Skip to content

ELŻBIETA OLAK

Dzień nauczyciela. 1

 

Granica

„Czy doświadczyłeś kiedykolwiek prawdziwej granicy, czyli miejsca, gdzie coś się kończy, a coś zaczyna, gdzie czujesz się a priori winny, a czego, to się jeszcze okaże?” Zadaję to pytanie mojemu przyjacielowi z Francji, od zawsze obywatelowi Unii Europejskiej. Nie doświadczył. Jeśli wyjeżdżał gdzieś dalej, to pokazywał swój solidny paszport, a jeśli gdzieś bliżej, to nie pokazywał. I już.

Co innego ja. Byłam dzieckiem upartych rodziców, którzy chcieli, mimo życia w PRL, zabrać nas gdzieś dalej w świat na wakacje. Jeździliśmy do Jugosławii, przez kilka granic, i ta podróż trwała parę dni. Dziś wsiadamy w auto rano i jesteśmy w dawnej Jugosławii wieczorem. Kiedy byłam dzieckiem, staliśmy po wiele godzin na każdym przejściu, a ludzie tam pracujący zaglądali we wszystkie zakamarki auta, ostukiwali podwozie na kanale, wyciągali nasze rzeczy z toreb, a moją zabawkę, pluszowego rudego liska, wyciskali jak gąbkę, i bałam się, że boli go od tego główka. Rodzice kazali mi siedzieć cicho. Urzędnicy długo sprawdzali dokumenty, stawiali jakieś bardzo ważne pieczątki, odsyłali nas od jednej budki do drugiej. Pamiętam niejasny strach przed nie wiadomo czym, jakbyśmy właśnie byłi winni. Do dziś w obecności człowieka w mundurze nie czuję się komfortowo, choć wiem, że zasadniczo człowiek ten stoi na straży prawa i zasadniczo jest po to, żeby mnie chronić.

 

Pomoc humanitarna

Wszystko dzieje się szybko i nieskładnie, jak to w życiu, a jednocześnie jest serią nagłych olśnień. Kogoś poznaję, kogoś spotykam ponownie i okazuje się, że ci właśnie ludzie starają się nieść pomoc humanitarną w Ukrainie. Jak to robią? Jak się da. Jak potrafią, szukają tych, którzy są w stanie zrobić darowiznę, wpłacić na zbiórkę. Za te pieniądze kupowane są auta, najczęściej stare, które pojadą do konkretnych żołnierzy na front. Auta zostaną załadowane po dach pomocą. A potrzebne jest wszystko — odzież wierzchnia, okrycia, śpiwory, gaśnice, opony, niepsujące się jedzenie, sprzęt medyczny i inne. Najpierw trzeba znaleźć te rzeczy w Polsce, a często wyprosić w różnych miejscach, a potem pozwozić i zapakować szczelnie każde auto, żeby nie wozić powietrza. Inwestuje się swój czas, pieniądze na paliwo, własne siły, kiedy trzeba przerzucić tonę rzeczy. Często zakupione auta się psują, bo są stare i wymagają podstawowych napraw. To też robią wolontariusze, najczęściej ukraińscy. Dziewczyny wyplatają siatki maskujące z sieci uzyskanych od rybaków z Pomorza; takie sieci ratują chłopakom na froncie życie.

To wszystko brzmi jak abstrakcja, kiedy mi o tym opowiadają, ale w końcu przychodzi ten dzień, kiedy i przede mną staje propozycja wyjazdu do Ukrainy.

 

Strach

Boję się. Tak jak wszyscy wokół, delikatnie pukający się w czoła, boję się tam jechać. Jak wszyscy, widziałam zdjęcia rozwalonych budynków, zabitych ludzi; tak jak wszyscy słyszałam o dronach i alarmach. Do tego dochodzą lęki osobiste, typu „nie jestem dobrym kierowcą, nie dam sobie rady, zgubię się bez GPS-a, zasnę za kierownicą przy długiej drodze”.

Jednak zbieram się w sobie, łykam ten strach i jadę. I wtedy okazuje się, że, banalnie, każda podróż rozpoczyna się od pierwszego kroku, ale też, że „miękkie kompetencje” wyniesione z podróżowania autostopem za czasów studenckich teraz bardzo się przydają, bo przecież nic nie idzie tak, jak było zaplanowane. Auta się psują, trzeba zmieniać trasy, zmieniać plany, przekładać coś na następny dzień, przeładowywać dary z jednego w drugie, potem z drugiego w trzecie; w końcu spać wtedy, kiedy jest czas, na siedzeniu, w bagażniku, na ławeczce. Potem opłukać twarz lodowatą wodą, zjeść suchą bułkę i jechać dalej. Słowem — być gotowym na przygodę. Tylko ten sposób myślenia o tym wszystkim ratuje, choć czasem bywa trudno i tak.

 

Zabawa w granicę

A przecież powinno być łatwo, w końcu mamy deklaracje POMOC HUMANITARNA przyklejone na autach i widać, co wieziemy. Tak mi się wydaje, ale bardzo się mylę. Chyba dawno nie widziałam prawdziwej granicy, jakoś od dzieciństwa. Jeszcze się głupio uśmiecham, pokazując kolejnemu urzędnikowi cały wachlarz dokumentów, paszport, dowód rejestracyjny, prawo jazdy, deklaracje pomocy humanitarnej po polsku, deklaracje humanitarne po ukraińsku, które robią dla nas wolontariusze, umowę kupna auta dla żołnierza, i coś tam jeszcze. Od razu też się uczę: najważniejszy jest „talończyk”, mały świstek papieru, na którym każdy lubi przybić pieczątkę, i którego za pierwszym razem, naiwna, omal nie gubię. Jeszcze mnie to bawi i zastanawiam się, czy będą też chcieli zajrzeć do mojego pamiętnika i szkicownika, może to też im pokazać? Mieliby trochę zabawy. Gdybym miała małe dzieci, to słowo daję, że bawiłabym się z nimi w granicę, przybijanie pieczątek i pokazywanie różnych dokumentów, cofanie samochodami i podjeżdżanie do linii, nie tak, równo do linii, bliżej, dalej, jeszcze raz. Okazuje się, że nawet jadąc pasem dla pomocy humanitarnej, trzeba stać, czasem krócej, czasem dłużej, nawet 15 godzin. Trzeba być na to gotowym, zrobić sobie kanapki i herbatę w termosie, odpalić Spotify i słuchać Whole lotta love Led Zeppelin, albo oddać się medytacji, co w nerwach i rozedrganiu nie bywa łatwe. Czemu nerwy? Bo boję się ludzi w mundurach, którzy krzyczą. A czemu oni krzyczą? Bo chyba sami są zestresowani tą pracą.

 

Ukraina

Coś jest takiego w tej Ukrainie, co każe zapominać o doświadczeniu granicy i wcześniejszego zmęczenia przy przepakowaniu tony rzeczy oraz o rozwiązywaniu problemów z samochodami. Zapomina się, tak jak o doświadczeniu trudnego porodu, i zaczyna cieszyć się życiem. Jest jakiś oddech. Piękne, przestrzenne krajobrazy. Podniszczone budynki i stare drogi, wóz z koniem, retro autobusy i sklepy, i już widać, że nie da się wyremontować kraju bez dotacji europejskich. A jednak odczuwa się jakieś wzruszenie, coś w powietrzu, coś w melodii języka, coś w gościnności tych ludzi, u których rozładowujemy samochody, tych, którym je przekazujemy, jakiś rodzaj otwartości i gościnności, który każe wracać, a potem znów wracać. I ta myśl, że jesteśmy prawie tacy sami, tylko nam się trafiło, a im nie. Trafił nam się PRL, a nie bycie jedną z republik radzieckich, czyli to jednak oni kupowali od nas, co chcieliśmy sprzedać; a potem, kiedy zebraliśmy się w kupę i weszliśmy do Unii Europejskiej, żeby móc korzystać z jej dobrodziejstw, to oni znów mieli pecha i nie zdążyli, a teraz mają wojnę.

 

cdn.

Elżbieta Olak (ur. w 1971 r. w Tychach) – anglistka; ukończyła filologię angielską na Uniwersytecie Opolskim. Pracuje jako nauczycielka języka angielskiego. Mieszka w Opolu. Wydała tomy poetyckie: Otulina (2019), W deszczu (2023) i Księżyc nosi futro (2026).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści