Skip to content

PAWEŁ NOWAKOWSKI

R3

— Mamałodyga Indyka wykafelkowała bełkot słowny o jakimś przybliżeniowym oziarnieniu ocznym tulipanowca niecebulastego, jeno zacerowanego. Nici, a właściwie kordonkowy powój turkusowych włókien, kłębił się i zawijał jak zawilce na wiosnę na wskazujących palcach wszelkich rąk i nóg, komplikując wzory cer i układ niescalony kodów pręgowych maksymalistycznych cen brutto. Z Indyka finansista był żaden, wiedzę miał w antyrewerencji, a respekt przygniatał lewym pośladkiem, siedząc na ukos na sosnowym zydelku, kupionym onegdaj w kurniku w Kórniku. Dlatego preferował duże kamienne grobowce, z kamienia, szlamu i antykwarycznych kakaowców, rosnących tam, gdzie przed wiekami był biegun północny, a teraz jest znakomita i zasłużona dla merytorycznych stosunków i interdyscyplinarnych pogwakrów o guzikach z pętelką plaża, gdzie rudowłosi mężczyźni giną co noc, a tomiki poetyckie spalają się co dzień, w południe. Mastaby pełne szyfrów kuer Indyk zostawił w e-gipsaturach pianki metropoliuretanowej, bo udał się on mamałodydze jak rzadko na twardo kto, o co miały do niej wysublimowane pretesjonalności konkubiny niemieckościowych demonów i utrzymanki sportsmenów zajmujących zawsze trzecie miejsca, gdy jurorowie wstrzymują się od obsadzenia miejsca drugiego, a pierwsze zajmuje, jak zawsze, cesarz Otton III i pół. Obszary kontrolowane przez plemię Sylikonów z ponadregionalistycznego obszarnictwa zjadaczy ciupów…

— Zaniechaj wydawania niezawinszowanych nieapetycznych dźwięków. Bądź jak sztil na lunie, dopóki nie lunie wielostrumieniowy prepalikon z magazynierii dociśniętej myślą, śniegiem i odchodami dropów siodłatych i dzioborożeców rybackich. Bo wiesz o co cho?

— Tak wiem, tak wiem… Śpiewał o tym zespół Nic I Cokolwiek na swojej drugiej płycie, w zafrasowanym hicie o wojnie ptaków i nieptaków, o zbuki i strefy średnich napięć. Pamiętam, jak przewodniczący ansamblu, wystrzeliwując w nadprzestrzeń sceny i w zahipnotyzowane audytorium hipopotamcze entuzjastów brygady, roztwory ustrojowe paznokieciów i przetłuszczonych włosiennic na plecakach, zawodził: „daj mi szlam / daj mi miksturę z wnętrzności Karola Wielkiego, Herszta Rostworowskiego / tego złoczyńcy, pesymisty i dekadenta / niech spłonie mi czapka i spodnie / tak cię kocham Pawianno, moja panno”…

— Nie sądzę aby to tak szło. Raczej: „dokolutka szłam / daj mi miks ciągoty Karola Młota do Her Storii / tej składnicy złomu, pestycydów i delikatesów / niech pochłonie mnie czerep i kremowy wycieruch / tak cię kocham Pacanie, mój zmilitaryzowany tępaku”…

— Raczej: „szłem pod górę / miałem ciąg na Karolę Abigail Amazonkę Hohenzollernową / tego składaka z rodziny wigrowatych, drezynowców i lajkonikowatych / niech będzie pięknościowo w czereśniach i kredensowych pantalonach / tak cię kocham Przemarszu Wojsk, mojo defiliadio”…

— Kubistyczne szanty mają to do siebie, że w każdym języku opowiadają o innym the best bestialstwie, bo szczepy rozporządzają kolizyjną wrażliwością, a pamięcią żonglują jak rezydencjami zabitego gacha czy radiowymi znajomościami: ktoś słuchał, ktoś spał, inny ktoś zapłacił za koncesję lustrowania zwierciadeł. Ale nie jestem pewna, może słuchałam, może spałam, może spałowałam tremo.

— Gdzieżeś była, gdy rozdawano pamięć? Przecież pod akademik wydziału ceremoniałów koronizacyjnych, tych pulpetów z etykiety i kałcjonalości kaucyjnej, zajechała bryka pełna przedsięwzięć, podjętych i wyimaginowanych, medialnych i spiskowatych, ustanowionych i konfabulacjnych, starannych i stettińskich, wielkich i konusowatych, kreujących się i niedorozwojwych, po prostackiemu: różnościowych. Mogłaś przymierzyć, pospacerować, obrócić się obcasowości, obsceni i obojniactwie, przebiec po nocnej esplanadzie, dziennym zadeptanym deptaku, polecieć na łono Abrakadabry i wrócić na lodowe rozgrywki z gryfem gitary herbu pietruszka. Mogłaś mieć wszystko, uroczystą kolację we troje, imperium autorytetów, folwark olbrzymów, aprowizację biedy, bezoczekiwanie na kiwanie się po obu stronach prawdy, świadomość królewskiego oliszowania wykwitów, kwity na utrzymanie się w zneutralizowanym sprzeciwie, darowizny od zwidzeń i omamów imamów, konsternację energii w bezprzewodowym milczeniu… Ale nie.

— Kafelkujesz oscypkiem niczym cesarz tylżycki narodu pięciu analizatorów.

— Kafelkuję. Jak fszyskie luźnie charakteryzoria.

— I niech tak zostanie. Po wsze sekundanty.

Paweł Nowakowski — ktoś twierdzi, że glazulerium, ktoś inny, że fugowium. Na razie jest to, co jest, a będzie czenarium prostokątowe na sufitoskłonie.

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści