Skip to content

BARTŁOMIEJ MALINOWSKI

Kiss of deff. 1

Albert Brant wykosił skwerek przy Main Street. Zaparkował Cadet Ultimę (koledzy śmiali się, że to nie John Deere; „John Deere to zawsze John Deere, Alb!”), zostawiając powietrze w Hancock gęste od woni skoszonej trawy.

Słońce wahało się jeszcze, podobnie jak dokańczający sprawy mieszkańcy Hancock.

Śpieszą się tak dziwnie, pomyślał. Ni biegiem, ni chodem. Komunikując nieznaną magią, z nosami w świetlistych prostokątach, zabójczych bardziej niż budowa piramid.

Stuknięcia laski przeplatały nierówny krok. Mijani ludzie zdawali się mieć większą wprawę. Jak długo, nim pojąć tę sztukę? Źrebię — w minutę. Ludzie nieco dłużej.

Póki co wspierał się liczeniem: raz… i… dwa… i…

Nosili skóry nawet na nogach. Jakby ich krwiożerczość, choć stłamszona postępem, przemawiała przez nich nadal, bez względu na dziejowy moment.

Przed sklepem z cygarami Paul&Paul (ojciec, założyciel, zmarł przed rokiem; zawał dogonił go prędzej niż rak krtani) minął znajomy artefakt.

W pracy nie rozmawiał. Lecz gdy kolejny petent zjawił się w ciemnych szkłach z białą obwódką, musiał spytać. Szczególnie, że nosiły je pozornie niezwiązane grupy — od gospodyń, po narkomanów.

Pytać było troską. Szczególnie o imię. Nadal widział w nich pewien komizm: ułożyć struny głosowe tak, by na ich dźwięk ktoś obrócił głowę.

Audrey. Zjawiła się 20 stycznia ’93. Nadal ładna, choć młodość miała już za sobą. „Za wcześnie”, powiedziała.

Z drugiej strony, słyszał to i od stulatków, z alabastrem katarakty i demencją niedającą spamiętać własnych dzieci.

Myślał, że trend odejdzie razem z nią. Ale wtedy, jakby chcąc ocalić je od zapomnienia, gustujący w przydużych swetrach blondasek tchnął w nie drugie życie. Obstawiał, że powodem ich spotkania będzie narkotyk. Okazała się nim kula.

Mało znany fakt: tak Niebo jak i Piekło zbierały duszyczki jak bejsbolowe karty, upychając je w klasery wieczności. Gdy władca piekieł stracił na rzecz nieba ulubionego grajka, mało się tam nie przeszedł. Ukochał grunge, w kontrze do muzyki norweskich dzieciaków, tworzących rzekomo „na jego cześć”. Żartował czasem, że za karę odeśle ich do Nieba. Palenie kościołów uważał jednak za miły gest.

„W dodatku muszę czekać pół wieku na tę jego szybkostrzelną, zwieśniaczałą lalę!”

Raz-i-dwa… raz-i-dwa…

Przystanął na pasach. Starsza kobieta także uszanowała czerwień świateł. Miała uśmiech zbyt biały, by nie była to proteza. Zmarszczki zdawały się orać jej policzki do kości. Dekolt przecinała stara blizna; dużo bledsza niż reszta ciała.

Czarny pickup skręcił na parking Tops. W lakierze woskowanej półciężarówki mignęło jej odbicie.

— Wygląda, że oboje ją mamy! — Stuknęła laską na trzech nogach. Zerknął na swoją: wiktoriańską, z polerowaną główką. — Tyle że ja swojej potrzebuję! — Odłożyła zakupy. — Syn mieszka w mieście. Nie ma czasu nosić mi siat. Nie mam za złe. Nanosi się przy dziecku. Pomożesz?

Uniósł siatki jak pełne zgniłych ryb. Pod pachą niósł teraz laskę i torbę z zakupami, drugą służył starowince za podporę.

— Wełniany garnitur w lecie… Broker? Biznesmen?

— Handlują ludźmi?[1] Brokerzy ich łamią?[2]

— Myślisz o Demokratach, słonko! Mieszkam tu zaraz…

Przystanęli pod białym płotkiem z tarasem na dwa schodki.

— Wpuściłabym cię, ale syn by mnie zatłukł. Myśli: stara i głupia zaprosi złodzieja. A przecież nim nie jesteś…

— Zatłukł? Czy to nie… nad wyraz?

— To samo mówię! Niech ci Bóg błogosławi, dziecko.

— Chce się spotkać. Ale potrzebowałem pomyśleć.

— Jak każdy. — Z uśmiechu rozczytał: „Dziękuję”. — Odwlekaj to spotkanie! — Spróbował oddać uśmiech. — Hej, mały!

Nie zdążył zaprotestować. Starsza pani cmoknęła go w policzek. Na jej twarz wystąpił grymas jak przy skurczu kiszek. Mleko wychlusnęło z siat białą rzeczką.

Starowinka złapała opaloną bliznę. Aluminiowa laska opadła na chodnik.

— Dlaczego? Chciałem, żebyś poznała wnuka.

— Proszę pani?! — Kierowca zatrzymał wóz. Biegaczka odetkała uszy. — Nie stój tak! Sto dwanaście! Dzwoń!

— Ja…

— Pieprzeni Amisze! Zejdź mi z drogi!

Taksówkarz popchnął go, jakby nie czuł przed nim strachu. Biegaczka przytknęła rozpraszacz do ucha. Rozmawiała z kimś, ale nie dostrzegł adwersarza.

— Vestal Avenue… kobieta… lat siedemdziesiąt…

Kierowca uciskał pierś staruszki. Jeden z gapiów wystawił rozpraszacz. Drugi natychmiast kazał mu go schować.

W oddali, poza ludzkimi receptorami, zawył ambulans.

— Pędzą niepotrzebnie.

— Już dobrze. — Ktoś odciągnął go za łokieć. — Jesteś w szoku. Nie twoja wina. Po prostu… — Mężczyzna rozejrzał się. Wskazał palcem szyld na końcu Main Street. — Idź i strzel jednego. Byłem na misji. Znam to uczucie.

— Wiem.

— Pierwszy raz jest najcięższy. Obyś nie zaznał kolejnego. Leć!

 

Idąc, myślał, czy urlop spowoduje kolejkę. Był jak sędzia w przerwie meczu: póki nie wróci, mogła trwać wiecznie.

Prawie przeoczył, że złapał rytm. Może to liczenie było problemem?

Hotelowy bar pachniał smażonym mięsem. Kobieta z wąskim cygarem przyspawanym do ust obsługiwała ruszt.

— Jeszcze jedno, Karen? Ładnie proszę!

Usiadł przy barze. Fartuch właścicielki głosił: „Ja jestem Karen. Pytaj MNIE”.

Śmietanka klasy średniej Hancock czciła popołudnie drinkiem. Dwie dziewczyny włożyły dolarówkę w szafę grającą:

…state of Mississippi! Papa was a copper and ‘er mama was a hippie!

Wywijały i groziły sobie palcami, choć nie były skłócone. Uśmiechały się. A uśmiech oznaczał przecież radość.

— Nie powybrzydzasz. — Sąsiad miał na czapce logo dużego automobilu, tego, z którym zderzenie natychmiast aranżowało spotkanie. — Ot, knajpa na pipidówie. Ale lepsze to niż mieszkać w Deposit! Mam rację?

Nie pojął dowcipu. Reszta jegomościów wręcz przeciwnie.

— Co to? — Wskazał butelkę.

— Jaja se robisz? To pieprzony Bud Light! Hej, Karen! Dasz w… — Rozkasłał się. Ktoś klepnął go w plecy, ale odgonił go łokciem. — Z-zostaw! Zakazali kasłać w stanie Nowy Jork?!

Właścicielka zdjęła steki z ognia.

— Bud Light to nie Jezus Chrystus, żeby każdy go znał.

Na dekolcie bluzki błysnął złoty krzyżyk.

— Palenie zabija, wiesz? — spytał, gdy mężczyzna przestał wypluwać płuca.

— Życie zabija.

Przyodział uśmiech. Mężczyzna oddał uprzejmość. Miał żółte, nikotynowe zęby.

— Więc? — Karen podała tajemniczy napój. Spinała włosy chustką i wyglądała, jakby sama je obcinała. — Skąd cię przywiało?

— Nie umiem wyjaśnić.

— Spróbuj!

Przechylił trunek. Karen i facet na sąsiednim stołku roześmiali się.

— Spróbuj wyjaśnić, skąd jesteś!

Uśmiech Karen zdradzał wyższość nad jego szczerzeniem kłów. W przeciwieństwie do starszej pani, której życie przed chwilą dobiegło końca, zęby Karen należały do niej.

— Inaczej, panie Nie-Lubię-Zwierzać-Się-Obcym! Gdzie dorastałeś?

— Nie dorastałem.

— Jak każdy z was… Nie zaprzeczaj. Miałam dwóch mężów.

— Mike! Słyszałeś? Facet mówi, że nie dorósł!

— To macie coś wspólnego! Sprzątnąłeś spod łóżka sztywne skarpety?!

Mężczyzna zgarbił się i przyssał do butelki.

— Naprawdę nigdy nie piłeś piwa? — Karen wsparła się na pipie Bud Lighta.

— Piłem. To moje drugie. Czy mógłbym kolejne?

— Co za gadka! — Sąsiadowi wrócił wigor. — Czy mógłbym?

— A czy ty mógłbyś choć raz nie być wsiurem, Morty?! — Oburzenie Karen zdało się prawdziwe. — Nie słuchaj go. To on powinien uczyć się od ciebie.

— Jeśli ktoś ma kogoś uczyć, to ja tę zbłąkaną owieczkę! Uczyć, jak piją w Hancock!

— Dosyć, Morty!

— Kiedy mamy zakład!

Spojrzała niezdecydowana.

— Zakład?

— Kto lepiej pije! Jest piątek, psiakrew! Przegrany płaci rachunek i podwaja napiwek!

Karen przewróciła oczami. Zdjęła menu z lady (kolejna rzecz obita skórą, jakby mieli na tym punkcie fetysz) i obeszła salę.

— To jak, europejski przyjacielu?

— Taaak!

Salę ekscytował kwadrat pod sufitem. Zebrani mieli ubiór jak z jednego szczepu: nakrycia głów z literami N i Y, podpisane zamaszyście Yankees.

— Gdy się ostatnio założyłem, zginęło wiele osób.

Mężczyzna ryknął śmiechem. Bawił ich występek przeciw ludzkości? Choć ich życiem kierował strach przed jego kresem?

Pokazał tyle zębów, ile potrafił.

— Uważaj na tego pijusa — szepnęła Karen zza pleców. — Na własne oczy widziałam, jak wychyla tuzin.

Goście łypali to na mecz, to na nich.

— Ile powinienem wypić?

— Więcej niż ja. Proste?

Karen wyjęła jednorącz pięć butelek.

— Wiesz, co mówią w tych stronach? — Mężczyzna pogmerał za pazuchą. — Gdy w grę wchodzą pieniądze, Diabeł wkłada stopę w drzwi.

— Obawiam się, że nie posiada stóp.

— Racicę, kopyto… Płetwę! Mówię tylko, że gram o wiele lepiej… — Położył na ladzie zieloną studolarówkę. — Gdy Diabeł jest po mojej stronie.

— Nie posiadam pieniędzy.

— „Nie posiadam”. Karen, jak ma ci zapłacić? — Nie uzyskał odpowiedzi, a i plecy Karen nie przemówiły. — A to? — Wskazał laskę.

— Potrzebna panu?

— Oczywiście — odparła Karen. — Ma lombard przecznicę dalej. Dziwię się twojej żonie, Morty, że toleruje ten szmelc. Z całym szacunkiem… Pana laska wygląda na wartościową.

Mężczyzna wystawił dłoń. Miał kurzajkę na serdecznym palcu.

— Załóżcie się jeszcze, że nie przerobi jej na drążek zmiany biegów… Nie nachlapcie!

— Wygrane, jak kupione! To jak, przybyszu? Na trzy? — Uniósł butelkę w gotowości. — Raz… dwa…

Przyssał się do piwa.

 

cdn.

 

[1] „Businessman” — zlepek słów „business”, czyt. „przedsiębiorstwo”, rozumiane też często jako „handel” oraz „man”, „człowiek”. Opacznie zrozumiane: „Businessman” — handlujący człowiekiem.

[2] „Break” — z ang. „łamać”; stąd „broker” — opacznie zrozumiane jako „łamiący”.

Bartłomiej Malinowski (ur. w 1992 r.) — przedsiębiorca i nauczyciel języka angielskiego. Absolwent Uniwersytetu Przyrodniczego i Wyższej Szkoły Filologicznej we Wrocławiu. Mieszka w Kłodzku. Dotychczas publikował na łamach „Magazynu Histeria” i „Pulp Magazyn”. Wydał powieść Zatrzymaj się (2023).

Marek Sołtysik: Cykl: Kurs dobrej śmierci [cd.: Lekcja 38., Lekcja 40., Lekcja 41., Lekcja 43., Lekcja 45.]

Andrzej Ballo: Co myślę o myśleniu?

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści