KAROL SAMSEL
Praktyki. 18
lipiec 2026
Myślę o Hannie Puszko-Miś, która uczyła mnie filozofii w 2005 i 2006 roku i dzięki której przeżywałem swoje pierwsze filozoficzne wtajemniczenia — była „księżną de Guermantes” mojego życia, uosobieniem „kobiecej wzniosłości” — właśnie dla niej zdecydowałem się wyruszyć na studia filozoficzne, na które ostatecznie — trafiłem w 2007 roku… Puszko pozostawała specjalistką od Sartre’a i była wybitnym historykiem estetyki. Razem z mężem, Andrzejem, u którego studiowałem egzystencjalizm, napisała również Okultyzm, magię i wróżby w 1982 roku. Swoje pierwsze kroki stawiałem więc u mistrzów polskiego egzystencjalizmu, można by powiedzieć: egzystencjalistycznych Guermantes’ów. Hanna była Orianą de Guermantes. To znamienne, że przychodzi mi na myśl teraz — po dwudziestu jeden latach, w związku z czytaniem Prousta oraz Kristevy. W jej wypadku wzniosłość była nierozerwalnie związana z elegancją, zaś kobiecość z intelektualnością… Pamiętam jej ozdobny pas na brzuch, bardzo szeroki, wręcz przypominający dekoracyjny gorset — nigdy nie występowała bez tego „słuckiego gorsetu”, czy wykładała filozofię, czy prowadziła ćwiczenia — sportowo-olimpijski styl amazonki, łączyła sport z teologią oraz z myśleniem i to dzięki niej zrozumiałem, że mizoginizm jest ostatecznym zrozumieniem — tajemnic kobiecości… Moja księżna de Guermantes… Zamawiam książkę o okultyzmie jej oraz jej męża, powinienem dostać ją we wtorek, zacznę ją czytać, jak tylko ukończę pracę korektorską nad Primą — dziś mam zamiar dojść do strony dziewięćsetnej. Po latach więc wspominam Hannę oraz Andrzeja, jak okultystów nauki, czarowników zajmujących się — Sartre’em, którzy ściągnęli mnie na filozofię i uczynili z mojego życia — crowleyowski żart, głęboki metafizyczny sabat.
Współczesna poezja polska w większym stopniu przypomina mi hypnoterapię niż szkołę twórczej świadomości. Hypnoterapeutyczne zdają się również współczesne salony literackie, wczoraj również czegoś w podobnym duchu ode mnie oczekiwano — hipnozy i hipnoterapii, które doprowadziłyby do stworzenia potencjalnych czytelników. Jednak rozumienie to nie hipnoterapia. Hermeneutyka to nie hipnohermeneutyka, wszystko ma odbywać się świadomie. Literatura to drastyczne źródło psychoanalizy — to drastyczne źródło egzystencjalizmu, proszę — nie stępiajmy tego ostrza, to ostatnie ostrze współcześnie, które skutecznie służy nam do patroszenia — ostrze religii stępiło się wraz ze śmiercią Boga. Jeżeli rozpuścimy ostatnie drastyczne źródło, usiądziemy na samym dnie kanału dla orkiestry i nigdy już nie zobaczymy widowni, dla której przez tak wiele lat produkowaliśmy naszą muzykę. Pastisz to narzędzie zbawienia, a mesjasz jest pastiszerem doskonałym. Freud zaprzestał hipnozy, bo uniepotrzebniała psychoanalizę. Ja zatem miałbym zaprzestać pastiszu, bo uniepotrzebnia literaturę? Ależ w żadnym wypadku, pastisz to właśnie — wskutek tego — drastyczne źródło literatury. To hipertekstemia, nadwrażliwość tekstowa literatury. Ale jest także hiperlogia, nadwrażliwość słowna literatury — przeczulenie na punkcie słowa, a tym bardziej — Logosu.
Z wiekiem zaczynam oglądać filmy z przyjemnością erotyczną wobec kompozycji. Oglądam ich kompozycję z zachwytem równym oglądaniu dziewcząt, których figury oraz proporcje się podziwia. Właściwie idzie tu w większym stopniu o samouzasadniającą się proporcję tych filmów, nie o kompozycyjność — raczej o kompozycjonalność, nieważne bowiem, czy film trwa 154 minuty, 74 minuty czy 104 minuty — jest samoproporcjonalny, dopiero zrozumienie tej proporcji jest tymczasem jak odgadnięcie zagadki i wywołuje przyjemność bez mała erotyczną, choć wiem dobrze, że dla laika jest tylko estetyczna. Kontemplowanie długości filmów jest bardzo freudowskie — ale najwięcej freudyzmu umożliwia, oczywiście, oglądanie w domu, gdzie film buforowany jest na naszych oczach i właściwie równocześnie z filmem — możemy studiować jego oś długości — najpierw więc osiągamy erekcję pierwszych trzydziestu minut, potem erekcję à rebours — kiedy odliczamy w długim filmie równe, pełne dwie godziny, które pozostają do końca seansu — tak trwa na naszych oczach genidentyczne dzieło w czasie, potem misterium wyrównywania czterdziestej, czterdziestej piątej minuty, potem godzina — kontempluje się proporcję środka, od godziny po rozpoczęciu filmu do godziny przed jego końcem — rozwija się coś w rodzaju biologicznej „pełni” dzieła filmowego. Załóżmy, że film trwa dwie godziny trzydzieści cztery minuty — „pełnia”, o której mówię, rozgrywa się pomiędzy 1.00 a 1.34 i trwa — niewiele ponad pół godziny, to erekcyjny zenit dzieła. Uwielbiam doświadczać zenitalności filmu, po nim zaś zaczyna się jego zdobywalność — film przestaje stawiać opór, daje się posiąść, a dzieło — rozluźnia się w naszych rękach, zrozumiałe… W tej chwili oglądam w ten sposób Ostatnią sesję w Paryżu z Jodie Foster w roli głównej, mam poczucie, że poznaję osobowość filmu, indywidualną ekstrawagancję ten film cechującą, zaczynam ją bardzo lubić, nietypowy komizm, humor, metarefleksję. Następnie film wystrzeliwuje mi w rękach i przestaje się opierać, jak pod wpływem narkotyku — zbliża się do końca…
„Rabujemy to, co pragniemy posiadać i niszczymy to, czego nigdy nie dostaniemy”. Literatura, religia, Bóg — to przede wszystkim rabuję i niszczę. Każdy, kto rozumie siebie i istotę swoich pragnień, musi być heretykiem: ranek 5 lipca — ostatnie sto stron preredakcji Primy, to doświadczenie graniczne. Przerażająca uporczywość. Może jestem Proustem bez Freuda, wyobraźmy sobie, że Proust pisze W stronę Swanna w 1850 albo w 1870 roku, a Zygmunt Freud ma dopiero nadejść za trzydzieści lub czterdzieści lat. Czy nie cały czas — próbuję zdobyć się na coś podobnego, a moja sytuacja jest tutaj sytuacją Prousta, który urodziłby się nie w 1871 roku, ale w 1831 roku? I nie we Francji, ale w Jugosławii — w Macedonii — lub w Serbii? Sytość zabija smak, który jest w stanie zaciekawić wszystko, wskrzesza jednocześnie lenistwo, co uświadamiam sobie, czytając już kilkadziesiąt stron o magdalence u Julii Kristevy. To oznacza, że muszę dbać o swoje wygłodnienie, to zaś, że pozostaję wygłodniały, a więc doświadczam wygłodniale, tylko wygłodniale, wszelkiego smaku — bowiem nie chcę jeść smaku zabitego, nie spożywam padliny — określa mnie w wymiarze tożsamości. Reprezentuję całą świętość wygłodnienia. Ciągnie mnie do stosów niczym do smaku — stosy są zasadą smaku, tam coś się dzieje — oraz płonie mięso — jestem blisko palących się stosów, bo jestem wygłodniały i szukam — krwawej i ognistej — potęgi smaku. Pisarz na polonistyce poznaje kulisy, które utrudniają mu jakąkolwiek — wiarę w Słowo… Zostaje mu tylko spalić kulisy, tak samo postępowałby autor Biblii, gdyby zaczął powątpiewać w słowo objawione — zacząłby od spalenia Dziejów Apostolskich, to wszakże kulisy całego Nowego Testamentu…
Kristeva pisze o homoseksualnych perwersjach związanych z magdalenką, chlebie nasiąkającym w męskim moczu, na przykład, jako popularnej francuskiej perwersji, która narzuca nam myślenie o sperwertowanym proustyzmie. W homożargonie herbata zresztą, podkreśla Kristeva, to sperma. Więc czy nie jest tak, że jesteśmy magdalenką, nasiąkającą spermą świata — rok po roku coraz bardziej i coraz mocniej? Nienawidzę całej literatury ociekającej seksapilem — a taka jest dzisiaj pełna kompleksów oraz uprzedzeń — literatura polska… Zachwyt to przerażenie, które w końcu wydostało się na wolność. Przerażenie to zachwyt w kajdankach. Żyję w epoce porażającej egzystencjalnej, ale też i intelektualnej impotencji. Jestem najwyraźniej buhajem inteligencji, „rozpłodowcem” rozumu — pośród tysięcy impotentnych intelektualnie słuchaczy, niedających się zapłodnić… Moja tragedia będzie właśnie tego typu tragedią — rozpłodową… Gdyby Wallenrod dawał się pomyśleć właśnie jako „rozpłodowiec”, miałbym z nim więcej wspólnego niż dziś gotów byłbym — założyć. Ale czy tylko ja tu jestem „rozpłodowcem”? „Rozpłodowym” Wallenrodem? W żadnym wypadku. Jest nas więcej… Napawamy się własnymi nośnymi uzasadnieniami w niemalże erotyczny i pornoerotyczny sposób. Jesteśmy uparci. Prędzej damy się bowiem przymusić do gwałtu niż do jakiejkolwiek, choćby częściowej kapitulacji — twierdzimy…
Zastanawiam się coraz intensywniej, jak znaleźć złoty środek między kompleksem ofiary a kompleksem kata, myślę też coraz poważniej nad tym, czy nie z tego powodu, w głównej mierze, pojawiły się na Ziemi literatura i religia. Powinniśmy napisać Rozmowy z ofiarą i traktować je tak samo surowo, jak Rozmowy z katem. Wpół do jedenastej przed południem — przypatruję się ciemnożółemu kolorowi moczu w oknie mojego sedesu — dość zgęstniony kolor przywołuje mi myśl o śniadaniu, które mogłoby mnie skutecznie rozcieńczyć… Myślę o tej barwie, ale uczczonej, jakoś liturgicznie utrwalonej, może nawet w duchu Pamiątki — jak niemalże, nie przymierzając, kolorze na tkaninie Mieczysława Szymańskiego. Uzmysławiam sobie silnie, że miłość do mediów społecznościowych jest uczuciem proustowskim i dlatego — mogłaby być porównywana z powodzeniem z miłością Swanna do Odetty, polega na analogicznym bowiem, jedynie zdepersonalizowanym i wirtualnym qui pro quo, które w okresie pisania W poszukiwaniu straconego czasu — było jeszcze realne i osobowe.
Oto hymny mojej frustracji, moja Księga psalmów własnej frustracji, nadaję własnej frustracji rangę biblijną, bo na to pozwala mi moja wyobraźnia. Jestem dumny ze swojej frustracji, nie wstydzę się jej ani nie jestem nią zażenowany — jest to mój najpełniejszy, jak i najczystszy na dziś dzień sposób doświadczania życia. Artystę niszczy lojalność, już szczególnie wtedy, gdy obłudnie pomiesza ją z ideą wierności oraz jedno zacznie nazywać drugim — to w pierwszym rzędzie lojalność religijna, a zatem lojalność wobec ortodoksji, niszczy jego charakter i przetrąca kręgosłup. Otóż, gdybym nie był homoseksualistą, nie doszedłbym do tak zadziwiających rezultatów. Homoseksualizmowi zawdzięczam liczne odkrycia własnej samoświadomości, zwłaszcza odkrycie potęgi tronującej nad wszystkim pokory. Pycha nie chwyta prostych zależności, zwłaszcza psychicznych. Jak miałaby to pojmować, skoro traktuje umysł niczym — kałużę, kiedy psychika jest oceanem w nas, a pyszałek uważa, że mógłbym ją przesadzić — nawet mniejszym krokiem. Wiedzę także traktujemy tak samo — tym większe okazuje się zaskoczenie, gdy literatura, w którą wierzyliśmy, czy też nauka, którą ponoć pojmowaliśmy, wcale nie okazuje się użyteczną sadzawką, ale — oceanem. Małe mózgi nie lubią wielkich wyobraźni. Uprawiają ogrody tak więc, jakby sprzątali podwórka. Z dużą przyjemnością czytam Okultyzm, magię i wróżby — mimo że książka jest jeszcze z 1981 roku, widzę cały dystynkcyjny styl myślenia Puszko, którym mnie przecież, ćwierć wieku później, zauroczyła. Od 1981 roku zresztą minęło dokładnie ćwierćwiecze od mojego spotkania z nią w 2006 roku, odliczam to po kolejnych dwudziestu latach, w 2026 roku — przy lekturze rozprawy o okultyzmie jej autorstwa oraz autorstwa jej męża, Hanny oraz Andrzeja:
Konieczne wydaje się tutaj jeszcze jedno wyjaśnienie. Otóż w niniejszej książce niejednokrotnie utożsamiamy okultyzm z metafizyką, myślenie okultystyczne z myśleniem metafizycznym. […] Chcemy podkreślić istotną więź między zjawiskami z pozoru tak bardzo różnymi. Uważamy zresztą, że przyjmowane tu rozumienie metafizyki nie kłóci się zbytnio z tradycją filozoficzną.
Przed dziewiątą rano odsyłam Primę do Eperons—Ostrogi. Pracę nad tysiącem stron powieści ukończyłem niewiele po ósmej. Przed dziesiątą docieram do Akademii Teatralnej. Spotykam Wiesława Rzońcę i Andrzeja Fabianowskiego. Oglądam dialogi z Fredry przygotowane przez studiującą w Akadamii młodzież, zastanawiamy się, czy tragizm w Damach i huzarach, w tym wypadku tragizm Orgonowej i Zosi mamy prawo grać tak jak tragizm w Wychowance — skoro to dwa różne tragizmy wynikające z komizmu — od Fredry młodego i Fredry lat pięćdziesiątych. Dyskutujemy o tym, co było najważniejszą miarą Fredrowskiego odkrycia — zdaniem Wiesława, teatralny charakter życia, moim zdaniem — teatralny charakter społeczeństwa. Fredro jest odkrywcą w każdym razie tak jednego, jak i drugiego w wymiarze inżynierii — inżynierii społecznej i inżynierii egzystencjalnej. O inżynieryjnym, inżynierskim charakterze społeczeństwa w każdym razie nic tak dobrze nie przekona, jak właśnie komedie. Żadna tragedia, nawet taka jak Ibsenowska, nie odsłania społeczno—egzystencjalnej inżynierii — równie celnie oraz dobrze, jak wybitna komedia. Komedia najwyższego lotu jest więc w tym względzie tak kanoniczna dla socjologii, jak Państwo Platona dla politologii. Najlepsze komedie są zresztą tak mądre, jak platońskie Państwo. U Puszko — czytam okultystyczną interpretację Trójcy Świętej — „Duch Święty stanowi surowiec, Bóg Ojciec go rozpuszcza, zaś Syn jest tynkturą, dzięki której złoto surowcowe nabiera blasku”. Uzmysławiam sobie, że na tej okultystycznej interpretacji Trójcy oparłem całą Primę — i właściwie przez tysiąc stron wyrażałem to samo, co „katoliccy okultyści”. Jeśli miałbym zsumować cały przybór, w trakcie pracy nad preredakcją Primy przytyłem niemalże dziesięć kilogramów (przeszedłem — z 83 do 93). Około siódmej po południu budzę się niespokojny z dojmującym uczuciem pustki, czując się tak, jak gdyby zabrano mi spod oczu źródło oraz narzędzia. Tak musiał się czuć niewolnik, który po odkarmieniu królewskiego dziecka — oddawał je z powrotem na łono rodziny czekającej już tylko, by go teraz prawidłowo wychować…
W trakcie warsztatów Fredrowskich pojawia się kwestia uczenia tekstów. Jarosław Gajewski uświadamia nam, że znajomość tekstu na pamięć jest tajemnicą, rodzajem cudu relacji ciało — umysł — słowo wnika w pamięć duchową oraz pamięć mięśniową człowieka, równocześnie. To także cud czasu — nie znamy bowiem tekstu, nieważne już, jakiej byłby długości, który byłby z nami od 5 dni — jesteśmy nim raczej oślepieni jak świecą dymną — wrzuconą przez kogoś do środka naszej głowy. Prima także była dla mnie świecą dymną, oślepiającą mi głowę od środka, dopóki nie dokonałem jej preredakcji. Jeżeli tekst z nami pozostaje już 40-50 dni, aktorowi zaczyna towarzyszyć jego pamięć duchowo-mięśniowa, pisarzowi zaś pamięć jego duchowej syntezy — pisarz potrafi wyrecytować całą duchową syntezę swojej powieści po jej preredakcji — na tej zasadzie ja w tej chwili, a dziś jest już 11 lipca 2026, jestem w stanie „wyrecytować” Primę, skonstruować jej organiczną całość w oparciu o nie mniej organiczne rozumienie „immanentnej zasady” Primy. Dlatego mówię uparcie od lat, że to redakcja czyni dopiero pisarza-prozaika.
Niestety nie jesteśmy zdolni ostro się różnić. Na przykład, ostro różnić talentem lub inteligencją. To, co mamy, jest mdłe i odzwierciedla co najwyżej powolne krążenie naszych talentów i inteligencji. Leniwe podpisywanie zgód, które staje się literaturą. Tymczasem ja usiłuję opowiedzieć o literaturze, która jest przepaścią tego krążenia, wręcz apokalipsą tego krążenia. To klasyczne zachowanie pedagoga postępującego niepedagogicznie, to znaczy pokazującemu uczniowi, co ma robić, nie zaś wydobywającego to z ucznia własnymi tego ucznia narzędziami. Praktyki to zresztą taka niepedagogiczna pedagogika. „Engels pisał, że myślenie metafizyczne nie dostrzega zmienności świata”, pisze Hanna Puszko i tłumaczy przejrzyście i elegancko uproszczenie, które dostrzegał już Engels — „o tym, że przyroda znajduje się w wiecznym ruchu, wiedziano”, filozofowie z kręgu metafizycznego sposobu myślenia „dostrzegali wprawdzie ruch i zmienność, ale wedle ich wyobrażeń ruch wiecznie poruszał się po kole i dlatego nie posuwał się naprzód, dając wciąż te same wyniki”. Stąd zresztą zarzucano mi przez lata ślepotę polityczną — indyferentne bielmo światopoglądu, to oznacza, że nie rozumiano kołowego charakteru polityki, którą postrzegam i portretuję, właściwie jako metafizykę polityki, zwłaszcza w Autodafe 1-9 wprowadzając Leppera czy Trzaskowskiego. W tym rzecz — z moim metafizycznym zaangażowaniem politycznym — przecież nie wspominam Leppera jako portretu z czasów pokoju dziecinnego, polityka z „Panoramy” sprzed lat, nie, ja raczej pokazuję Leppera z „ruchu wiecznego po kole” oraz myślę, że w ten sam sposób pokazywałem w Autodafe 9 Trzaskowskiego — to metafizyka polityki i moja metafizyczna politologia.
Jestem ponowoczesnym metafizykiem, uprawiam niemożliwe, wskrzeszam trupa, właśnie to określa się dziś grafomanią, którą rzekomo stale w mojej literaturze produkuję. Tymczasem Autodafe 1-9 to poemat metafizyczny, Prima to także powieść metafizyczna, w której interdyscyplinarność staje się narzędziem wyrażenia metafizyki. Sporym odkryciem więc jest dziś dla mnie przede wszystkim to, jaką szkołę metafizyki reprezentuję — Hanny Puszko-Miś i Andrzeja Misia, którzy kształtowali mnie w 2005-2007 roku, kiedy dopiero starałem się o indeks w Instytucie Filozofii UW (otrzymałem go ostatecznie w 2007 roku). Odkrywając metafizykę z pomocą Hanny Puszko-Miś, siłą rzeczy odkrywałem głęboki oraz uniwersalny instynkt, który można nazwać w tym samym stopniu instynktem magii oraz okultyzmu i wróżb, ten obraz wysycił mój poprzedni dewocjonalny instynkt religii, który — niestety — służył mi niewystarczająco, chociaż przecież nie coraz słabiej i gorzej, bowiem kontakty z katolikami w tamtych latach definiowały moje życie. Metafizyka „abstrahuje od jednostkowych zróżnicowań poszczególnych bytów empirycznych, od zmieniających się właściwości, od ich ruchów”. Dlatego mogła wpasować się we wszystko, dla Arystotelesa pozostawała teologią, zaś dla Heideggera — polityką. Skoro mogła być wszystkim, była po kolei… każdą rzeczą, poszczególnie: teologią, schizmą, nazizmem, dzisiaj w moim dość groteskowym wydaniu i przy ogromnej porcji pastiszowego patosu — jest lepperyzmem. W latach 2005-2007 uczyli mnie tego Hanna i Andrzej, a przy tym była to „heideggerowska lekcja” metafizyki, pojęcia tak plastycznego, że nadawało się w moim światopoglądzie na dobry okultyzm tak, jak na katolicyzm literacki. I takim zresztą okultystycznym katolikiem zostałem — dzięki tej formacji… To Hanna Puszko—Miś zachęciła mnie w 2006 roku do studiowania filozofii w trakcie polonistycznego egzaminu z przedmiotu. Z tego powodu dziś jestem miłośnikiem niepedagogicznej pedagogiki, niefilozoficznej filozofii — i nieliterackiej literatury.
Karol Samsel (ur. w 1986 r.) — poeta, krytyk literacki, filozof, doktor habilitowany nauk humanistycznych, doktor filozofii. Zastępca dyrektora w Międzydziedzinowej Szkole Doktorskiej UW, adiunkt w Zakładzie Literatury Romantyzmu i kierownik Pracowni Historii Dramatu 1864-1939 Wydziału Polonistyki UW, członek Polskiego Towarzystwa Conradowskiego. Laureat nagrody imienia Władysława Broniewskiego (2010) i zdobywca statuetki imienia Wandy Karczewskiej (2011). Redaktor działu esejów i szkiców w kwartalniku literacko-kulturalnym „eleWator”. Mieszka w Ostrołęce. Wydał m.in. tomy wierszy: Dormitoria (2011), Altissimum-Abiectum (2012), Dusze jednodniowe (2013), Więdnice (2014), Prawdziwie noc (2015), Jonestown (2016), Z domami ludzi (2017), Autodafe (2018), Autodafe 2 (2019), Autodafe 3 (2020), Autodafe 4 (2021), Autodafe 5 (2022), Fitzclarence (2022), Autodafe 6 (2023), Choroba Kolbego (2023), Autodafe 7 (2024), Autodafe 8 (2025), Autodafe 9 (2026), Cairo Declaration (2025) i powieść Nie-możliwość Piety (2023).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved