KAZIMIERZ BRAKONIECKI
Dziennik berliński. Dzień drugi
W nocy i rano silne podmuchy wiatru. W oknie drgająca, bliska i wilgotna, czarna ręka drzewa. Kasztanowca? Daje znaki. Mnie jak i temu, co tu był wcześniej i tamtemu, co tu przyjdzie po mnie. I każdy z nas budzi się z jej obecnością w oknie na wprost szerokiego łóżka, nad którym zdjęcie Brechta, zanim zasiądzie uroczyście przy biurku do pisania. Przecież jesteśmy w domu twórczym, zobowiązującym do pisania arcydzieł! Nie sądzę, aby ten pobyt wyzwolił sekretne siły literackie we mnie. Czuję, że nie — i zupełnie się na to nie nastawiam. Chcę połazić po mieście, pobyć w samotności i po raz pierwszy nie zanurzyć się w muzeach i galeriach, które przez te kilkanaście lat dosyć dobrze zdążyłem poznać. Równie dobrze jak te paryskie. To są te dwa miasta w Europie, dwie stolice, które najczęściej odwiedzałem po upadku komunizmu. Tak naprawdę niewiele widziałem zagranicznego świata. A w latach 70. marzyłem o wyprawach: a to do Indii (fascynacje upaniszadami), a to do Ameryki. Nigdy nie starałem się o paszport w PRL-u, ponieważ nie miałem pieniędzy, ani nie sądziłem, że mógłbym dostać pozwolenie na wyjazd. Byłem prowincjonalnym poetą uniwersalnym — inteligenckim pariasem z romantycznym rodowodem.
Nocą mówi Sza magba immuru: Musisz się z tym pogodzić, że nie dotrzesz do rdzenia rzeczywistości, że nie osiągniesz wtajemniczenia w istotę rzeczy, jeżeli sam siebie do końca nie zrozumiesz, bo świat zewnętrzny nie jest tajemniczy, ale tragiczny, i wiedza o jego kruchości, przemijaniu, o podległości chaotycznym przepływom ludzkich irracjonalizmów może być rozwiązana nie na poziomie intelektualnym, ale uczuciowym, świadomościowym, czyli etycznym (jedność życia, które jest tajemną strukturą twojej łaknącej nieskończoności jaźni).
Musisz zaakceptować swoją śmiertelność i wyjść na zewnątrz, do świata, do ludzi. A jeżeli tego nie potrafisz fizycznie, aktywnie, w pozytywnym działaniu, to twórz kulturę duchową poprzez dzieło, które nie będzie się koncentrować na stylu, modzie formalnej, światopoglądowych fantazmatach, lecz na ekspresji wolności tej istoty, która jest większa od ciebie i która przez ciebie do świata mówi, woła, tworząc Głos Obecności życia. Poezja jest egzystencją esencji świata.
Więc miłość. A jeżeli nie potrafię kochać? Potrafisz, chociaż zostałeś zraniony w dzieciństwie trwogą bycia. To w miłości i samowiedzy jest zgoda na śmierć, na prokreację, na świat taki jaki jest, a niezgoda na zło, zbrodnię, nienawiść. Tak decyduje miłość, wolność, wola, które są w tobie, tobą, twoim światłem wewnętrznym. A śmierć? Nigdy nie zaakceptuję śmierci. Nigdy się z nią nie pogodzę! Przeceniasz swoje marnotrawne ja, swój narcyzm, swój egologizm. To przejdzie. To powinno przejść. Pracuj nad tym, twoja większa i bardziej indywidualna część nie ma nic wspólnego z powierzchownym ja chwili, nastroju, światopoglądu. To twoje-nietwoje wartościowsze „ja” jest mądrością życia widzialnego i niewidzialnego, któremu należy się miłość, szacunek, współczucie, twórcze życie. Poezja to miłość do życia, które ona widzi oczami śmierci.
Kolejką dwa przystanki w stronę willowego Grünewaldu, a dalej spacer według planu po uliczkach usianych bogatymi domami do muzeum ekspresjonistycznej grupy Brücke (Brückemuseum). Niektóre wille to rzeczywiście pałace. Dobrze tu się żyje zamożnym ludziom, jak i żyło wtedy, kiedy do tej pięknej dzielnicy zwożono miejscowych Żydów na deportację i unicestwienie. Zasłonięte okna, cicha lektura klasyków, brat, ojciec, zięć na froncie, spokojna atmosfera chwilowo zakłócona. Łupy i listy z całej Europy. Germańskiej Europy, którą zjednoczy aryjski Duch. Starczy, co tak łażą po tobie te obsesyjne myśli? Tyle lat po wojnie! Patrz, jaka piękna pogoda. Jest zima, a mieszkańcy krańcowo ubrani: widać kobiety w futrach i dziewczyny w krótkich wiatrówkach. Jest i chłopak na rowerze w szortach, ale w wełnianej czapce. To inna epoka, inny czas, inni ludzie! To prawda, duchy odejdźcie ode mnie, jest czas pokoju i czas wojny przecież. Idź wolny i sobie patrz do syta.
Po raz pierwszy zapoznałem się z ekspresjonizmem w muzeum w Dreźnie w połowie lat 70. i odtąd był to mój ulubiony kierunek w sztuce malarskiej. Aż do momentu, kiedy zrozumiałem, że kierunki i tendencje są wtórne wobec pojedynczego utworu, dzieła, kompozycji muzycznej, wobec jednej biografii twórczej konkretnego autora, malarza, kompozytora i tych ustaleń teraz się trzymam — indywidualność danego światożycia, oryginalność przesłania, głębokość doświadczenia egzystencjalnego, które niesie w sobie znaki konkretnej osoby, epoki oraz wysoką skalę zobrazowanych problemów historycznych i duchowych. Jeżeli kiedyś najważniejszym malarzem był w moich oczach Nolde, wpierw te karykaturalne, ostre kolorystycznie portrety ludzi, właściwie z pogranicza gotyku i fowizmu (Nolde jako nowator malarstwa religijnego o tematyce ewangelicznej to taki dwudziestowieczny Matthias Grünewald nomen omen), a następnie prawie abstrakcyjne, mistyczne pejzaże nadmorskie i morskie (wtedy skojarzył mi się z romantycznym Casparem Davidem Friedrichem jako jego konieczne uzupełnienie w przeżywaniu mistyki natury), a później ci wszyscy konwulsyjni i zaangażowani w naprawę rzeczywistości weryści, jak Otto Dix czy George Grosz (im patronował genialny Goya), to na końcu przyszedł okres fascynacji mitologiczno-alegorycznym, w jakiś sposób chłodnym i obiektywnym, malarstwem Maxa Beckmanna — wielkiego portrecisty epoki europejskiej wojny domowej 1914-1945.
A zaczęło się od grafik, gdyż oryginałów nie poznałem: od ilustracji, od zauroczeń drzeworytami, a jeden z nich Droga do Emaus Karla Schmidta-Rottluffa z trzema postaciami wędrowców, z tym czarnym, okrągłym kamieniem jak planetą, ciśniętym niewidzialną ręką i przelatującym niebezpiecznie blisko ich głów, na lat wiele stał się moim zapatrzeniem i symbolem mojej własnej drogi do… Melancholii, pielgrzymki do Niedocieczonego?
No i doszedłem. Na podwórzu mężczyzna niecierpliwie i niezgrabnie rąbał drewno do kominka dużą siekierą. Jak wracałem to posługiwał się już piłą spalinową. Wszędzie sosny, bo to dzielnica podmiejska, parkowa. Berlin ma liczne takie leśne dzielnice. Pięknie się mieszka w takim mieście—parku—stolicy. Kasztanowce chcą już puszczać pąki. Taka jest łagodna zima. Trochę też dostrzegam wiatrołomów po wichurach, które coraz częściej zaglądają do środkowej Europy od Atlantyku i Morza Północnego.
Kolekcja stała grupy „Brücke” licha. Podobno to zaledwie cząstka stałej ekspozycji, która co jakiś czas jest wymieniana. Czyli nie trafiłem najlepiej. Trochę więcej Schmidta-Rottluffa: od postimpresjonizmu przez fowizm do dramatycznego w kontrastowych barwach ekspresjonizmu. Wystawa czasowa: pocztówki z gór Noldego. Tak, zmienił mi się gust. Tak samo nie potrafię już czytać z takim zacięciem i napięciem wierszy Rilkego, które przecież złożyły się na moją autobiografię duchową młodości. Mam w głowie całe jeszcze zdania w przekładach Mieczysława Jastruna. Spłaszczyło się moje wnętrze i zmalało. Nie znoszę aniołów, bogów, kosmicznych i abstrakcyjnych przestrzeni retoryki woli i jaźni. Nie potrafię nosić wytwornego płaszcza proroka i króla. Jestem błaznem bardziej niż kapłanem, heretykiem niż wyznawcą, ale właściwie odrzuciłem ten podział na błazna i proroka. Już mi nie odpowiada. Zmieniłem się. Jestem całością innego formatu i wymiaru. Fizyczność już mnie nie boli. I świat się zmienił radykalnie. Moje spirytualistyczne lektury Rilkego w latach 70. i 80. kompensowały realne porażki w świecie zewnętrznym, w którym nie mogłem realizować w pełni swojego powołania do wolnego i twórczego życia. Nie neguję swoich dawnych i obecnych inklinacji do poszukiwań duchowych, ale wreszcie mogę się sprawdzać w praktyce przez czyn, a nie deklamację. Znów nadszedł czas zmiany (ewolucyjnej, ale nieustannej) świata, a nie jego wzniosłej kolejnej interpretacji czy estetycznej kontemplacji. Historia wymusi na nas niedługo działania, o których nieco zapomnieliśmy, poddając się spokojnym falom dobrobytu i zaspokojenia po upadku komunizmu w Europie. Zachodnia Europa straciła wroga, ale czy zyskała nowy sens jedności? Sama straciła tożsamość, tracąc pojęcie wroga, bo ten islamski jest z zupełnie innej planety, niż ten oswojony wschodnioeuropejski (komunistyczny).
Przeglądam katalogi i szukam tematu ekspresjonizm i Berlin, bo przecież miasto, maszyna, nowoczesna cywilizacja to były naczelne tematy, które szczególnie po przegranej wojnie w 1918 roku obierały apokaliptyczne wyglądy. Całkiem niedawno obejrzałem na DVD film Fritza Langa Metropolis z 1927 roku (kręcony w poczdamskim studiu filmowym Babelsberg), który zawierał takie obsesyjne motywy, jak odwieczny konflikt ojciec — syn, masa, maszyna-niewolnik, człowiek; demoniczne (tu futurystyczne i zmechanizowane) miasto i demoniczne charaktery. Jaka wielka siła wizyjna i plastyczna zawarta została w tym filmie, skoro oddziałuje na nas nadal! Pomimo teatralnej, dla naszych oczu wręcz karykaturalnej, gry aktorskiej. Z doświadczeń postekspresjonistycznej „nowej rzeczowości” (Neue Sachlichkeit) powstał głośny film Waltera Ruttmana Berlin, symfonia wielkiego miasta (1927).
Znana jest demoniczna historia nazizmu, który wyrósł z resentymentu narodowego upokorzenia oraz ze sprzecznych nastrojów społecznych (od nadziei do katastrofizmu), chorobliwej fascynacji demoniczną stroną człowieka, pragnieniem odwetu i sterowanej nienawiści rasowej. W filmie z jednej strony uobecnia się wizja systemu władzy tyrana, despoty, z którym sprzymierzony jest szalony uczony, twórca nadczłowieka-maszyny, a z drugiej rozpętany świat uczuć, demonicznych instynktów ludzkiej masy, a więc nadświadomość kontra podświadomość, a obie te sfery zaplątane są w nierozwiązywalnym konflikcie idei, osób, wartości. Obnażone i zarejestrowane przez kino i sztukę demony wygrały i władzę przejął w sposób nieoczekiwany, ale przecież nieunikniony, demoniczno-groteskowy Adolf Hitler, którego można byłoby wyłuskać z ekspresjonistycznych filmów jako charakterystycznego aktora i hipnotyzera, gdyby nie pełnił w realnym życiu roli zbrodniarza. Tuż po studiach pod koniec lat 70. przeczytałem fascynującą książkę Siegfrieda Kracauera Od Caligariego do Hitlera. W okresie weimarskim produkcja filmowa Niemiec ustępowała liczbowo jedynie amerykańskiemu Hollywoodowi. Kracauerowi nie chodziło o analizowanie od strony formalnej poszczególnych filmów okresu niemego, lecz o ich widzialną i ukrytą psychospołeczną panoramę umęczonego narodu, co pozwalało na prześledzenie charakteru narodowego zdruzgotanych niepewnością co do własnej przyszłości Niemców.
W Berlinie, stolicy NRD, byłem zaledwie raz w połowie lat 70. W Zachodnim po raz pierwszy pojawiłem się wiosną 1991 roku. Miałem 39 lat i był to mój pierwszy w ogóle wyjazd na mityczny Zachód. W następnych latach pojawiałem się częściej i na dłużej. Nie dostrzegałem w Berlinie Molocha ani Babilonu. Chyba że wymiarze historiozoficznym jako stolicę groźnych Prus oraz III Rzeszy. Ale też jako kreatywny melting pot, tygiel narodowościowo-kulturowy. I to od dziesiątków lat, jeśli nie stuleci (np. kolonizacja przez Austriaków z Wiednia, Holendrów, francuskich hugenotów w XVII stuleciu; Brandeburgia powstała na etnicznych ziemiach zachodniosłowiańskich). Do Berlina ciągnęło mnie z powodu lektury powieści Alfreda Döblina Berlin Aleksanderplatz (wydanej w 1929 roku). Jej bohaterem jest Franz Biberkopf ni to robotnik, ni to rzezimieszek, ni to Prostaczek, ni to Łobuz, ale właściwym bohaterem utworu jest niezwykle sugestywnie ujęta literacko stolica Niemiec.
Do końca XIX wieku Berlin nie miał szczęścia do wielkich malarzy i pisarzy. Cechą niemieckiego życia kulturalnego była i jest jego prowincjonalizacja bez aspektu prowincjonalizmu. Po prostu pisarze i artyści nie musieli i nie muszą, tak jak to stało się regułą np. we Francji, mieszkać w stolicy. Kiedy Berlin w 1871 roku został stolicą Rzeszy, to właściwie miał jednego własnego pisarza, a mianowicie Theodora Fontanego (ale i on nie był rodowitym berlińczykiem). Innym twórcą, który odmalowywał podówczas to szybko rozwijające się miasto i jego mieszkańców, był naturalistyczny poeta i dramaturg Arno Holz, który pochodził ze wschodniopruskiego Rastenburga (Kętrzyn). Bogate środowisko artystyczno-literackie pojawiło się w Berlinie pod koniec XIX stulecia (przez jakiś czas, ale nie na stałe Stefan George, Richard Dehmel, Rainer Maria Rilke). W 1890 roku w samej stolicy wychodziło 19% wszystkich tytułów prasowych Rzeszy. To wtedy Berlin stał się jednym z najważniejszych europejskich centrów kultury literacko-artystycznej. Na początku XXI stulecia może ponownie nim zostać (jeżeli już się nie staje) obok Londynu. Berlin na progu XX wieku to siedlisko dekadenckich artystów z krajów skandynawskich (z Munchem jako najważniejszym geniuszem, który zaważył na rozwoju malarstwa niemieckiego) oraz słowiańskich (ze Stanisławem Przybyszewskim na czele). A przede wszystkim to kolebka ruchu ekspresjonistycznego.
To, co buzowało intelektualnie i artystycznie w okresie Republiki Weimarskiej miało swoje rozliczne korzenie w schyłkowej epoce panowania Wilhelma II, który nie miał zrozumienia dla nowoczesnej sztuki i literatury. Atmosfera jego panowania była zatęchła, ale nie przeszkodziła w kiełkowaniu nowoczesnych idei. Po rewolucji bolszewickiej Berlin stał się centrum twórczej i intelektualnej emigracji rosyjskiej (Vladimir Nabokov) oraz tych pisarzy, którzy się wahali przez kilka lat wrócić czy nie (jak Andriej Biełyj). Bywał też okresowo wpływowym ośrodkiem awangardowych twórców radzieckich, w tym pochodzenia żydowskiego (piszących w jidisz jak Dovid Bergelson, autor opowiadań o tematyce berlińskiej, zamordowany w 1952 roku w ostatniej czystce antysemickiej rozpętanej przez Stalina). Tomasz Mann uważał, że Niemcy nie mają predyspozycji do pisania powieści społeczno—realistycznej (jak Francuzi czy Rosjanie w XIX stuleciu), ale to on rozpoczął złoty wiek prozy niemieckiej swoimi „Buddenbrookami” (1901). W Berlinie osiedlali się również polscy artyści, jak przedstawiciele ekspresjonistów poznańskich z „Buntu” i „Zdroju” ze słynnym Stanisławem Kubickim współpracującym z „Die Aktion”, „Der Sturm” (zamęczony w 1942 roku na Pawiaku), polsko-żydowscy artyści: Jankiel Adler, Marek Szwarc z łódzkiej grupy „Jung Idysz” czy Artur Nacht-Samborski z Krakowa.
Idąc ulicą Clayallee na południe od Brückemuseum, mogłem dotrzeć na mały cmentarz Waldfredhof, na którym, jak mnie poinformowano, pochowany jest poeta Gottfried Benn zmarły w 1956 roku. Czytywałem jego mocne, zwarte, brutalne wiersze na przemian z widmowymi i katastroficznymi poezjami Trakla w młodzieńczym okresie burzy i naporu. Potem już nie. Wpierw zrezygnowałem z Trakla, bo jego przesłanie wydało mi się zbyt psychotyczno-narcystyczne, a z Benna dlatego, że polubiłem wojowniczą ironię, ekstatyczne zaangażowanie, kaznodziejską inteligencję Brechta. Jednak nie dotarłem na cmentarz. Wsiadłem w U-1, następnie na stacji Warschauer Str. w „moje” S-7 i przejechałem całe miasto w kierunku wschodniopółnocnym aż na rogatki dawnego Berlina Wschodniego. Za dworcem Lichteneberg skończyły się szeregi kamienic, a zaczęły blokowiska, mrowiska betonowych wieżowców—sypialni dzielnicy Marzahn powstałej pod koniec lat 70. za panowania sekretarza generalnego Ericha Honeckera i zasiedlonej głównie przez młode małżeństwa. Zaczęli wsiadać inaczej wyglądający ludzie z „gorszymi” twarzami oraz wyrostki w dresach jak u nas na przedmieściach. Na ostatniej stacji Ahrensfelde ujrzałem ciąg dalszy betonowych bloków, megasklepy, miejskie autobusy, rozległe pola — typowy podmiejski teren wielkiej aglomeracji betonowej, jak francuska banlieue, jak socjalistyczne sypialnie w Olsztynie czy Białymstoku tylko w powiększonej i ulepszonej materiałowo o 100 razy skali. Teraz widać, że stosunkowo niedawno odremontowanej i po—kolorowanej. Sam mieszkam w takim blokowisku wybudowanym z wielkiej płyty w połowie lat 80., w okresie depresji komunistycznej. Nie wątpię, że i wtedy, i tym bardziej teraz, jakość tych tutejszych bloków jest o niebo lepsza niż polskich odpowiedników, ale jednak od razu widać na pierwszy rzut oka, że jestem w byłej zonie socjalistycznej. Tak, pamiętam dobrze to nasze szczęście, kiedy wreszcie po ponad 10 latach wpłacania do spółdzielni dostaliśmy nasze mieszkanie, jak podczas budowy bloku przychodziłem do wesołych fachowców i w szpary pomiędzy otworami okiennymi wpychałem stare kołdry, pończochy. Dopiero po dwudziestu latach blok ten i samo nasze mieszkanie (już wykupione) otrzymały wygląd w miarę przyzwoity i estetyczny. Tuż po upadku muru tę olbrzymią sypialnię opuściło 50 tysięcy Wschodnioniemców. Ci co pozostali, to reprezentanci mojego pokolenia, które niedługo przejdzie na emeryturę, jeżeli w ogóle pracuje.
Nic tu po mnie — na peron: do Wannsee jechałem ponad godzinę, a wraz ze mną chłopiec rysujący całą długą drogę w bloku rysunkowym modele komputerów, telefonów komórkowych, odtwarzaczy jakby mu ich było mało w rzeczywistości. Przyszło mi do głowy wiele myśli, kiedy tak długo wracałem. W tym ta, jak wiele dóbr nakradli Niemcy i Rosjanie w czasie II wojny światowej. Zresztą Amerykanie na pewno też. My to dobrze znamy — nasze narodowe skarby wzbogacają zbiory szwedzkiej Uppsali, rosyjskich Sankt Petersburga i Moskwy. Łupy wojenne ściągane do III Rzeszy wzbogacały nie tylko dygnitarzy NSDAP, ale i całe rodziny kolonistów, funkcjonariuszy aparatu ucisku, prostych podoficerów i oficerów SS czy Wehrmachtu. Ta grabież była potworna i ogromna. Ale cicho sza! Chyba że chodzi o dzieła sztuki skradzione przez hitlerowców niemieckim i berlińskim Żydom, w tym wiele obrazów „zdegenerowanych” artystów z „Der Brücke” lub „Der Blaue Reiter”, o których zwrot dopominają się amerykańscy potomkowie ofiar albo samych uciekinierów. Aż 600 tysięcy potomków dawnych właścicieli żąda zwrotu zabranych przez III Rzeszę dzieł sztuki w samej Ameryce! Takie słynne płótno, jak „Scena z berlińskiej ulicy” z 1913 roku Ernsta Ludwiga Kirchnera, faszyści ukradli żydowskiej rodzinie Alfreda Hessa, fabrykanta obuwia w 1936 roku. Spadkobiercy odzyskali to charakterystyczne dzieło jednego z najbardziej znanych ekspresjonistów i sprzedali w Anglii za sumę ponad 20 milionów funtów. Wiele dzieł jest nie do odzyskania, ponieważ sprzedawane były wielokroć, a znalezione w muzeum w zupełnie innym kraju lub na aukcji mają legalne dowody przynależności.
Co jeszcze zauważyłem? Aha, flagi niemieckie na balkonach i w oknach. Tego się nie spodziewałem, Skąd ta ekspresja patriotyzmu? Już można, bez skrupułów? Patriotyzm konstytucyjny za mało? Kolejny znak przemian i przywracania naturalnych zachowań: Niemcy normalnym państwem w Europie. Nie musicie się już nas obawiać. A mamy z czego być dumni. Jesteśmy połączonym narodem i państwem. To pozostałości po mistrzostwach świata w piłce nożnej. No i dobrze, zwykła rzecz. Ale chyba więcej tych flag widziałem w byłej strefie NRD. Na balkonach postsocjalistycznych kamienic i betonowych wysokościowców.
cdn.
Kazimierz Brakoniecki (ur. w 1952 r.) – olsztyński poeta, pisarz, tłumacz poezji francuskojęzycznej, animator kultury, kurator wystaw sztuki polskiej XX wieku, współzałożyciel i jeden z liderów pisma, stowarzyszenia oraz fundacji Wspólnota Kulturowa „Borussia”. W latach 1995-2018 dyrektor samorządowego Centrum Polsko-Francuskiego Côtes d’Armor Warmia i Mazury w Olsztynie. Otrzymał m.in. nagrodę im. Stanisława Piętaka (1991), paryskiej „Kultury” (1996), Ministra Kultury (2002), Laur UNESCO (2007), Literacki Wawrzyn Warmii i Mazur (2008). Ostatnio opublikował: tom prozy Historie bliskoznaczne (2008); książki eseistyczno-podróżnicze: W Bretanii (2009), Dziennik berliński (2011), Notes kurlandzki (2017), Dziennik olsztyński (2022); dziennik literacki Cudoziemiec (2018) oraz tomy wierszy: Ciałość (2004), Europa minor (2007), Glosolalie (2008), Obroty nieba (2010), Chiazma (2012), Terra nullius (2014), Amor fati (2014), Obrazy polskie (2017), Erodotyki (2018), Twarze świata (2019), Oumuamua. Atlas wierszy światologicznych (2022), Lekcja poezji dla zaawansowanych (2023).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved