PAWEŁ ALBO POCZYTALION
Październik ‘26
1.
„Poszedłem do pobliskiej kafeterii, zjadłem kanapkę z kurczakiem i napiłem się kawy. Kawa była lurowata, a kanapka równie smakowita, co stara koszula. Amerykanie zjedzą wszystko, o ile to podgrzać, przebić wykałaczką i udekorować sałatą, najlepiej przywiędłą”.
Święta prawda. Ale to właśnie oni stworzyli najlepsze kryminały. I proszę bez uwag, że Anglicy, Francuzi czy Skandynawowie. Oni wszyscy są z Amerykanów. A zwłaszcza ci z tego jedynego gatunku kryminału, jaki cenię, czyli noir (co z tego, że nazwa francuska). Ojcem zaś każdego z nich jest zaś Raymond Chandler, twórca powieści, których bohaterem (jedynym) jest detektyw Philip Marlowe (co z tego, że nazwisko ma po pewnym typku z eleżbietańskiej Anglii — wybitnym dramaturgu, kumplu Szekspira, choć łobuzie).
Żeby jednak była jasność — Chandlera nie czyta się dla kryminalnej zagadki. Przynajmniej ja go tak nie czytam. Owszem, jego fabuły zaskakują, ale to dziś — w czasach zalewu tego typu dzieł (zwłaszcza na ekranie) — rzecz nieważna. Wszystkie możliwe pomysły w tej mierze muszą być powieleniem starych, dobrze znanych wzorców. Chandlera czyta się więc dla smaku jego prozy. Mrocznej, ale rozświetlonej blaskiem świata amerykańskiej klasy wyższej, czarnym skądinąd światłem. Językowo niepodrabialnej, celnej jako psychologiczna obserwacja i społeczna diagnoza, a przy tym dowcipnej jak żadna z tego gatunku. Dowcip to zaś przedni — inteligentny, ale i gruby zarazem (czasami), cięty i zgryźliwy, pełen porównań, po których parskamy śmiechem, choć to „suchary” liczące sobie siedem, osiem dekad.
Cykl wznowień powieści Chandlera (a raczej nowej ich edycji, bo nowe są, świetne skądinąd, tłumaczenia Bartosza Czartoryskiego — brzmiące bardzo współcześnie, lecz obdarzone patynką tamtej epoki ) pojawiał się już jakiś czas temu na półkach, ale wciąż go można na nich znaleźć. W roku edycji (2024) cena książki wydanej jako pocketbook — więc w małym formacie, miękkiej okładce i w ogóle byle jak — od zakupu, właśnie ze względu na tę (byle) jakość, odstraszała (ok. 50 zł), ale… ale dziś sytuuje się „w niskich strefach stanów średnich” (ktoś jeszcze pamięta te radiowe komunikaty meteo?). Warto nadrobić zaległości i ustawić sobie „granatową” edycję książek Chandlera przy łóżku.
Choćby po to, by się przekonać, jak bardzo aktualnie brzmią!
Weźmy taki kawałek: „Żyjemy w tak zwanej demokracji, a to rządy większości. Piękny ideał, o ile udałoby się go urzeczywistnić. Wybierają ludzie, ale nominuje partyjna maszyneria, a żeby partyjna maszyneria była efektywna, trzeba wydać mnóstwo pieniędzy. Ktoś musi je dać i ten ktoś, czy to jeden człowiek, czy grupa finansowa, czy związek zawodowy, czy ktokolwiek inny, spodziewa się później odrobiny wyrozumiałości”.
I co, pasuje?
Albo taki głos jednego z bohaterów Długich pożegnań, notabene, pisarza:
„Miałem kiedyś sekretarza. Dyktowałem mu, ale go zwolniłem. Wkurzało mnie, że siedzi i czeka, aż zacznę tworzyć. Błąd. Powinienem go zatrzymać. Rozeszłoby się, że jestem homo. Podłapaliby to recenzenci, którzy tylko to umieją, i miałbym promocję. Bo przecież muszą zadbać o swoich, nie? To wszystko cioty, co do jednego. Ciota to artystyczny arbiter naszych czasów (…) Dzisiaj zboczeniec to jest gość (…) I jest tak od tysięcy lat. Zwłaszcza w wielkich dla sztuki okresach. Ateny, Rzym, renesans, wiek elżbietański, ruch romantyczny we Francji… aż się od nich roiło. Cioty, wszędzie cioty”.
Mocne? Pewnie. Kontrowersyjne? Owszem. I to jak! Ale jakże współbrzmiące z wieloma dzisiejszymi opiniami.
No to jeszcze taka odpowiedź na sugestię, że trzeba zadzwonić na policję:
„Nie musimy robić nic takiego. Nasze dowody muchy by nie ubiły. Niech policja sama się w tym grzebie. Niech prawnicy się tym zajmą. Tworzą prawo, które kolejni prawnicy na oczach następnych prawników, sędziów, rozkładają na czynniki pierwsze, żeby jeszcze kolejni sędziowie mogli powiedzieć, że ci pierwsi się mylili, a Sąd Najwyższy mógł orzec o pomyłce tych drugich. O tak, istnieje coś takiego jak prawo, jak najbardziej. Tkwimy w nim po uszy. A chodzi jedynie o to, żeby prawnicy mogli się ustawić. Myśli pan, że jak długo gangi by pociągnęły, gdyby prawnicy ich nie przyuczyli, jak prowadzić interesy?”.
Znacie to? No, to… poczytajcie dalej. Jest okazja. Choćby w najlepszej, moim zdaniem, książce Raymonda Chandlera — Długim pożegnaniu właśnie — z której pochodzą powyższe cytaty. To przedostatnia i bodaj najdłuższa powieść tego autora, dziejąca się w latach 50. ubiegłego wieku, z Marlowe’em już podstarzałym, biorącym w gębę jeszcze bardziej niż w poprzednich tomach cyklu, zgorzkniałym jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, ale też znającym życie w jego wszystkich odcieniach. Obszerna, wielowątkowa narracja Długiego pożegnania to znakomita przestrzeń do jego z tym życiem rozliczeń.
Jak napisał W.H. Auden — książę amerykańskich… nie, nie autorów kryminałów, ale… poetów: „Książki Chandlera to nie eskapistyczna proza gatunkowa, ale dzieła sztuki najwyższych lotów”. A wtórowała mu wybitna pisarka i eseistka Susan Sontag: „Pisarstwo Chandlera wzbija się na wyżyny, a czytelnik z ukłuciem radości zdaje sobie sprawę, że ma do czynienia (…) z niezrównanym stylistą, pisarzem z prawdziwą wizją”.
Pochwały te, na wewnętrznych stronach książki, cytuje wydawca nowej polskiej edycji, w celach reklamowych oczywiście. Daj Boże każdemu „Mrozowi” taką reklamę! Ale najlepiej — talent Chandlera.
[Raymond Chandler, Długie pożegnanie, przeł. Bartosz Czartoryski, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2024]
2.
Kto pamięta wielki film Viscontiego Lampart, z Burtem Lancasterem w roli głównej, nie zdziwi się, że książka o tym, jak powstawała książka, którą Visconti zekranizował, zaintrygowała mnie od razu, gdy tylko ją znalazłem na księgarskiej ladzie. A kto czytał Geparda Giuseppe Tomasiego di Lampedusy nie zdziwi się z tego powodu tym bardziej, choć zastanowi go może, dlaczego tytuł filmu o innym mówi gatunku dzikiego kota niż książka, na podstawie której powstał.
Ale powieść Stevena Price’a Książę Lampedusy powinna zainteresować również tych, którzy nie czytali Geparda, a i filmu Lampart nie widzieli. I to bez wnikania w tajemnicę (?), dlaczego tamte tytuły tak dziwnie się różnią (podobnie jak tytułowe koty, choć oba są w cętki). Muszę tu jednak dodać, że owo zainteresowanie dotyczy wyłącznie tych, którzy lubią czytać książki, w których — jak to mówią niektórzy — nic się nie dzieje. Bo w Księciu Lampedusy rzeczywiście „nic się nie dzieje”. Jeśli nie liczyć miłości i śmierci, z którymi stykają się jej bohaterowie. No i pisania powieści przez głównego bohatera. Którym jest tytułowy książę. A powieścią tą, jak łatwo zgadnąć, jest Il Gattopardo. Uznawany w Italii za najlepszą włoską książkę XX wieku. Nie wiem, czy słusznie. Nie znam na tyle włoskiej literatury (szkoda), choć film Viscontiego jest rzeczywiście wybitny (szkoda, że tak rzadko przypominany w polskiej telewizji). Wiem natomiast, że powieść Stevena Price’a — co ciekawe: kanadyjskiego, nie włoskiego prozaika i poety — jest znakomita.
Opowiadając bowiem o ostatnich latach życia Giuseppe Tomasiego — poświęconych właśnie pisaniu Geparda (uwaga: jedynej książki, jaką napisał!) — mówi też o całym jego życiu — wojnie, w której brał udział (pierwszej światowej), niewoli, w której był, ale przede wszystkim o jego życiu, które spędził w całości prawie na rodzinnej Sycylii; w latach, które powieść ukazuje — w stolicy tej niezwykłej wyspy: Palermo. Miasto owo jest zresztą równie piękne i smutne, jak autobiograficzna, gorzka i pełna sycylijskich klimatów powieść, którą Tomasi pisze. A Price (szkoda, że nie Prince — bo to przecież po angielsku: książę) oddaje aurę Geparda tak celnie, jakby nie tylko czytał (na pewno z zachwytem), ale i naśladował. Bo jego Książę Lampedusy jest prozą wysmakowaną i elegancką zaiste arystokratycznie, lecz zarazem bardzo współczesną w formie; czyta się ją więc z wielką przyjemnością, tak mniej więcej, jakby się oglądało cudowny zabytek. Pokryty kurzem lat, może nawet uszkodzony, ale mający w sobie piękno uniwersalne, również z tej przyczyny, że łączące w sobie kruchość z wiecznością.
Steven Price jest zresztą nie tylko prozaikiem przecież, ale i poetą. Jego język jest więc niezwykle giętki, a zarazem subtelny, plastyczny oraz sugestywny; tworzy obrazy i zapachy, widoki i nastroje; ma smak sycylijskiej kuchni i wszystkie barwy sycylijskiego światła. Wspaniale są nakreślone postacie, które zaludniają karty powieści.
Zwłaszcza Tomasi — ostatni z książęcego rodu Lampedusa — starzejący się (przedwcześnie) arystokrata bez majątku, miłośnik książek i wszelkiego piękna, a przy tym namiętny palacz papierosów, które sprowadzają na niego śmiertelną chorobę. To właśnie zmaganie się z nią, czy raczej potrzeba niemyślenia o niej (bo pali wciąż, wiedząc, że przyspiesza tym swoje odejście), czyni z niego pisarza i wymusza na nim niejako stworzenie samemu sobie literackiego pomnika. O którym myśli jednak z wielką niepewnością. Cóż, znając wartość literatury pięknej, obawia się, czy aby sam umie sprawić, by to, co napisze, stało się piękną literaturą. Giuseppe Tomasi pisze, umierając, a raczej umiera, pisząc, nie bardzo zwracając na chorobę uwagę. Żyje więc po swojemu. Ubogo (!) — bo rodowy majątek przepadł — ale korzystając z dobrodziejstw życia: miłości (odkrytej na nowo), przyjaźni, radości życia jako takiego. Giuseppe jest bowiem tęgi (lubi jeść), a i nie odmawia sobie kłopotliwej przyjemności podróży. Podroży pożegnalnej — w rodzinne strony, w których nie był od… dzieciństwa. Jego pożegnalna podróż przez Sycylię i życie oraz starania (nieudane!) o wydanie powieści to istota, jądro książki Książę Lampedusy.
Nie brak w niej jednak, jak już wspomniałem, żywych portretów postaci, które księciu towarzyszą. A są to postacie prawdziwe, nie tylko dlatego, że istniejące w rzeczywistości, ale i dlatego, że Price przywrócił im życie, prawdziwe życie. Cudnie ukazując Alessandrę (zdrobniale Licy), arystokratkę… łotewską, żonę — starszą od niego (!), oryginalnie inną niż wszyscy Włosi, mądrą i chłodną, a przecież oddaną mu do końca. Ale też Gioacchino Tomasiego, jego przybranego syna, spadkobiercę tradycji rodu di Lampedusa, który z obdarzonego fantazją i temperamentem chłopaka stał się — po śmierci Księcia — wybitnym kompozytorem. To on okazuje się niespodziewanie tym, który stworzy klamrę powieści Stevena Price’a, a jego finalizująca książkę rozmowa z amerykańską dziennikarką przydaje tej urodziwej i budzącej refleksję historii dodatkowej wartości.
Nic tylko czytać i smakować! W samotności, ale i w towarzystwie wina i dobrej, mocnej kawy.
[Steven Price, Książe Lampedusy, przeł. Maciej Stroiński Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2026]
Paweł Albo Poczytalion (ur. w 1965 r. w przysiółku Szczecin Dąbiego) — z wykształcenia ornitolog. Mieszał w Kantucky i Bismarck (Niemcy), dziś: Niezbyt Dobra koło Szczecina. Miłośnik starej Broni (imię psa, dokładniej: suki). Publikował w prasie krajowej, polonijnej, milenijnej i codziennej („Głos Louisville”, „Głos Pomorze”, „Kurier Szczeciny”), magazynach poświęconych niezdrowemu żywieniu („Piwariat”) i pismach literackich (m.in.: „Czas Chałtury”, „Nestor”, „Wsypa”, „Faza”, „Kwartalnik Artystyczno-Krytykancki”). Wydał m.in. wiersze i epitety Życie skocznikiem (2007), powieść ontologiczną Wandalizm. Motyw kobiecego samobójstwa w poezji współczesnej (2013) oraz wszystkie oszczędności z konta dolarowego w PKO S.A.
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved