Skip to content

PAWEŁ ALBO POCZYTALION

Styczeń ‘26

 

1.

Uznanie dla Janusza A. Zajdla (1938-1985) — takie prawdziwe, bez protekcji, że niby pisarz s.f., więc można go ważyć lekce — przyszło dopiero po jego śmierci. Owszem, ceniono go i za życia, ale raczej za aktywność, pomysłowość i popularność, czasem tylko — i z biegiem lat — za odwagę wejścia do nurtu społeczno-politycznego, mało wówczas znaczącego w polskiej fantastyce.

Miał Zajdel i tego pecha, że pisał w czasach Stanisława Lema, a więc nawet jego najlepsze książki — choćby Cylinder van Troffa czy Limes inferior — mierzono miarą autora Solaris czy Edenu. Skazywany był więc z góry na drugorzędność, albo i powielanie Mistrza. Choć różnicy między nimi były widoczne; Lema interesował człowiek, nasze ja wobec wyzwań przyszłości, Zajdla raczej społeczeństwo, ludzie.

Dopiero śmierć pisarza, zdecydowanie przedwczesna, w wieku raptem czterdziestu siedmiu lat, otworzyła oczy wątpiącym w jego kasę i oryginalność. Co było zresztą łatwiejsze w latach osiemdziesiątych, u zmierzchu PRL. Kiedy jaśniej można było interpretować i odczytywać przesłania jego książek.

Zaczęła go więc otaczać sława zapoznanego profety — jako krytyka świata „realnego socjalizmu”. Tak czy owak dostrzeżono też po prostu, że odszedł twórca niedoceniany i mimo wielu wydanych dzieł — niespełniony chyba. Przemiany w Polsce otworzyły zresztą nie tylko oczy, ale i usta — admiratorom i komentatorom tych dzieł; o książkach Zajdla zaczęło się pisać jako o niedoszacowanej sferze polskiej literatury współczesnej, popularnej, nawet rozrywkowej, a przecież ambitnej, prawdziwie zaangażowanej społecznie.

Co było prawdą, bo i po latach widać, jak w książkach autora Całej prawdy o planecie Ksi przemycana bywa cała prawda o Polsce Ludowej, lecz z drugiej strony uproszczenie, bo pisał Zajdel nie tylko (nie tyle) o Polsce pod władzą jednej partii, ale o mechanizmach totalitaryzmu i dyktatury w ogóle, jej przejawach i symptomach stale obecnych w historii naszej cywilizacji. Ostrzegając przed naiwną wiarą w postęp, a przede wszystkim przed doskonalącą się technologicznie propagandą, która, posługując się argumentami dobra, złej zwykle sprawie służy. A wciąż unowocześnia narzędzia służące jej do manipulowania ludźmi.

I trzeba przyznać, że był tu Janusz A. Zajdel czujnym i bystrym obserwatorem, ale też mądrym analitykiem swojego czasu, umiał też wyciągać z tych obserwacji uniwersalne wnioski i trafne prognozy na przyszłość.

Jego najlepsze powieści, do których — prócz wymienionych — można zaliczyć Wyjście z cienia czy Paradyzję, powstały kilkadziesiąt lat temu, a wydają się bardzo aktualne, szczególnie właśnie teraz. Niekoniecznie tu i teraz, lecz świat kręci się szybko, w różnych miejscach przeżywając na nowo to, co w innych przeżył już dawno, krwawo i głupio. Może, gdyby czytano tam Zajdla…?

No cóż, niewiele by to pewnie pomogło. Zwłaszcza w dobie AI, ale też — i po prostu — masowej dezinformacji w ramach cyfrowych wojen informacyjnych toczonych ponad naszymi głowami. Choć coraz częściej za naszą wiedzą i z naszym udziałem.

Wielce jest więc uzasadniony patronat Janusza A. Zajdla nad najważniejszą w Polsce nagrodą dla pisarzy s.f. Tym bardziej że honorowani nią bywają ci właśnie autorzy, którzy — jak on — podążali drogą krytyków cywilizacji, zbyt w sobie zakochanej, by dostrzec, że w lustrze widzi potwora.

Można się pocieszać faktem, że nie słabnie popularność książek Zajdla, o którym mówiono, że był „prekursorem nurtu fantastyki socjologicznej”; wciąż są wznawiane, a nagrane na ich postawie audiobooki, często w postaci rozbudowanych inscenizacyjnie słuchowisk, mają wciąż nowe rzesze fanów. Jest widać w Zajdlu coś ponadwymiarowego, co pozwala jego prozie bronić się przed mnożącymi się jak zombi wizjami innych, coraz to śmielszych w swojej mrocznej wyobraźni pisarzy.

Choć może za tą jego niesłabnącą w kraju popularnością stoi też specyficznie polska, zakorzeniona w rodzimych doświadczeniach percepcja tej przyszłości, jakże podobnej do naszego dnia dzisiejszego? Coś, co można by porównać do pośmiertnej sławy Stanisława Barei w polskim kinie, choć po PRL zgasły już ostatnie neony…

Postanowiłem to sprawdzić — dziś, bo choć tom Relacja z pierwszej ręki — najobszerniejszy zbiór jego opowiadań — ukazał się już dość dawno, w roku 2010, to sięgnąłem po niego teraz, gdy pojawił się wersji audiobookowej (2024). Skuszony i tym, że to faktycznie przekaz „z pierwszej ręki”, jako że przygotowała ów wybór żona pisarza, Joanna Zajdel-Przybył.

A opowiadania autor Limes inferior pisał i publikował przez całe życie, od debiutu po lata ostatnie. Wydał też kilka ich tomów. I choć to nie one, lecz powieści, przyniosły mu największe uznanie, to właśnie owe short stories były ścieżką wytyczającą szlak główny jego pisarstwa. Ścieżką, na której stawiał pierwsze, próbne roki, sprawdzając, dokąd, jak daleko, i w jakiej formie będzie mógł nią dojść.

Sprawdziłem i… niestety, trochę żałuję. Zajdel nie jest Vonnegutem. Jego opowiadania s.f. nie dorównują większym formom, jak było to w przypadku amerykańskiego autora. Oryginalnością nie grzeszą, a słabe są też literacko.

Nie specjalnie więc dziwi, że żadną z tych ścieżek nie zaszedł daleko. Opowiadania z Relacji… sprawiają zresztą wrażenie wprawek raczej, niż świadomego poligonu, na którym testować będzie autor większe fabularne operacje.

O ile zresztą ton powieści Zajdla jest bardzo serio, nawet tam, gdzie towarzyszy mu ironia, to opowiadania brzmią jak forma pośrednia między groteską a humoreską. Trochę tu Lema, ale i Strugackich, najmniej chyba Vonneguta, bo też jako autor opowiadań s.f. mało był wtedy u nas znany.

Owszem, ma Zajdel pomysły i śmieszne, i przewrotne.

Jak choćby w historii o planecie, na której żyją istoty hybrydy — z dwóch istot złożone. Jedna to rasa krzepkich w barach, ale mających małe mózgi, drugą stanowią jajogłowi mądrale, którzy siłaczami rządzą, lecz sami kroku zrobić nie potrafią..

Ot, widoczna krytyka rzeczywistości PRL, w której „klasa umysłowa” korzysta z dźwigającej ją na swoich barkach klasy „robotniczej i chłopskiej”. Tylko czy ta „umysłowa” była wtedy rzeczywiście w tak luksusowej sytuacji jak mózgowcy na planecie Zajdla? Nie wiem. Może gdyby to przenieść na grunt myśli marksistowskiej, o tych, co to mają narzędzia produkcji (kapitalistach), i tych, którzy sami są narzędziami (ludem roboczym)? No, ale Zajdel nie czuł się chyba marksistą.

Na jego plus rzec można natomiast, że choć dostrzegał tę symbiozę pasożytniczą w każdym właściwie społeczeństwie — nie popadł w naiwność szlachetnego buntu. Przeciwnie, wyśmiewał rewolucję mięśniaków przeciw mózgowcom, bo w jej wyniku okazywało się, że jedni bez drugich żyć nie potrafią. Ba, dwuistnienie, choć podszyte wyzyskiem, jest na korzyść obu istot w… istocie.

Niestety, większość opowiadań zebranych przez Joannę Zajdel — drukowanych już, ale rozproszonych po różnych wydawnictwach i czasopismach — to tylko podobnego rodzaju „koncepty” socjopolityczne, oraz próby ufilozofowania, że tak powiem, prawd, które przez minione dziesięciolecia ukazane zostały w literaturze i filmie ciekawiej, pełniej. Cóż, pisał Zajdel przed erą robotyki, jego wyobrażenia o przyszłości technicznej Ziemi rażą też powierzchownością, szkolną wiernością nauce „rakietowego” świata; jakby trudno było mu — w tych niewielkich formach — przekroczyć granicę, za którą myśl nie jest już tylko pączkującym z rzeczywistości ciągiem dalszym, lecz niespodziewaną alternatywą, czymś odkrywczym. Mówiąc po prostu: Zajdel porusza się w tych małych prozach w starych dekoracjach, rekwizytorni archaicznego s.f. lat 60. i 70.

Owszem, akurat on — z wykształcenia fizyk (jądrowy!) — często i gęsto korzysta ze swojej naprawdę imponującej wiedzy naukowej, pełno tu więc detali i szczegółów działania takiej czy innej maszynerii, mnóstwo refleksji matematycznych, chemicznych czy biologicznych analiz. Tyle że nauka współczesna poszła w zupełnie innym kierunku niż to, co przewidywał, cyfryzacja i automatyzacja przegoniły fizykę i inne tradycyjne dziedziny nauk technicznych tak, że Zajdel przypomina tu czasem bystrego ucznia z końca XX wieku, który obudził się w przyszłości, gotów sięgać po kalkulator, ale zdumiewa go świat, w którym to algorytmy znajdują mu żonę, a sieć komórkowa obsługuje bank i zamawia mu obiad,.

Skalę, a może raczej charakter pomyłki, która przydarzyła się Zajdlowi w opowiadaniach, najlepiej oddaje właśnie — swoim metaforycznym sensem — tekst o pewnej wyprawie na orbitę Saturna, skądinąd najdłuższy chyba w tomie. Bez logicznej przyczyny zresztą, jako że zaczyna się to od naiwnych w swoim kształcie rozważań nad kształceniem astronautów. I taki właśnie młody kandydat na zdobywcę kosmosu skierowany zostaje na nauki do pilota-profesora, który w stacji na owej orbicie potajemnie eksperymentuje z… królikiem. Chcąc go uczynić radioodpornym. Efekt? Wyhodowuje mutanta, jakiegoś barano-psa… Nie tędy droga, ludzkości! Zdaje się nam mówić — ze śmiechem — Zajdel. Owszem, nie tędy. Tyle że dawno już poszliśmy inną. Nie tylko w naśladowaniu natury. Bo w dzisiejszym świecie, ale i w prozie s.f. Co innego nas dziś bawi, czego innego się boimy, bo też inne nam też grożą niebezpieczeństwa…

Relacja z pierwszej ręki okazała się spóźniona i zbyteczna. Dobrze, że po Januszu A. Zajdlu pozostały powieści.

[Janusz A. Zajdel, Relacja z pierwszej ręki, Niezależna Oficyna Wydawnicza Nowa, Warszawa 2010 / Wydawnictwo Aleksandria, 2024]

 

2.

Wielki marsz wydał Stephen King pod pseudonimem Richard Bachman. Podobno dlatego, że była to jedna z jego pierwszych powieści (pisana pod koniec lat 60. XX w.), wcześniej nieopublikowana, a choć dał ją edytorowi już jako sławny Stephen King, więc z satysfakcją, że jego na wierzchu, to nazwisko ukrył, niezbyt widać pewny, czy odrzucana kiedyś w wydawnictwach książka dorówna jego aktualnej sławie. Dorównała na tyle, że nazwiska Bachman użyczył jeszcze czterem kolejnym. Tak samo jak życiorysu fikcyjnego Bachmana, który starannie opracował, a zakończył przedwczesną śmiercią tegoż w roku 1982.

Nie jestem fanem prozy Kinga, więc nie mam pewności, czy Bachman był mu potrzebny wyłącznie jako przykrywka dla usprawiedliwienia swojej „rosnącej produkcji” literackiej — czego się ponoć trochę wstydził — ale wiem, że w takim przebraniu mu do twarzy. Ponieważ sięga nie tylko po różne życiorysy ale i gatunki literackie. Modne, a jakże, bardzo. A więc horror, thiller, science fiction, political fiction, kryminał czy fantastykę jako taką. Najczęściej zresztą łącząc poszczególne z nich, a całość ubierając w szaty literatury spod znaku Kafki, gotyckiej prozy angielskiej lub amerykańskiej powieści w duchu Faulknera czy McCarthy’ego. A robi tak po to, by trafić do większej liczby czytelników, kochających takie hybrydy.

Trzeba zresztą powiedzieć, że w tych hybrydach bywa King mistrzem, dostarcza bowiem markowej rozrywki, ale i zręcznie wpisuje się w dobry, klasyczny styl wybranych gatunków. Umie pisać ciekawie, a choć korzysta z zapożyczeń, bawi się gatunkami, ale i przygląda się światu. Tropiąc ukryte w nim lęki i obsesje, a w efekcie odnajdując stare, okrutne zasady rządzących nim mechanizmów.

I wyciągając z tego wniosek, że ów świat — ludzkość — się nie zmienia. Mimo pozorów postępu, a może i wtedy najbardziej, gdy się nam wydaje, że jesteśmy przywiązani do tak zwanych tradycyjnych wartości. Dlatego smak prozy Kinga poznajemy na ogół w typowo amerykańskim opakowaniu, niby piwo prosto z butelki, burgery na wynos albo jajka z bekonem w barze przy szosie.

Właśnie wtedy jest bowiem najlepszy, gdy za scenerię swoich powieści i opowiadań bierze kraj ojczysty, dokładniej zaś tę typową, znaną z własnych mitów — i cudzych stereotypów — Amerykę. Prowincjonalną, małomiasteczkową, wiejską. Trochę też prymitywną, mimo wygody życia i wszechobecnych samochodów. Nie bez kozery też akcję swoich książek tak często umieszcza w czasie jakby zatrzymanym, bo to niby przyszłość niedaleka, ale i dziś, a może nawet trochę wczoraj. Bo uwielbia Stephen King amerykańskie lata 50. i 60. XX wieku, epokę new dealu, z jego rodzącą się zamożnością, plebejskim apetytem i ekspansją popkultury.

Wielki marsz — choć dzieje się w przyszłości w takim właśnie „amerykańskim” czasie zda się przebiegać. A King odwołuje się w nim do typowych dlań wzorców fabularnych, znanych z amerykańskiej literatury i filmu („kino drogi”).

Są to opowieści o ludziach przemierzających wielką przestrzeń Stanów Zjednoczonych, by coś osiągnąć, ale głównie po to, by coś zostawić za plecami. Wędrowców zmierzających do jakiegoś celu, choć to nie on jest dla nich najważniejszy. Pokonujących milę za milą przez peryferie i pustkowia, których symbolem są drogi ciągnące się po horyzont. I doznających w tej wędrówce wielu przygód, które przynoszą nie tyle sukces, ile gorycz poznania, wynikającą z brutalności świata oraz iluzoryczności sielskich, rozległych jak USA krajobrazów.

Nie wiem, może King wydał tę powieść pod innym nazwiskiem i dlatego po trosze, by odwrócić czytelniczą uwagę od samego siebie, czyli swojej skłonności do wytwarzania niesamowitego, przerażającego klimatu wśród świata rzeczy zwykłych. Bo w Wielkim marszu chciał nie tyle bawić, ile być Salingerem czy Faulknerem, a więc kontynuatorem tego nurtu współczesnej powieści amerykańskiej, która komentuje charakter Ameryki jako takiej.

A Wielki marsz to rzeczywiście zjadliwa, okrutna satyra na świat — jakże amerykański świat — w którym zabawa służy manipulacji człowiekiem, a bywa że i jego poniżeniu, zniszczeniu. Degradacji człowieczeństwa jako takiego i wydobyciu z ludzi nie tyle zwierząt, ile ich własnych, najgorszych cech. Ludzkich w sposób bezlitosny, jak zawsze wtedy, gdy żądza życia łączy swoje siły z cynicznie, egoistycznie działającym umysłem, aby JA mogło przeżyć. Wygrać z innymi JA.

King nie jest oczywiście odkrywcą tego nurtu w popkulturze. Przeciwnie, w ostatnich latach pełno wokół gier w stylu „igrzysk śmierci”. Nie bez kozery zresztą ekranizacja Wielkiego marszu, która niedawno trafiła na ekrany (co pewnie stało się przyczyną kolejnego wznowienia powieści po polsku, a od jej premiery w roku 1992 minęło wiele lat), jest autorstwa Francisa Lawrence’a, reżysera filmów z cyklu Igrzyska śmierci właśnie. Cóż, żyjemy w świecie gier, a w świecie gier nie ma litości.

Ale Wielki marsz Kinga odwołuje się nie tylko do teleturniejowej kultury USA, ale i do coraz popularniejszych dziś na całym świecie rywalizacji w tzw. sportach wytrzymałościowych: kto dobiegnie najdalej, kto wytrzyma najdłużej, kogo samochód doścignie na końcu, w sumie zaś — kto przetrwa całą resztę.

Opowieść, stanowiąca kanwę powieści — o grupie z różnych stron pochodzących chłopców-nastolatków, niby to ochotników, a i zwycięzców swego rodzaju egzaminu poprzedzającego uczestnictwo w Wielkim Marszu — jest bowiem czytelnym nawiązaniem do tych wszystkich gier i sportów, w których zawsze „najsłabsze ogniowo” odpada.

Chłopcy wyruszają w niekończący się wyścig bez mety, w którym zwycięzca będzie tylko jeden, ten, który zostanie na trasie aż do nieprzewidywalnego końca, ale nie wiedzą (nie chcąc wiedzieć, dopuścić do swej świadomości — to akurat jest dość niejasne w książce), że ich słabnący na trasie koledzy i rywale będą skutecznie eliminowani przez towarzyszących wyścigowi żołnierzy. Mówiąc wprost: zabijani.

O ile zresztą sceneria książki (i filmu), jej realia społeczno-obyczajowe zdają się wskazywać na jakiś nieokreślony czas przeszły, o tyle wygląd i uzbrojenie żołnierzy, oraz parę innych detali, ma nam uzmysłowić, że to wszystko dzieje się w jakimś nieokreślonym tu i teraz, może jeszcze nie dziś, ale już jutro.

I tu, mam wrażenie, najważniejsze przesłanie książki Kinga. Wielki Marsz, owszem, przypomina współczesne gry i zabawy, coraz bardziej okrutne i brutalne, ale że są one też coraz jawniej ludyczne, masowe, dostrzec w nim można i źródło owych zabaw i gier. Ukryte w podświadomości człowieka, w mrocznych trzewiach naszej cywilizacji. A tym ukrytym jest ekscytacja, której doznajemy, obserwując czyjąś walkę o życie. I śmierć. Im brutalniejszą, tym lepiej.

Czym innym były publiczne egzekucje, w których brały i biorą udział tłumy, w tym kobiety i dzieci? A nasze hazardy, które towarzyszyły turniejom, na których jeden z uczestników ginął, czy to nie ten sam typ rozrywki? Przejawiający się dziś w rosnącej popularności „sportów walki”, w których regułą są krew i bicie leżącego.

Polski czytelnik Wielkiego marszu mieć też może, niestety, inne skojarzenia. Z czasem II wojny światowej. Ileż nam zostało relacji o potwornościach różnych „gier i zabaw”, jakie wymyślali okupanci — swoim ofiarom, jeńcom obozów chociażby. Pseudobokserskie pojedynki, w których pokonany ginął — albo na „ringu”, albo od kuli. Ale i takie wyścigi jak ten w Wielkim Marszu, w których strzelało się do ludzi, gdy tylko ustali w pracy, w biegu, upadali na mrozie, na niekończących się apelach…

Stephen King niczego więc nie wymyślił. A tylko ubrał w kostium amerykańskiej kultury to, co dobrze — u nas na pewno — znajome, lecz zapomniane. Jego powieść jest więc ostrzeżeniem i z tego punktu widzenia. Przychodzą czasy — mówi — gdy nasze odwieczne skłonności do zabijania łączą się z wieczną potrzebą „zabawy” innym, drugim człowiekiem.

Strzeżmy się takich czasówek. Strzeżmy się siebie!

A jak to jest w książce zrobione, jeśli ocenić samą jej wartość literacką? Otóż nieźle, lecz… bez fajerwerków. Akcja przebiega dość przewidywalnie, choć ma swój klimat. Mrocznej, fascynującej historii, której niecodzienna codzienność ma w sobie coś z makabrycznej metafory walki o życie w ogóle.

Może tylko sylwetki poszczególnych bohaterów narysowane są zbyt schematycznie — zgodnie z zasadą: był sobie American Boy, dobry albo zły, a na ogół taki i taki zarazem — no i finał, niestety, rozczarowuje. Pod wieloma bowiem względami — fabularnym („kto wygra” łatwo się domyślić), a i literackim (zabrakło pomysłu na rozsadzenie schematu gry jakimś własnym, burzącym wszystko bum!, które samej grze zaprzecza?), jawi się tyleż poetycko, co banalnie. Cóż, King pisał swą pierwszą książkę z respektem dla poprzedników, ale i nadzieją na sukces. Przede wszystkim jednak bez doświadczenia, które zdobył dopiero jako stary Mistrz.

[Stefen King (Richard Bachman), Wielki marsz, Prószyński i S-ka, Warszawa 2025]

Paweł Albo Poczytalion (ur. w 1965 r. w przysiółku Szczecin Dąbiego) — z wykształcenia ornitolog. Mieszał w Kantucky i Bismarck (Niemcy), dziś: Niezbyt Dobra koło Szczecina. Miłośnik starej Broni (imię psa, dokładniej: suki). Publikował w prasie krajowej, polonijnej, milenijnej i codziennej („Głos Louisville”, „Głos Pomorze”, „Kurier Szczeciny”), magazynach poświęconych niezdrowemu żywieniu („Piwariat”) i pismach literackich (m.in.: „Czas Chałtury”, „Nestor”, „Wsypa”, „Faza”, „Kwartalnik Artystyczno-Krytykancki”). Wydał m.in. wiersze i epitety Życie skocznikiem (2007), powieść ontologiczną Wandalizm. Motyw kobiecego samobójstwa w poezji współczesnej (2013) oraz wszystkie oszczędności z konta dolarowego w PKO S.A.

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści