MACIEJ SKOMOROWSKI
5 wierszy z Portyku
Pierwszy wiersz z Portyku
Teraz patrzę z Portyku
na moje błękitne, rozświetlone okno. Mówię
w wielu językach. Trzecia nad ranem, kwiecień, zwyczajnie —
gorące powietrze umierającej planety
przedziera się przez mój kardigan Cottonfield
zakupiony dekadę temu na targach sztuki
w Budapeszcie. Teraz ptaki śpiewają
na warszawskim Bemowie w nocy. Verklärte
Nacht. Chłodne są tylko moje pośladki
usadowione na zimnym murku Portyku,
z którego patrzę na drugą stronę
ulicy Czumy, gdzie mieszkam —
wprost w moje błękitne, rozświetlone okno. Stoa.
W którymś momencie życia przeznaczenie
popchnęło mnie — nazwałem to miejsce Portykiem.
Jestem tu codziennie, tu poznaję ludzi, tu
nauczam. Zdrowy cynizm. Przeznaczenie, ścisły determinizm,
splot wszystkich czasów, konsekwencja logiczna.
Zawsze będzie się powtarzać i powtarzam, prawię,
prawo daję, potwierdzam
wszystko.
To
jest
uśmiech.
To nie do końca jest wiersz. Powiedzieć można
znów: wszystko: dyktafon, teraz, z nieuniknioną koniecznością
zapisuje mój głos. Same as it ever was.
Teraz z Portyku
przenoszę się do Ogrodu
na podwórzu po drugiej stronie bloku,
pod którym przechodzę; przejście…
oświetlane automatycznie. Wyobrażam sobie
Zenona składającego wizytę Epikurowi. Wiosna. Ławka,
znów papieros, łapczywie, z radością życia,
niezachwianie. Do końca. Kiedyś
pójdę spać, lecz nie dziś.
Weredyczne wyobrażenie kochanki
Obojętność śmierci, letni marzec, różany smak
powietrza po deszczu wieczorem, zawadiackie spojrzenie
kochanki w latentnym i ostrym wyobrażeniu trwa, gdy piszę
ten wiersz, i wieczór cichy tak, przestronny, pełen oddechu, rześki
i spokojny jak chłodne opony samochodów przy ratuszu za oknem
cicho i aksamitnie sunące po jezdni tam, gdzie chcę
wybrać się jeszcze dziś przed snem. — Snem jest nic, prosta wola,
czyli tak lub nie, niczego chropowatego zarówno nie ma
w sobie to gładkie sukno, skądinąd wiem, że się uśmiecham,
kąciki pełniejszych od chłodnych i spokojnych pocałunków
kochanki ust są jasne w tym wyobrażeniu, permanentnym
i wyraźnym, i choć nikogo tu nie ma — ta kataleptyczność łączy
moje rześkie ciało, wypoczęte i chłodne, nawet przez literę,
ze wszystkimi innymi ciałami, które umrą, co jest obojętne podobnie.
Pragnę twego głodu
Jak zwierzę mam ciało. I spożywam ciało
niczym zwierzę, ciałem staję się
silniejszy, mądrzejszy jak syty letni
kanibal. Dzielę następnie ciało
ze zwierzęciem, iskrzy ogień paleniska,
jego głód rośnie w rozumieniu ciała,
którym jestem, staję się silniej. Dalej
ciało służy mi do ucieczek. Zwija się. Ale to
ciało to zwierzę płochliwe, rozebrane w krzyk,
i nie ma tego wewnątrz siebie, od którego
mogłoby uciec naprawdę, po węszeniu ucieczkę
rozpocząć w ciszę, bo ono samo zawiera się
w sobie i odnajduje siebie znów jako zwierzę
immanentne nawet do wypróżnienia wewnątrz do cna,
zatem puste całe, bezwonne, nieapetyczne ciało
ręką zwierzęcą w domach kultury samo siebie
karmiące — ciałem obcym, sobą nieoswojonym,
przyswojonym nie jako ciała znaczenie, ale
własna ucieczka od innego ciała w tej triadzie,
które mówi o najważniejszej różnicy: nie—/jadalne.
Najnowsze relacje z Atlantydy
Modlą się zawsze wtedy,
gdy zakwitają czarne kwiaty.
Ale czarna wiosna tam jest żółtawa
i muszę wymyślić teraz nowy czas
gramatyczny, ponieważ
oni jedynie się modlili. A każdy
modlił się sam, choć gesty
kobiet i mężczyzn były podobne.
Nie w bólu, lecz zupełnie
bez czucia klękali, gdzie popadnie
i zanosili się łzami, by następnie
wstać, radować się i dziękczynić
ulotnie, krótkotrwale, gdyż szczęście
nie zamieszkało w ich sercach
na stałe. I nadal byli poddani
kołu świata, próbując złożyć język
miłości, szepcąc cicho, nieporadnie,
krzycząc, szlochając, upadając
znów — i każdy z nich myślał,
że zawsze zdoła powstać,
lecz nikt nie potrafił powiedzieć,
dlaczego upada, na jaki rozkaz,
czyj, gdyż nie znajdowali nikogo,
kto rozkaz wydał, więc upewniali się
wzajemnie o słuszności swoich czynów,
|co przypominało iskanie się wschodnich
małp, dziecięce „dlaczego” jak puste
repetycje, choć nie nazywali tego zabawą
i gardzili rozkoszą prócz słodyczy
zemsty i pojednania, pustyni i krwi
od święta, czyniąc wszystko
jakby pod przymusem, a najlepsi z nich
bardziej giętko, jak żołnierze przywykli
do musztry, choć kiedy indziej,
jak słyszałem, zapewniali o swojej wolności.
Ochotnie ginęli dopiero, gdy
było ich niewielu, gdy zebrali się tłumnie,
ochotnie zabijali, albowiem swoją opowieść
spodziewali się snuć nawet po…
— Panie, wybacz skromność mego dzieła.
Król musi także wiedzieć:
niektórzy z nich sypiali dobrze.
wampir
wampira spotkałem jakieś dwie dekady wstecz czasu
w kataleptycznym śnie jeszcze jako rekonwalescent.
światło powracało wraz z farmakologią i moimi siłami,
o których z zaćmienia wiedziałem, że są niespożyte,
więc: leciałem ku wschodzącemu słońcu nad oceanem
falami skrzącym światłem, szybko i wolno, panując
szczęśliwie nad światem — najwyżej bo nieśmiertelny.
lecz warunkowo: nie mogę go spotkać (wampir
dopadł mnie, zabił, umarłem, pamiętam niedobrą
śmierć. zdarzyło się nieprawdopodobieństwo (wampir
moje ikarowanie zakończone, śmierć we śnie
ha! najlepsza — obecnie śmierć (wampir
zaliczam do rzeczy obojętnych, choć inaczej
niż opinia publiczna (wampir
jednak wtedy wampir mnie zabił, więc:
przyprowadźcie tu kogoś, kto zna mnie lepiej niż ja sam
siebie. niech ktoś wezwie obłąkanych jungistów. niechże
wróżka karolina tarota mi postawi szybciutko.
niech już moi biologiczni rodzice opłacą speców
od onirycznych światów (bo po seminarium o śnie
także mówię zapomnianym językiem jednak (wampir
niech moi boscy rodzice czuwają jak teraz.
niech politycy się nie wtrącają, bo to nie ich
działka. pomóżcie mi znaleźć wampira (wampir
wyjaśnić. niech sąsiedzi: faszystowska klaudia
penitencjariuszka psująca dzieci w przedszkolu zakończy
remont, bym mógł dośnić, a może sam dosięgnę
tajemnicy (wampir-a. państwo sosnowscy niech
zdejmą ze swojego zapóźnionego synalka ten (wampir
t-shirt z batmanem (czyżby to trop? batman
jako (wampir? niech ktoś poleci mi dobrą literaturę
przedmiotu. chcę wiedzieć kim był (wampir
(profesor na seminarium z filozofii onirycznej
wykazała, że to ja, być może ciężkostrawna kolacja
plus klakson za oknem i jakiś obraz z tv to (wampir?
niech znajomi poeci-magowie powiedzą
czy też spotkali kiedyś tę postać (ale nie
wymagam heroizmu, wy nie musieliście umierać
i nie musicie wiedzieć koniecznie, że śmierć
nie jest złem). niechby ktoś popatrzył
na moje plecy lub cień, może tam skrywa się (wampir
może niech już przyjdzie ksiądz i wtrąci grosik.
bracia grimm? zmierzch? wiem tylko, że ten (wampir
nie był drakulą, nie grał go tom cruise ani inny
brad pitt, ostatnio widziałem u farreda na cnn
starego douglasa juniora, jest stoikiem jak ja a jak
jest starszym stoikiem, to może on wie kto to? (wampir
bo nie za taki kraj umierał tony stark? wolne żarty.
niech lepiej kochanka przyjdzie w sobotę
i położy mnie na kozetce? niech przedzwoni paczka
z nowego bemowa, zawsze mają pomysły, wiele wiedzą.
jakiś jasny szlag z nieba mógłby mnie trafić
bym jak ci mistrzowie ze szkoły rinzai
nagle dowiedział się w końcu kto to był (wampir
raz się przestraszyć, raz umrzeć — niech
zepnie się analogia, bo mowa o tym samym
— żeby się nie bać, nie umierać powtórnie.
jak teraz, gdy znów władam, nieśmiertelny,
a raczej pozbywszy się na dobre lęku przed śmiercią.
Maciej Skomorowski (ur. w 1980 r.) — poeta, filozof, dziennikarz, copywriter. Absolwent IFiS UW na kierunku filozofia oraz studiów podyplomowych z redakcji tekstu w IPS UW. Mieszka w Warszawie. Wiersze publikował m.in. w: „Helikopterze”, „Obszarach Przepisanych”, „Odrze”, „Polu”, „Post Scriptum”, „Suburbii”, „Tlenie Literackim” a także w kilku antologiach. Zdobywca wyróżnienia w ogólnopolskim konkursie Brwinowski Parnas.
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved