. Myślę, że przyjadą ziomkowie z mojej wsi na osłach z oczami w workach, jak wstający z mgły jeziornej hardzi wojownicy o wolność. Rzucą mi te worki pod nogi, mówiąc: to są wspomnienia ze spalonego miasta, którego istnienie pragniesz udowodnić. Udowodnię czy też nie, jakież to może mieć znaczenie? Przyjdzie tu pan z czystym sumieniem i zaśmieje się w głos z tych gór i ze mnie, i ze mnie. Co za podłe wino, powie on, zanurzając wargi w krwi przelanej na polach bitew hen daleko. Nie ma innego, odpowiem, poeta wypił ostatnią kroplę wczoraj i dziś jest czerwony jak nadęty indyk. Mówi, że Teresa go dziś rano całowała. Być może. Jan był zajęty w kuźni wyrobem srebrnych gwiazd, które pełnymi garściami rozrzucał po wiejskiej drodze. Można by uklęknąć na tej dro­dze, by śladów masowych egzekucji nie widzieć wśród łąki niebieskiej, białej, zdeptanej kopytami kozłów,

Mieszkańcy dalekich wysp zorganizowali strajk, protestując przeciwko ślubom na wiejskiej drodze. Nastąpiły krwawe starcia z policją i masowe aresztowania. Byli zabici i ranni. Na znak żałoby wiejska kapela zagrała od ucha, aż wszystkie psy zdechły ze wzruszenia. Został tylko jeden talar biały na wyschniętej dłoni księdza proboszcza, który poszedł z organistą na piwo. A potem, tralala, do domu,

Ten poeta chyba zwariował, zaprosił na naszą ucztę dzie­ci. Jak one krzyczą!

Nie, drogi panie. Nie zapraszałem na ucztę dzieci, one po prostu idą do domu z jagodami. Należałoby może pospacerować, dookoła świętego męża, któremu wybito szczękę podczas ogólnej bójki.

Kupiłeś już katarynkę, pytali mnie wszyscy dookoła.

Nie kupiłem, odrzekłem, ponieważ jestem ostatnio zajęty zbieraniem pieniędzy na pomnik ku czci nieznanych bohaterów.

A gdzie go wystawisz?, zainteresowali się ludzie. Wystawię go na wiejskiej drodze, odparłem z ramionami wzniesionymi w górę. Komu tu potrzebny pomnik na tej drodze, niech wstanie i powie swoje imię i nazwisko. A gdy nastąpi znów bombardowanie, wówczas będzie mógł umierać spokojnie, ponieważ nazwisko jego zostanie w ten sposób utrwalone. Tidrala. Kupimy sobie wóz i konia i pojedziemy na pole żąć tę trawę tęczową, której nazbieramy potem całe gumna. Teresa może się w niej ukryć, mimo że bombowce będą szyć pociskami na wylot i pole, i łąkę, aż kwiaty sczernieją. Żałobny marsz kapeli wiejskiej zostanie przerwany w połowie, ponieważ główny basista umrze na zapalenie płuc. Na widok upadającego w śmiertelnych drgawkach basisty miejscowy policjant zacznie tańczyć walca, a zachodnie zbocze góry pokryje się szronem.

Teresa z Janem zaczęli rozdawać przybyłym na pogrzeb gałązki bzu jako symbol spalonego ongiś miasta. Był to bez biały, rzekłbyś śnieżna zawierucha wzdęła się ponad cmenta­rzem. Zgaszono światła na szczytach gór i rozdano po talerzu zupy. Maruderzy dostali tylko pół talerza zupy. Małe złote jabłka sprzedawano sobie po dwa złote. Mali ludzie przyszli tu z wielką nowiną, że w samym sercu góry lodowej śpi poeta, którego łzy zostały użyte do bombardowania miast. Inni twierdzili wręcz coś przeciwnego, że poeta z gałązką oliwną w ręku szedł do nieba głosić upadek słowa ludzkiego. Nikt nie miał racji, ponieważ nie były to czasy dzisiejsze, a ludność rozkrzyczana w śniegowej zadymce nie widziała stacji ze starymi zegarami.

Złapano sędziego śledczego, gdy wybierał jaja ptakom z gniazd.

Zostałem młynarzem. Mieliłem na drobny złoty mak wszystkie tęcze, które poeta malował na szarym i granatowym niebie. To było moje zajęcie. Sypałem te okruchy diamentowe we flaki lub torby papierowe i sprzedawałem jako tanie kiełbasy. Lud się sycił i chwalił mnie jako młynarza. Mógłbym zostać ich apostołem, gdybym chciał. Kiełbasy na sprzedaż, mówiłem, idąc ulicami miast, a lokalni patrioci obstawiali mury i drogi żołnierzami.

Napoili cię trucizną, mój poeto?, zapytałem. Kto ci spętał nogi i ręce? Miałeś pewnie tajne porachunki z Janem. Rozwaliliście kuźnię i całe stado spopielałych łabędzi jęło stamtąd uchodzić w popłochu. A przy okazji zostały zdeptane róże, które rosły naokoło.

Kto podkuje konie, gdy udamy się z Teresą w daleką podróż? Kto naprawi wóz, gdy nam się roztrzaska o kamień? Kiedy już nie byłem młynarzem, wstąpiłem znów na polanę z dębem, lecz zamku już tam nie było. Siedział natomiast pośrodku starych, siwych brzóz błazen umarły. Brzozy szumiały swymi zwisłymi ze starości warkoczami, trawy rosły tu niskie, jakby urągając leśnym drzewom swoim przyziemnym kształtem. Usiadłem z boku, patrząc na marmurową rękę dawnego wesołka, którą zabawiał cały dwór królewski. Jego oczy zasnute były wodorostami zatok ciepłych oceanów. Tylko nogi, jakby nagle ustały w poszukiwaniu echa leśnego. Cóż to za dziwne stworzenie, myślałem ze smutkiem, bo takie było nieszczęśliwe, choć żywiło się śmiechem wyłącznie podczas bombardowania.

Rozdano już nagrody, powiedziałem, dla pana został jeden pogięty medal, bodaj za waleczność. Ależ ja nie byłem waleczny, odrzekł król olch, bo on to był na polanie brzozowej. Proszę ten krzyż zawiesić na jednej z tych brzóz. Zresztą naszego miasta przecież nie ma, został tylko lodowiec ze śpiącym w jego szklanym wnętrzu poetą. Na cóż mi więc krzyż. Moja matka zawsze rano w niedzielę mówiła: idź, Janie, na grzyby i gdy spotkasz leśną damę, to powiesz, że tu się cuda dzieją na tym świecie, jeden jest biskupem, a drugi złodziejem. Następnie matka włożyła mi do koszyka pszenny placek i sztuczne zęby, w razie gdyby dama połamała swoje podczas żwawego gryzienia, chrupiąc skórki. W środku było jabłko złote, które zostało użyte jako bomba podczas nalotu. Jabłoń zaczęła rodzić kopyta końskie, które zostały skwapliwie zebrane przez dzieci wiejskie.

W ogrodzie została zamordowana nieznajoma dziewczyna. Na szyi dały się zauważyć odciski kopyt, a oczy zostały przywalone skałami porośniętymi dziką tarniną. Zaraz wzięli się do roboty uczeni, którzy wydali zaskakujący werdykt, że ciało tej dziewczyny nie należy do naszej epoki, mało tego, spalone miasto jest hipotezą do przyjęcia, należałoby tylko zapytać, kto był zabójcą. Tymczasem dziewczyna twierdziła, iż ma na imię Teresa i wspólnie z Janem obtłukiwała aniołom gliniane skrzydła w kuźni. Eksperci orzekli, że to jest kłamstwo. Teresa zginęła podczas ostatniego bombardowania, a Jan nie żył już, gdy nastąpiła inwazja glinianych aniołów. Dziewczyna została zawstydzona, gdy odkryto jej kłamstwo, i wyszła z ogrodu, kierując się ku wiejskiej drodze, gdzie już stała kareta wybijana złotem i nocnym tchnieniem leśnych trzmieli. Tak cicho znikła pomiędzy ogrodami, że wydawało się, iż góry umilkły przerażone, a morze zadrżało. Sądziłem, że to las woła, ale spotkani chłopi, którzy wracali z targu, mówili, że te echa pochodzą z miasta.

Sprzedaliście wasze córki?, spytałem, aby podtrzymać nawiązaną rozmowę. Pan jest zbyt ciekawy, odpowiedzieli, ale swoją drogą ubiliśmy dobry interes, dziś córki były w cenie, nawet za kulawą otrzymaliśmy równowartość dwóch klaczy. Szedłem za nimi noga w nogę, obserwując ich szare kapoty i ciężki chód. W kieszeniach mieli pieniądze.

Czy nie jesteście w błędzie?, spytałem chłopów. Prze­cież wasze córki leżą wzdłuż drogi pomordowane. Ten człowiek nas obraża, odrzekli, to są przecież kamienie. Byłem więc pewien, że oni nie spali tej nocy w lesie. Może czytali pismo święte w tę noc cudowną, nasyconą zapachem świec i uschniętych gałązek świerkowych. A może też strugali fujarki, aby w dzień świętego Szczepana odegrać kolędy tutaj.

Dziwny jest mój los, ani roześmiać się na rynku głośno, ani awansować na biskupa, a wszystko dlatego, że sprzedałem mój głos za dwa złote zbójom raz wieczorem gdy wszyscy spali. Kto uwierzy, że rozporządzam mitem spalonego miasta, mało tego, nie rozstaję się z nim ani w dzień, ani w nocy. Gdybym rozporządzał choć jedną armatą, wówczas wystrzeliłbym na wiwat, jak się należy. A ten pan, który przyszedł do nas w odwiedziny, zasnąłby na wieki wieków amen. To było w ogóle dziwaczne wydarzenie. Otóż on niósł worek pereł, które zamierzał rozdać kobietom za darmo. I wtedy rozpoczął się nalot i jedna bomba runęła wprost na worek z perłami, które wystrzeliły w niebo jak w sto koni. Żarliwe modlitwy chłopów nie zostały wówczas prawdopodobnie wysłuchane. Wykopałem dół, poszukując szkieletu Teresy, lecz nie znalazłem go. Kierowa­łem się wskazówkami starych ludzi, którzy byli na pogrzebie, i w drodze powrotnej zdemolowali kuźnię. Kopałem nadal, bez ustanku, aż w pewnej chwili złamała mi się łopata. Rzuciłem ją na brzeg jeziora, nie wiedząc, że się tam kąpały dziewice-łabędzie. Zraniłem jedną, aż posmutniała na twarzy i przyszła mi urągać, krzycząc, że już dawno mnie wyrzucono z tego świata i one nie życzą sobie oglądać takiej spopielałej twarzy. Rozporządziłem więc, by mgły mnie zasłoniły od tych dziewic-łabędzi, które pióra swe porzuciły na brzegu. Nie marnujmy czasu, powiedziałem, należy popłynąć na środek jeziora i rozpostrzeć swe ramiona szeroko ponad wodą, i uczyć się latać, ponad góry, ponad lasy. Uczyć się latać na swych ramionach gorących jesienią, gdy całuje swymi ciepłymi wargami brzozy stojące nad brzegiem. Rozpoczniemy lot beztroski, bez smutku i płaczu, wysoko nad jeziorem śpiącym, sennym. Chwytać będziemy nenufary białe w locie w dzioby albo w dłonie, albo w dłonie. Nie ma takiej cichej zatoki, w której zatopilibyśmy nasze marzenie, marzenie. Nie ma takiej pieczary głębokiej, w której byśmy się mogli bawić w ślepą babkę.

Zamarliśmy w bezruchu, gdy przyszło zawiadomienie o zniesieniu podatku za starość. Odtąd będzie się można starzec bezpłatnie. Rzekł to Józef do Jana, a Jan powiadomił Teresę. Teraz, gdy już było wszystko wiadome, zgaszono latarnie i stróżów wypędzono z miasta. Można było rozpocząć polowanie. Jan przyszedł w nocnej koszuli z kamieniem w ręku, Teresa natomiast wyszła na balkon w białym futrze i wyglądała z daleka jak góra lodowa. Dosiedliśmy koni i stado łabędzi zaczęło nas żegnać w locie, jakby to był dzień Bożego Narodzenia.

Zastanówcie się, powiedziałem zebranym na rynku ludziom, jutro jest dzień egzekucji, czy naprawdę nikogo nie chcecie rozstrzelać. To jest tylko manewr, odpowiedzieli ze smutkiem w głosach. Według rozporządzenia ministra Kowalskiego winnych nie ma w tym mieście. Zostali w zeszłym roku wysiedleni razem z rakarzami i krawcami. Gdzież jest moje miasto, myślałem melancholijnie, był tam wjazd szeroki dla koni, brukowane ulice i żebracy na tych ulicach. Gdzież jest to moje miasto, myślałem niespokojnie. Wjadę może dziś do niego, gdy mi się poszczęści. Jan będzie kuł tam konie, a Teresa będzie grała na scenie damę z posagiem. A ja rozpocznę handel starzyzną.

Skórki skupuję, szmaty i wizerunki świętych, zawołałem na całe gardło. Tymczasem krewni wzniosą szaniec, na którym zabiją mojego konia, i ustawię skrzynki z kwiatami, które zakwitną jesienią. Tak, tak, dopiero jesienią. Pogubiliśmy już wówczas buty drewniane po drogach i bezdrożach, tam gdzie wiatr przechadza się pomiędzy lipami. Szepce on miłosne słowa tym górskim potokom, które mają kryształowe oczy. Razem z ich łzami wypłynęła stara skała, która służyła za podnóżek nieżyjącym dziś błaznom. W skupieniu odebraliśmy ją z rąk poety, który ją nam podarował razem z liściem łopianu i pękniętą perłą, którą ukradł panu Bogu w nocy.

Rozdawaliśmy naszym ziomkom odezwy w sprawie zgniłych ziemniaków, które dostarczono ostatnim transportem z gór. Należało przywódców powiesić, a członkom bandy poobcinać ręce i nogi. Na wypadek gdyby krzyczeli, należałoby wygłosić na rynku kazanie o miłości bliźniego.

Pan jest przyzwyczajony do anonimowości, wrzeszczał jeden buntownik. Kaznodzieja rozkładał ręce bezradnie, mówiąc, że jest człowiekiem cnotliwym i z żadną Teresą nie ma nic wspólnego. Porwaliśmy jakiegoś barbarzyńcę!, rozdarł się kaznodzieja w ryku wielkim, aż pierwsze rzędy dziewic urodziły ze strachu pięćdziesięciu krawców i dwóch cesarzy. Reszta rozbiegła się po rynku w poszukiwaniu jagód, którymi zamierzano zaspokoić wściekły głód. Jedynie poborca podatkowy nie stracił głowy i odwiązał z szubienicy Jana, który już tam wisiał wiele, wiele pokoleń. Nawet statki zaczęły wynurzać się spod ambony, a marynarze łapali motyle na śniadanie.

Rozpoczął się drugi akt w naszym przedstawieniu na rynku, rzekła córka stróża, i w tym momencie rozpoczęła lot podniebny jako synogarlica albo smok. Stróż postawił latarnię obok siebie i kichnął, a wszyscy rzekli: na zdrowie. Ma pan coś do powiedzenia?, spytano Jana. I po rynku rozpoczęły swą dziką jazdę trzy ambony. W jedną wepchnięto Jana, w drugą wepchnięto Jana i w trzecią wepchnięto Jana. Aż niepodobna.

I co Jan mówił?, zainteresowano się. Nie byłoby trudno go wysłuchać, gdyby ambony nie zaczęły krążyć po rynku jak szalone, a wszystko z powodu jednej starej baby, którą byk kopnął w głowę. Co to było, panie dzieju, co to było?! Ru­szyliśmy w sto koni, a tu nagle organy grają i świerszcze po łąkach brodzą, i kochankowie nad strumieniem siedzą, i wszystko słyszą.

Dwie niewiasty, Maria i Salomea, przyniosły na tacy głowę pana Boga z okrwawiona brodą. Rozpoczął się sąd. Jan mówił, żeby spalone miasto skazać na zapomnienie. Teresa była zdania, by je odbudować i w nim zamieszkać. Najlepiej niech tam zamieszka żona stróża, ponieważ potrafi ona upiec smaczne placki ziemniaczane. O mnie nikt nie pomyślał. Jan nawet wygrażał mi pięścią, wołając: uwiodłeś Teresę, na szubienicę z tobą. Odparłem, że to nieprawda, wykopałem wielki dół, aby odnaleźć jej kości, lecz nie udało mi się to. Wiem, że będę odpowiadał za to przed sądem, lecz o mojej niewinności poświadczyć może ta kropla miodu, którą codziennie rano zanoszę nieznajomemu na podwórze. Nieznajomy za to całuje moją żonę w rękę i usta, i mówi: dobranoc. Psy go odprowadzają na skrzyżowanie i wracają w skokach, jakby się co paliło. Nie przestraszcie się, mówiłem psom, że będę strącał tej nocy gwiazdy, ale tak musi być. Najwyżej możecie zagrać sobie na organkach, aby zagłuszyć przerażający łoskot tych werbli, które ogłaszają śmierć nieznajomego. Teresa na pewno się zmartwi, widząc tańcujące kozły na rynku. Będzie chciała mnie pocałować, lecz Jan jej wytłumaczy, iż pocałunek pozbawiony ust cielesnych jest nieważny. Zdanie Jana jest tutaj bardzo ważne, ponieważ prochy jego spoczywają w zamku zbudowanym przez poetę. Nie wiadomo tylko dokładnie, gdzie. Wszyscy mówią, że za obrazem przedstawiającym monotonię pól i dzikie urwisko, z którego został zepchnięty stróż z latarnią. Latarnia zakreśla straszliwy łuk, stróż również, i wtedy sto potworów wiezie go w złotej karecie w dal nam nieznaną. Niektórzy twierdzą, że Jan sprzedaje tam jagody po dwa złote za jedną soczystą jagodę.

Nie jest tak źle, skoro na rynku szaleją ambony, a góry lodowe rozpoczęły inwazję ku czasom, w których pobrzmiewają podania i legendy o spalonym mieście. Nie jest tak źle, skoro Jan powiedział, że psy mogą grać na organkach. Nie jest tak źle, skoro w ogóle jest Teresa. Dobranoc, panie dzieju, niech pan się tu po nocy nie kręci, bo panu głowę urwą. Tak, tak, panie dzieju, my już to mamy za sobą. Wepchnięto nas do kanału za to, że sadziliśmy kwiaty przy drodze. A myśmy sądzili, że tą drogą pójdzie niewinna dziewica z wyłupionymi przez poetę oczyma. Będzie się więc kierowała zapachem kwiatów, które posadziliśmy.

Koncert chórów anielskich został odłożony na jutro i to z tego powodu, że pani zabiła pana i mieszka w gaju brzozowym razem z jeleniem. Odbył się tam nawet pochód krawców, którzy na znak solidarności z ministrem machali kapeluszami, aż powstał sztorm straszliwy. Zające pogubiły swoje oczy w kapuście, a jeż, chodząc drogą, informował zdechłe wrony, że czas na odpust, ponieważ biskup przyjechał na osiołku i być może osiołek już zdechł. Tragiczne losy osiołka i jego pana biskupa przeszły do legendy i wielkie było zawodzenie pod pierzyną w zimie.

Kto da więcej?

Kto da więcej?, ryczała przekupka na całe gardło, a kwiaty wyrastały jej na oczach i ramionach. Przyszedł więc ogrodnik z własnej woli i rozpoczął z tymi kwiatami rozmowę.

Czy pani ma dzieci?, zapytał. Ale nie skończył, bo nagle trzech pilotów go zbombardowało i jak się potem okazało, byli oni z zawodu ogrodnikami.

W maju przyszedł do mnie sierżant policji i usiadł na krześle. Krzesło stało w rogu pod ścianą i sierżant policji patrzył stamtąd na mnie całe lata, aż wysłałem podanie do naczelnika, aby mi przyznali ciepłe buty na zimę. Bez płaszcza mogę się obejść, pisałem, ale buty są mi koniecznie potrzebne. W rezultacie przyszedł jeszcze jeden sierżant policji i położył się w moim ogrodzie na wznak, aż go zbombardowali. Wówczas wyszedł na ganek i zapłakał gorzko, jak gdyby to był wielki piątek albo pogrzeb. Wtedy zbombardowano go jeszcze raz, aż dołączył do sfory psów, która mknęła tędy ku wieczności. Trzymam w ręku gałązkę oliwną i liść łopianu z grobu Teresy. Rzucają one cień straszliwy na rynek z ludźmi. Jest to cień szary i bodaj samotny. Dwóch krawców usiłuje go związać łańcuchami.

Dzieci przyszły znów na bal z łyżkami. Tereso, daj im pierników, tych, które ukradłaś z kuźni Janowej. Niech idą z tymi miedzianymi piernikami do domu. Niech tu nie stoją i nie patrzą na nas. Dobranoc. Rozmaite, panie dzieju, spotykamy kamienie na drodze. Są takie, które zalewają się łzami, i inne, które idą na wesele. Ale one otrzymają rozgrzeszenie, ponieważ pozdrowiły mnie, gdy szedłem pieszo drogą. Rozpoczęły taniec szalony pośród drzew, które ukrywały w swych koronach całe tłumy grzeszników. Przyjdź i tańcz z nami, wołały kamienie przydrożne, a moje myśli były daleko w czasach, gdy spalone miasto dogorywało. Widziałem Teresę, jak broniła Jana przed pociskiem. Rozpostarła łąki majowe, by zasłoniły dymy unoszące się ponad płonącymi szczątkami domów.

Czy to ma jakiś związek z koniem, który dziś zdechł w stajni cesarskiej?

Kto to wie?

Pytaliśmy dziś pannę Marię, kiedy obchodzi swoje urodziny, ale ona stwierdziła, że te urodziny już minęły. Dała każdemu kubek wody studziennej i po jednej kropli miodu, panu prezesowi również. Następnie panna Maria została wrzucona do probówki i zamieniona w królika białego z czerwonymi oczami i z łatkami na końcach uszu. Wypuścimy go na łączkę pana Boga, gdzie sobie będzie skubać trawkę i ronić łzy nad podłością tego świata.

Jak to się wszystko zmienia, panie dzieju. Kto by to pomyślał? A pan wciąż siedzi na tym rynku jak grzyb i czeka nie wiadomo na co? Może by pan chciał iść na wesele albo na hulankę, którą urządziły dziś kamienie przydrożne? Będzie tam panna Maria ze swymi kochankami i wiele, wiele innych osobistości. Przyjadą na koniach ułani i będą nas pozdrawiać szablami, jak się należy. Gdyby pan jednak do tego czasu umarł, to proszę wyznaczyć następcę, na przykład żonę. Pójdziemy sobie na bal, który urządzą kamienie przydrożne, piechotą przez doliny i rzeki, i lasy. Wypijemy wina czerwonego pełen dzban. Niech pani również przyjdzie na ten bal! Będzie do pary. Ten pan siedział tu samotny i smutny, bo pani nie było na balu. Teraz jest zupełnie inna sytuacja.

Rozpoczął się walc, pan prezes prowadzi, proszę zrobić miejsce dla pana prezesa. Wszyscy tańczą! Para za parą!

Muzykantów nie ma?! Uciekli?!

Trudna rada, niech Jan zagra na grzebieniu.

Jana też nie ma? Tu są tylko przydrożne kamienie. Rozporządzenie ministra Jana Kowalskiego głosi, żeby niezwłocznie obciąć kurom ogony. Odpowiedzialni za wykonanie są sołtysi i ich żony. Gdyby się zdarzyło, że sołtys żony nie ma, to odpowiedzialność spada automatycznie na najbliższego sąsiada. Gdyby kura się przypadkiem buntowała, to należy ją zarżnąć, a innym zapowiedzieć, że nie pójdą na bal.

I ty, Franciszku, przyszedłeś tutaj? Zostałeś przecież trzykrotnie zbombardowany.

Tak, to prawda, i dlatego mam smutek w oczach, jak widzisz.

Skąd wiedziałeś, że kamienie przydrożne urządzają dziś bal?

Ależ, nie wiedziałem o tym, idę tędy przypadkowo i z daleka słyszę jakieś śmiechy. Rozpoczęliśmy właśnie pierwszy taniec z Teresą i Janem, gdy słyszymy stukot kija znajomy. Teresa powiedziała: to idzie Franciszek. Siądźmy sobie, ot, przy drodze i rozpocznijmy opowieść o spalonym mieście. Wspomnienia nasze nie zakłócą tego balu. Tego balu. Tego balu. Panie dzieju. Tidrala.

Kamienie rozpoczęły swoje wołanie. To one ocalały z tamtych pożarów, te bezmyślne, ciężkie okruchy skalne. To one rozporządzały naszym istnieniem jak najdziksi tyrani. Nie narzekaj, Franciszku, kropla rosy, która zawisła na twojej brodzie, śmieje się w głos z tego stada psów, które dąży ku wieczności.

Szaleństwem jest pić wino czerwone z samego rana. Wtedy pielęgniarki w białych fartuchach zaglądają przez okno do ciebie. A gdy się tylko obudzisz, rozpoczynają się wystrzały z armaty, a przełożona w szpitalu kieruje natarciem. Siódme poty będą się lać z czoła ministra Jana Kowalskiego na samą myśl, że brzozy zamilkną jak zaklęte. Tak, tak, panie dzieju.

Jan Drzeżdżon (ur. w 1937 r. w Domatowie, zm. w 1992 r. w Gdańsku) — prozaik, poeta, literaturoznawca, autor książek dla dzieci. Stypendysta Fundacji Kościuszkowskiej (1973). Laureat wielu nagród, m.in. Nagrody im. Wilhelma Macha (1975), Nagrody im. Stanisława Piętaka (1976), Nagrody Związku Literatów Polskich (1977), Nagrody Gdańskiego Towarzystwa Przyjaciół Sztuki (1991). Uhonorowany „Medalem Stolema” (1983). Tworzył w języku polskim i kaszubskim. Wydał m.in. po kaszubsku tomy poezji: Sklaniané pôcorë (1974), Przëszlë do mie (1993), a także prozę: W niedzielni wieczór (1974), Dzwónnik (1979), Na niwach (1991), Twarz Smętka (1993), Kòl Biélawë (1997); po polsku książki dla dzieci: Tajemnica bursztynowej szkatułki (1977), Kraina Patalonków (1978, 1985), Poszukiwania (1980, 1986), Wśród ludzi (1981, 1988), książki krytycznoliterackie: Piętno Smętka (1973), Współczesna literatura kaszubska 1945-1980 (1986) oraz opowiadania i powieści: Upiory (1975), Oczy diabła (1976), Leśna Dąbrowa (1977), Okrucieństwo czasu (1977), Wieczność i miłość (1977), Rozkosze miłości (1981), Karamoro (1983), Miasto automatów (1984), Twarz Boga (1984), Twarz lodowca (1986), Złoty pałacyk (1990), Czerwony Dwór (1992). Po jego śmierci ukazały się niewydane wcześniej powieści: Szary człowiek (1993), Michał Drzymała albo tragedia narodowa (2007), Pergamonia (2016), Szalona Monika (2017), Rotardania (2025), tomy baśni: Baśnie (2012), Gwiezdny chłopiec i inne baśnie (2023) oraz tom wierszy Łąka wiecznego istnienia (2012).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści