Skip to content

ANNA CZYRSKA

Spacer po ziemniaki

Kiedy idziesz do sklepu, mijasz ludzi. Skądś wracają, dokądś idą. Na pewno liczą pieniądze. Idą w obcym kręgu. Szukają słów, chodzą po sklepach: dzieci, dorośli, idą na lunch, a ja idę po ziemniaki. Idę jesienną ścieżką, zaznaczam po raz kolejny moją trasę moimi nogami. Tylko to bez znaczenia, bo tą samą trasą po mnie i przede mną przeszło mnóstwo ludzi.

Szli po coś, do kogoś. Do pobliskiego dentysty albo do pobliskich delikatesów. Czy tylko po to chodzimy do sklepu, aby jeść? Najlepiej wyjątkowo, tak aby pochwalić się na Pentagramie. Mijam starsze panie, bezdomnego, cuchnie od niego rzeczywistością, jakiej nie znosimy. Śmierdzi i dziwnie patrzy, jakby lubił taki świat. Wybrał alkoholizm. Ulice to jego dom, ławeczki, a ludzie leczą siebie, patrząc na niego.

— Pan się musi umyć — krzyczy jakaś kobieta.

Śmierdzi niemiłosierne. Odesłali go do myjni dla bezdomnych, gdzie bezdomni dostają zupę. Jakieś jedzenie zawsze jest dobre. Mijam młodzież, dziewczyny ubrane w superciuchy i chłopcy. Palą e-papierosy. Ich rodzice pracują w korporacjach i nie mają nawet czasu na myślenie o dzieciach. Za jakiś czas wezmą rozwód, o ile już nie wzięli. Ludzie tak bardzo chcą być kochani, że po drodze ślepną. Chcą, by widziano w nich kogoś wyjątkowego. Miłość to takie patrzenie? Wyjątkowości nie da się zburzyć. Kupiła jakieś czekoladki. W każdym sklepie, supermarkecie jest dział ze słodyczami. Do wyboru do koloru: pralinki, czekolady, muffinki czy pieczywo. Obok pieczywa słodkości, które powodują wymioty. Chemia. Przy takim dziale stał mały chłopczyk:

— Mamo, kupisz mi to? — Wziął z półki duże opakowanie mlecznej czekolady z oreo w środku.

— Nie, mamy w domu słodycze! — odrzekła matka.

Chłopczykowi zrobiło się smutno i zaczął płakać.

— Przestań, dobra, kupię ci!

Mamusia uległa. Tymczasem ona wzięła w dłoń czekoladę. I wyobrażała sobie siebie na produkcji. Jak czuje zapach czekolady, w maszynie tworzy się miksy, konserwanty. Produkcja słodkości, rozkoszy do kawy. Ten świat to jedna wielka produkcja, i te ceny. Najdroższa czekolada kosztowała 29,90 i tylko dlatego, że dubajska. Słodycze pomiędzy hamburgerami, pizzą i alkoholem, i złudne szukanie miłości.

 

Jak wyobrażasz sobie miłość?

Czyż ludzie nie wymyślili sobie tego, by zaprzeczyć złu w sobie? Czyż ludzie nie stworzyli sobie Boga? Czyż ludzie… Kim jesteśmy? Dziwne, kupowała tylko czekoladę. Może jeszcze kupi jakieś gotowe danie. Może kupi gotowe bolognese i poczuje się jak studentka. Makaron, mięso mielone i sos. Żadna sztuka posypać serem. Kupi danie gotowe, zaspokoi jeden dzień swojego życia. Może wcale nie czuje głodu? Może jest obca, niczyja, nie należy do nikogo. Obcy ludzie mijają twoje cienie. Kupowanie jest takie realne.

— Płaci pani kartą? — pyta kasjerka.

„Nie, płacę moim nieszczęściem”. Tak chciała odpowiedzieć.

Niestety ma już kawałek karty, bez zapłaty jesteś złodziejem. Przetrwaj w tym dystrykcie istnienia, które nic nie jest warte. Kawałek karty lśni, przekłada. Ooo, na szczęście jest coś na koncie. Uff. Starczyło na tę czekoladę. A co z ziemniakami? Dalej jest warzywniak. Wokół warzywa. Kapusta, dynia, cebula, czosnek, koperek, no i ziemniaki. Wkłada do siatki, nikogo to nie obchodzi. Chyba że kasjerkę. Wybieram ziemniaki, ach. Inni ludzie kupują też ziemniaki, koperek, jabłka i inne. Sezon trwa.

Jesień przesypuje smutki. Wybieram ziemniaki. Moje ziemniaki, rosną w ziemi. Jaka ilość? Czy będzie mi się chciało obrać? Może opiekę w ognisku z solą i masłem.

Ziemniaczki były małe. Wyszło około 2 kilo.

— 4,50 — mówi kasjerka.

Pójdzie do męża i dzieci. Weźmie w promocji trochę warzyw. W niedzielę ma wolne. Zrobi dobry obiad, może stek. Może samotność. Może mąż jest dobrym mężem, a może tyranem. Kasjerka z warzywniaka ma obrączkę. Czy mąż ją kocha? Może codziennie udaje.

Daję 5 złotych, 50 groszy reszty. I koniec, mikrosekunda tonie w tej chwili. Ten moment nikogo nie obchodzi. Ten moment jest spowity w klęsce każdego człowieka, który chce znać cel swojego istnienia. Ziemniaki i czekolada, czy coś jeszcze? Koperek pachnie wiosną. Koperek można zamrozić.

Deszcz kropi i nikogo nie obchodzę. Ludzie idą. Mijają mnie, patrzę na nich. Jesteśmy sobie obcy. Obcy zawsze, obcy wszędzie, nawet, kiedy uprawniamy seks. Jesteśmy sobie obcy jak kosmici dla nas. Czy kosmici istnieją? UFO leci, nie, to dron lub samolot. Wojna, wojenka. Przeklęta melodia, przeklęty dzień.

 

Siatka jest zbyt cienka. Ziemniaki wypadają na brudną ziemię. Podnoszę je, schylam się.

Mijają mnie ludzie, patrzą z pogardą. Chce mi pomóc starszy pan. Uśmiecha się. Gdybym była młodsza, chciałby zostać moim mężem. Jego żonka choruje, a dzieci mieszkają za granicą i mają nadzieję, że rodzice nic nie będą od nich chcieli. Dziękuję temu panu.

 

Wypełnia siatkę ziemniakami, nieszczęściem. Dzień jest tylko dniem. Noc jest spowita w pyle nocy. Kto ciebie widzi? Nikt. Ziemniaki trzeba obrać, obierki wrzucić do śmieci, bioodpady. Nie zapominaj, że to nie plastik. Otwiera też czekoladę, zrobi sobie kawę. Czekolada jest nie taka, jaką sobie wyobrażała. Ziemniaki za to pora wrzucić do zlewu, obrać dokładnie. Obiera ziemniaki. Skórki wpadają do zlewu. Kogo to obchodzi? Nikogo. Ziemniaki są martwe, pieniądze są martwe. Ziemniaki zebrane, ich zadaniem jest nakarmić twoje ciało. Co do ziemniaków? Buraki, kapusta kiszona, kwaśna? Może słodka, może bardziej kimchi?

Ziemniaki wpadają do zimnej wody. Pora włączyć gaz, niech się gotują. Koniecznie w osolonej wodzie, To jest takie realne, takie empiryczne.

 

Wypłata. Ziemniaki, chłód. Liście, chodzisz po liściach i czujesz. Ziemniaki gotowe, odlewać wodę. W formie puree? Trzeba dodać dużo masła i utrzeć. Może śmietanki? Doprawić. Doprawić swoje nieszczęście w kosmosie. Popatrzeć na obcych ludzi, którzy idą do sklepu, do pracy, słuchają radia, oglądają seriale, filmy. Czekają w kolejce do lekarza. W szpitalu czekają, aż na świecie pojawi się kolejny człowiek, który, kiedy uzyska świadomość, zacznie jeść ziemniaki. Spojrzy na swoje istnienie.

Potrawa gotowa, co do tego: ryba, mielone, a może kotlet z tofu. Wieczne złudzenie, że ziemniaki są czulsze niż twoje nieszczęście. Spożywam ziemniaki, samotnie. Po co dodatki? Patelnię trzeba zabrudzić. Gdyby wejść do wnętrza tego brudu, co z naszym brudem? Jesteśmy ukryci jak ja.

Płacę szczęściem, słowami, które ktoś nazwał. Czemu szczęście to np. nieszczęście.

Czy Bóg wie, kiedy czujesz szczęście? Czy Bóg chce twojego szczęścia, czy karmi się twoją rozpaczą?

 

Resztki obiadu wrzucasz do śmieci. To co niezjedzone jest okropne. Twoje oczy nie lubią patrzeć na śmietnik. Trzeba wyrzucić, zanim smród realności otoczy cię. Śmietnik to TY. Cząstka ciebie, której nie lubisz. Śmierdzisz realnością, wydzielasz pot z rozpaczy.

Zrobił się wieczór. Wieczory bywają chłodne, pogoda markotna. Pogoda na kawę albo herbatę z imbirem. Może czas poderwać kogoś?

Ona czuje realność. Patrzy przez okno, a tam obcy, obcy ludzie. Tacy jak ona? Inni? Zarabiają więcej, ale jęczą wieczorami, bo wiedzą, że nie o takie istnienie im chodziło.

Anna Czyrska (ur. w 1985 r.) — pisarka, eseistka, z wykształcenia familiolog. Mieszka we Wrocławiu. Publikowała m.in. w: „Cegle”, „eleWatorze”, „Formacie Literackim”, „Migotaniach”, „Wyspie”. Autorka tomu wierszy Zero (2008) i powieści Level Empire (2010).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści