Skip to content

MACIEJ KOWALSKI

wycinki dziennika. 10 [Warszawa 2025]

 

22 września

Niestety i tym razem nie uchroniłem się przed całkowicie bezsenną nocą. Nie zmrużyłem oka, wiercąc się i przewracając z boku na bok. Trochę piję wodę. Trochę ciśnienie. Wstaję, chwilę przed alarmem. Robię jeszcze jedną herbatę. Ostatecznie udaje mi się spakować. Daję też radę z książkami i pamiątkami. Ze wszystkim można sobie poradzić.

Schodzę na dół ok. godz. 7.16. Pan już siedzi, a na ladzie torba z moim prowiantem. W niej zaś dwie kanapki (ciemne pieczywo z jajkiem i rukolą; druga z szynką, żółtym serem i rukolą), Żabkowy batonik proteinowy, woda, sok Tymbark pomarańczowy, jabłko, gruszka i podłużny pomidorek. „Mam nadzieję, że się nie rozerwie”, mówię, bo torba jest papierowa. Pan się uśmiecha. Życzy szerokiej drogi i zaprasza ponownie do odwiedzenia hotelu. A więc w drogę! Pociąg — godz. 8.07. Zaczynam iść, ale widzę, jak za róg skręca, z naprzeciwka, taksówka. Może tym razem znów mi się uda i podjadę. Wychodzę na placyk przed fortecą i bramą. Auto zatrzymało się na końcu ulicy. Idę. Torba rozrywa się, zgodnie z obawami. Dość krótko wytrzymała. Wpycham prowiant do jednej z toreb i podchodzę do taksówkarza. Jest wolny, wsadza bagaż i ruszamy. Zagaduję go trochę. Okazuje się, że czasami podwozi uczniów do szkoły. „Na bogato”, komentuję; kto by kiedyś pomyślał, że nastolatek będzie się woził taksówką. Na Szczebrzeskiej (którą mylę na moment z Królowej Jadwigi, mój kierowca mnie poprawia) jesteśmy w parę chwil. Przez to stoję na dworcu ponad pół godziny. A już materializowało się widmo spóźnienia.

Próbuję dodzwonić się do City Break, ale nikt nie odbiera. Czytam opinie na temat tego przybytku i jestem trochę podstresowany tyloma negatywnymi. Pociąg ulega spóźnieniu parę minut, ale jest ciepło, więc oczekiwanie mi się nie dłuży. Mimo lekkiego opóźnienia w Lublinie jesteśmy punktualnie. To pozwala mi na swobodne przejście na peron 2 (tor 51) w stronę Rejewskiego, którym dostanę się już do Warszawy. Bez problemu znajduję miejsce. Siedzę obok młodej dziewczyny, która ma tylko torebkę i kawę. Wysiada, z tego co pamiętam, w Puławach. Potem jej miejsce zajmuje mężczyzna, w sile wieku, o kulach. Pomagają mu konduktorzy.

Wysiadkę mam na Dworcu Zachodnim. Dotarłem bez problemu, równo dwie godzinki swobodnej jazdy. Schodzę na dół. Nadal jest ciepło. Mimo że nie mam biletu, targam się na przystanek i postanawiam podjechać autobusem do hotelu. Może uda się zakupić w automacie w środku, a poza tym, to tylko parę minut. Linia 167. Okazuje się jednak, że dzisiaj jest dzień bez samochodu i komunikacja darmowa! Mam wyjątkowe szczęście. Wysiadam. Reduta Wolska. Stamtąd po światłach, podziemnym przejściem, na drugą stronę. Hotel tuż-tuż. Jestem już źle nastawiony (przez media). Witam się z dwoma dziewczynami w wieku studenckim. Jedna ma nieco pogardliwy, zdystansowany wyraz twarzy i kwaśny uśmiech. Chce potwierdzenia rezerwacji. Muszę specjalnie otworzyć e-maila, aby pokazać jej wiadomość. Wszystko w porządku. Zostawiam bagaż na miejscu, bo zameldowanie nieubłaganie zaczyna się o godz. 16, a jest chwila po 13. Nie dostałem żadnej karteczki potwierdzającej, że bagaż jest na przechowaniu. Idąc na autobus i jadąc do Śródmieścia, zamartwiam się, czy aby nie zostaną mi okradzione bagaże albo przynamniej zmodyfikowane pod względem pojemności. Gdyby tak się stało, to nie mam nawet dowodu, że zostawiłem, a pani nie będzie miała obowiązku pomagać w tej kwestii.

Jadę 167 na Wawelską, ale zapomniałem, że Ochota jest rozkopana, bo modernizują przejazd, plus nowy tramwaj na Dworzec Zachodni. Jadę więc 182 na Metro Politechnika. Stamtąd idę pieszo na Plac Konstytucji. Mimo że nadal nieco boli mnie noga. Zapominam, że odcinek Wilcza-Hoża też jest zamknięty, więc jadę przez Koszykową. Zatrzymuję się na Dworcu Centralnym. Stamtąd dopiero tramwajem na Nowy Świat. Bardzo głodny. Jem w Zapiecku, bliżej Świętokrzyskiej. Żeberka na kapuście z chrzanem i ciemnym pieczywem. Do tego kubek wyśmienitego barszczu. Spoglądam na przystojnego, młodego chłopaka o pełnej, gładkiej buzi, który jest kelnerem. Wygląda na Ukraińca. Wychodząc, natykam się na ładnego nastolatka, ok. 13/14 l., który nonszalancko, z pogodą ducha, dystansem i żartobliwą rezerwą, typową dla swojego wieku, rozdaje ulotki. Biorę od niego i dziękuję bardzo. Mam ochotę mu coś powiedzieć, ale nie zdążam. Za szybkie miasto.

Wracam do hotelu, po 16. Już inna dziewczyna. Daje mi klucz (tradycyjny, nie kartę!) oraz instrukcję (w tym m.in. kod do automatycznych drzwi po północy, choć na kartce jest, że po 23.). Po rozłożeniu bagaży jadę znowu na Nowy Świat. Siedzę w Vincencie. Tam wziąłem maślanego croissanta i klasyczną herbatę z cytryną. Czytam 10 stron Orbity. Po 20. idę do Pijanej Wiśni. Jestem tam do godz. 21.45. Potem do domu. Spotkanie dzisiaj nie poskutkowało. W Pijanej dwóch fajnych chłopaków za barem, mniej więcej 17/19 lat. Szczególnie jeden, który ma gęstą szopę ciemnych włosów, lekko zakręconych nad czołem, delikatny pyszczek, ledwie przyprószony zarostem w niektórych miejscach, kocie, miękkie spojrzenie (podobny do Błażeja). 2 kieliszki po 100 ml. Muszę się oszczędzać. Powrót. Do Pl. Starynkiewicza. Stamtąd na Dworzec Zachodni, a następnie 167. Ok. godz. 22.17 jestem już w pokoju. Rozmowa z m. Słucham programów, w tym nowy komentarz Naczelnych na Onecie, o Nawrockim jako Juliuszu Cezarze (prekursorze cesarstwa; stoczył wiele bitew, zginął tragicznie, nieustanne odniesienia w kulturze, 3v itd.). W trakcie leżę już na łóżku i podsypiam. Zapadam na kilka, kilkanaście minut w drzemki. Gdy się budzę, jest tuż przed północą, a program, odtwarzany z telefonu, skończył się. Idę (za ciosem) spać godz. 00.13.

 

23 września

Budzę się o godz. 8.13. Spałem równo osiem godzin. Pierwsze warszawskie śniadanko jem w restauracji, sąsiadującej, przez drzwi, z hotelem (Głodne Kawałki). Zobaczymy, jak tu będzie. Wstępnie podoba mi się, bo jest za 45 zł, ale herbatę i kawę mam bez ograniczeń. Biorę zatem angielskie (które oceniam generalnie pozytywnie, choć fasolka miała obniżoną temperaturę w stosunku do oczekiwań), piję wspomniany płyn i trzy filiżanki Kaldiego (americano, latte). Duży plus to sałatka z oliwą na talerzu. W trakcie jedzenia przychodzi starsze małżeństwo. Na tle zamówień dochodzi do różnych, zabawnych nieporozumień (omlet na słodko i obsługa automatu). Kąpiel.

Pierwszy mój cel. Kopiec Powstania Warszawskiego. Jadę moim autobusem 167 na Budexpo. Stamtąd pieszo (chwila dezorientacji, bo poszedłem w inną stronę). Wchodzę na kopiec okrężną drogą. Przez dróżkę, prowadzącą pośród zieleni parku Akcji „Burza”. Na szczycie robię parę zdjęć. Pomnika Polski Walczącej oraz panoramy Warszawy. Wydaje mi się, że wiele lat temu, kiedy tu byłem, wyglądało to trochę inaczej. Wysyłam zdj. ojcu (dzisiaj rano do mnie napisał) oraz matce. Robię też zdj. schodów, które są bardzo majestatyczne. Po obu stronach drewniane krzyże, poświęcone grupom i konkretnym osobom walczącym w Powstaniu (m.in. Gajcy). Kiedy wychodzę z terenu kopca, przepełnia mnie wzruszenie związane z tym miejscem. Głęboko poruszająca wrażliwość potrzeba płaczu. Wszystko wycisza.

Ogólnie jestem trochę wypalony i zmęczony. Osłabiony i oklapły wewnętrznie. Do tego lekko boli brzuch. Nie wiem, czy dotyczy to poprzedniej, nieprzespanej nocy, czy posiłku? Wczorajszego czy już dzisiejszego śniadania?

Z Budexpo jadę na Pl. Trzech Krzyży. Tam czekam na 116, którym zmierzam na Bielany. Wysiadam na Bogusławskiego. Źle wymierzyłem kursy i muszę się cofnąć na skrzyżowanie. Tam wsiadam do linii 110. Rozpoczynam drugą zaplanowaną podróż, czyli przejazd przez Radiowo i Wólkę Węglową. Cmentarz Północny. To część Syreniego Grodu stosunkowo mało jeszcze przeze mnie poznana. Nie tylko ta. Dojeżdżam do CH Łomianki (po drodze pomniczek na uboczu). Jest po 17. Jakaś pani z młodym niepełnosprawnym mężczyzną woła kierowcę, który jednak odjeżdża. Oboje pomstują na jego brak życzliwości lub niedopatrzenie. Zdążam jeszcze wejść do dość imponującego kompleksu. Wykorzystuję darmową toaletę. Waham się, czy coś zejść, bo od śniadania nic nie jadłem, nic nie piłem. Głodny jestem. Ostatecznie nie jem. Mały wybór. Tylko Mak i chińszczyzna. Kupuję jednak za to książkę, w taniej księgarni! Sodomitów Watały, na którą (też po przecenie, tylko mniejszej) natknąłem się już w Księgarni na Solnym. Los chyba chciał, abym kupił tę pozycję. Pani jest zadowolona z transakcji. Odjeżdżam kursem o godz. 18.

Trochę stoję w korku, na wysokości wjazdu do Warszawy, przy Wólce. Przystanek Bielany-Ratusz — zmieniam linię na 197. Nią dojadę bezpośrednio do swojego hotelu. Na Woli już ciemnieje i nie widzę dokładnie okolicy. Wysiadam na Reducie Wolskiej. Waham się, co z jedzeniem i piciem, ale ostatecznie rezygnuję, bo daleko, a mnie skręcają się kiszki. Zostaję. Jem obiadokolację w mojej restauracji. Filet opiekany z serem i boczkiem, plus frytki i sałatka. Jestem tak głodny, że dokładam jeszcze miseczkę frytek. Lemoniada. Nie jadę też już do centrum. Resztę wieczoru spędzam w domu. 20 stron Orbity. Słucham Riserczu, a na koniec Miziołek we WNET. Idę spać ok. godz. 01.55.

Maciej Kowalski (ur. w 1989 r. w Szczecinie) – doktor nauk humanistycznych, dziennikarz, historyk, nauczyciel. Studiował filologię polską na Uniwersytecie Szczecińskim. Był związany z Muzeum Narodowym oraz LO im. Sybiraków w SSF. Autor kilkudziesięciu tekstów: artykułów popularnonaukowych, esejów, omówień i opowiadań. Współredaktor i sekretarz serii monograficznej Film. Historia i konteksty. Publikował m.in. w „Polish Biographical Studies” oraz „Szczecińskich Studiach Archiwalno-Historycznych”.

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści