PAWEŁ NOWAKOWSKI
Ł4
Ł-zy, ł-upień, ł-ubianka. Pod koniec żywota egoeko pyta, o dziwo, o kuriozum, o sensoryczność sprawczości jurysprudencji ślimakowego pomyślunku. Czy aby napewnościowo było/jest/będzie supcio? Czy może to blaga, co niczego od nikogo nie wymaga, tylko ogłupiałej zabawy w durność i syntezatorową debilność analfabetycznościową sekwenserów, serów i serwatek, jak podatki od oddychania, kochania i spania, które jeszcze nie zostały ogłoszone przez urszulizację zaściankowo-nowoczesnościową, z dupy, czapy, kalessonium i innych uprzywilejowanych lokalizacyj dwuwymiarowych przestrzenności? Bo jeszcze nie jest za późno —> można przeca pospólstwu wcisnąć każde odchody, pryszcze czy badziewie, byle zdobyć żądane punktorium, kultową i awangardową bełkotlizacją. A może to zmyłka, literówka, profesorowy kiks zatrzymany na mamaso-end-papasowych egzaltowanych wspomnieniach krótkospódniczkowościowych? Albo dyfuzja ducha i duszności w klimatyzowanych przemierzaczach towarowych, jadących stamtąd do gdzieśtam, przewożących młode dziewczęczości na sprzedaż, oskalpowanie czy inne poćwiartowanie z popieprzeniem, ku chwale tego lub tamtego eksperta, od tego lub tamtego pararefleksyjnego zagadnienia? Takie zapytywania Ślepego Wojtka są nieboom, a są bez znaczenia [jak to z nim / jak to u niego]. Tylko gmatwają współczesną rozkosz, a rokosz niepotrzebnościowo wzniecają i rozmazują roztropność na pokuszenie. Więc dalej, dla was, jadaczki moje, autobiografikowa nawijka:
Po osiemnastycznym biciu licznika kaprawego kuzyna z prawieśrodkowego łoża, złoża perfumerii i permutacyj, łączącego elementy sensacyjności, romansu i zamkniętej w sobie historii, czyli mianownika, mianującego pospolity kwadrat na trójkąt wielowarstwowy, zasiadłem za XX-wiecznym pudełkiem herbatników, z biszkoptami w środku, w formie kości psich słoniąt i wypiłem sok żurawinowy z domieszką malin i mydlin. Popukałem w nadzwyczaj wyrośnięty mech od półdziennej strony machoniowego kantora wymiany fug, pasji i kantat, i skosztowałem kamienne wafle zdumiewających tajemnic, tak tajemnych, że szefostwo tajnych służebnic nigdy o nich nie słyszało, nie czytało i nie śpiewało. Pozory plątają pokrętność.
Wyobraziłem sobie [i innym], że w tej samej chwili ekofale rozbijające się o brzeg interpretacyj, analizujące ruch obrotowy strukturalnego ciągu symetrii Hłaski i podpowiadające pozostałe prawa kowariancji związku zawodowego i siostrzanego, wespół i wesćwierć indukcyjnego, z klasycystycznym wyprzedzeniem nievatowskich faktur, zachwiewają regularnością spokojnictwa. Zieloni i nienauczeni regulatorzy zbierają się w grupy i rechocząc jak żurawie na wieloprędkościowym czapliwisku, niespodziankują słownictwo i alkoholowe pola inflatronowych stylizacji, grzeszą przeciw prawom właściwości zasad i teoriom oblicza korzyści. Niby to nic nie znaczy, a jednak żyletki idą w ruch, tępią kioski i odznaczają się wysokimi odsetkami pól badawczych i innych dyscyplin opisujących okresowe dygotacje. Krzaki bylin i krzyki bydłaczy coś sygnalizują, ale przytłoczone nadmiarem nieustannie wytwarzanych przepisów i przypisów kładą karki na śródokręciu grawitacji i, zachowując liczbę paragrafów i ustępów, ustępują kolesiostwu, klanowości i patologicznemu naciskowi odcisków, poddając się poprawności macierzy i gniotąc inflację antykumoterstwa. Drzewo ma być z dotacyjności, a nie z bezakcyzowej hodowli na wolnym ogniu czy innej suwerennej otchłani rozgałęzień analiz.
Takie pojmowanie świata jest brzydkie, wiem. Tym bardziej że ściemniała biosfera i miliarderzy pukają się w czoło. Denerwuje się dziatwa, dziadostwo, grubiszcza trzymające moc, czy nawet sublokatorszczyzna działkowa i ich lodówki pełne zawekowanych ogórszczyn. Denerwują się ograny i organizacje, zespoły i całe zezy, sztaby i sztabki, nie mówiąc już o pocztach i innych firmach kurierskich. A jednak eko wkurwia mnie deko. Nie widzę dna w niedorozwoju śpiewogry, nawet na jednym akordzie, jak jutro nic nie wiedzieć, ale za to smyrgać włosiwem o posadzkę, o Nagrodę Bombla.
Czemu? Bo przykro mi, że ci, co spalali młodzieńczą kaloryczność i spali na niechopinowskim pianinostwie styropianowym, przy okrągłej stolnicy, lepiąc jabłecznikościowość ciastową, z pierogalną innokraińskiwalną serowością, docieplili beton partyjny tak, że teraz głowy są powyżej attyki zamkowości, zamiast w rowach z potylicznościowym wsadem dziurawczym. I weszli, niewchodząc, rozwiercając w polu wychodność.
I to tyle w sprawie bezsprawia.
Paweł Nowakowski — przerażająco głośna cisza nad postrenesansowym grobowcem.
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved