KAROL SAMSEL
Praktyki. 12
środa, 25 lutego — wtorek, 3 marca 2026
W oczekiwaniu na taksówkę z uniwersytetu do domu, by uniknąć zimna, wstąpiłem wraz z Łukaszem do środka Wydziału Prawa i Administracji, gdzie w czytelni wydziału znalazłem kilka interesujących publikacji — o prawie kosmicznym, cyberodporności, a także prywatyzacji więzień. U Zuzanny Kulińskiej-Kępy czytam między innymi: „brak w prawie międzynarodowym spójnej definicji pojęć astronauty, załogi czy turysty kosmicznego”. Odsyła mnie to do odczucia, że my również nie mamy spójnej, międzynarodowej definicji pojęć literatury, gatunków, kultury oraz filozofii. Skutkuje to tym, że tracimy całkowicie wszelką jurysdykcyjną moc, a także szanse twórcze na taką juryspowieść, juryspoemat, dykcję jako jurysdykcję i idiom jako jurysidiom. „Jesteśmy niewolnikami wolności” — to, uważam, jedyne więzienia, do których warto się zaciągać, wpierw oczywiście rozważywszy pojęcie samego „zaciągania (się) do więzień”, „(pospolitego) ruszenia do więzień” czy — „powoływania do więzień”. To ostatnie naturalnie wchodzi w grę przy pojęciu więzienia po prywatyzacji, gdzie tradycyjna zazwyczaj prizonizacja może jednakże oznaczać coś innego — dla przykładu — prizonizację w wolności, by nie powiedzieć — prizonizację w wolności radykalnej.
Adrian Sinkowski pojawia się w środę na promocji Cairo Declaration w „Retrospekcji” i (tak jak widzę) przysłuchuje się książce z uwagą, zwierza mi się z tego, że planuje ją zrecenzować, myślę: zapewne dla „Wyspy”. Przygotowuję się do spotkania, dokonuję autoanaliz — właściwie wszystkich, poza jednym — wierszy z pierwszej części poematu, Nobel dla dziecka. Cairo Declaration wypełnione jest fikcjami spekulatywnymi wykorzystywanymi do celów, jeśli można tak powiedzieć, medytacyjnych. Fikcje spekulatywne w celach medytacyjnych, to właśnie to, w czym rzecz, „kamp i żart”, dodaje Adrian, czym również uwalnia odrębną przestrzeń do refleksji — podkreśla, że nie ma w pokoleniu trzydziesto- i czterdziestolatków nikogo, kto uprawiałby taki erudycyjny i metafizyczny kamp, sam Zadura do współczesnej sytuacji cywilizacyjno-kulturowej już nie wystarcza. Myślę, że można tu mówić o kampie filozoficznym, kampie medytacyjnym, kampie metafizycznym — i to jest wielka siła Cairo Declaration, że pokazuje jak filozofować kampem — erudycyjnym kampem, czy kampową erudycją. Jedną z najważniejszych jest w tym poemacie spekulatywna fikcja noblowska, co zresztą widać po tytule pierwszej części, Nobel dla dziecka.
Funkcja medytacyjna wymaga może nie tyle unieważnienia, ale umniejszenia, a być może wręcz degradacji klasycznej dla poetów — Jakobsonowskiej funkcji poetyckiej — to nieuchronne, jeśli chce się uruchomić funkcję „ponad funkcjami” (przypomina mi się tutaj Maćko nad Maćkami, we wtorek omawiałem Pana Tadeusza ze studentami), więc funkcję medytacyjną. Funkcja medytacyjna jest dla mnie — nazwijmy ją może: ponadestetyczną — ponadestetyczną harmonizacją, dobrze dopasowaną, przemyślaną i opracowaną, integracją funkcji poznawczej, funkcji fatycznej i funkcji metajęzykowej… Chodzi o harmonizację właśnie tych części dzieła, które odpowiadają za to, co Jakobson nazywa kontekstem oraz kontaktem, wreszcie także kodem. Wszystko to zamiast samej estetycznej dbałości o komunikat, bez większej troski o ekwiwalencję i wybór, związanej z funkcją poetycką, która jest dla mnie drugorzędna, a niekiedy — przy silnych harmonizacjach — trzeciorzędna, ustępując tutaj samemu centrum surowego, nagiego wiersza.
Mój problem z funkcją poetycką polega przede wszystkim na tym, że każdy będzie pojmował zupełnie co innego, ale wmawiać będziemy sobie nawzajem, że doskonale się rozumiemy, wytwarzając przy tym zafałszowane kanon oraz tradycje. Z funkcjami poznawczą, a także fatyczną i metajęzykową to, co wcześniej było rozumiane samo przez się naraz przez wiele osób, zostaje w końcu potwierdzone wspólnotowo przez rozumienie siebie nawzajem. Na spotkaniu wokół Cairo Declaration tłumaczę, że doprowadzić do takiego stanu może tylko medytacja filozoficzno-kulturowa, zaś tekst Długie czytanie „Burzy” Szekspira w Sejmie Rzeczpospolitej uprawnia mnie do jeszcze jednego spostrzeżenia: istnieje coś takiego, jak wyobraźnia metonimiczna, konkurencyjna wobec metaforycznej. Metonimia to zastąpienie nazwy jakiegoś przedmiotu lub zjawiska nazwą innego, pozostającego z nim w uchwytnej zależności. „Uchwytność tej zależności” — uchwytność jako taka, to zatem, co czyni ją tym, czym jest — pobudza mnie najbardziej… Usiłuję metonomizować teologię — tłumaczę w „Retrospekcji”, innymi słowami: szukać dla teologii możliwości wyobraźni metonimicznej, trwam bowiem przy założeniu, że teologia jako nauką jest realistyczną — oczywiście, realistyczną bona fide — staje się w tej sytuacji metaforą, poetyckim rozumieniem nauki jako wiary, w którym poezja wypełnia dogmat, a dogmat weryfikuje się właśnie poetycko, lub metapoetycko…
W pierwszym rzędzie chcę powiedzieć, że zastępuję metaforyczną teologię czymś „bliższym skórze”, mającym jednak wciąż swoje niezatarte teologiczne źródło — to znaczy metonimiczną medytację. To jednak dopiero pierwszy krok. Drugi, to rozluźniam pojęcie metonimii, w którym mowa o tzw. uchwytnej zależności. Niepokoi mnie sens tego całego reachability. Zastępuję zależność realistyczną, czyli uchwytną — nieuchwytną, czyli albo metafizyczną, albo też antyrealistyczną (to nie jedno i to samo). Piszę w Długim czytaniu „Burzy”… o „szlaku handlowym między Chrystusem a Maryją” i „Chrystusem a świętym Pawłem” jako o szlaku między Warszawą a Krakowem i Warszawą a Poznaniem — więc Chrystus pozostaje dla mnie Warszawą, Maryja — Krakowem, a święty Paweł — Poznaniem. Mówimy o zależności antyrealistycznej, czy już metafizycznej? Czy tworzy się tutaj już metafizyka i wyrzutnia myśli staje się wyrzutnią namysłu? Namysłu o charakterze nie tyle intelektualnym, ale już — intelektualno-metafizycznym? Adrian jest zachwycony humorem Cairo Declaration, mówi, że jest nieporównywalny z humorem z Choroby Kolbego, też w wymiarze głębi i treści. Podkreśla, że Cairo Declaration ma swoją własną odśrodkowo-idiomatyczną energię. Książka działa na siebie, w siebie i do siebie, cieszy mnie, że — stworzyłem spoistość od zera i doprowadziłem ją ad libitum, czyli do spójności. To dobra, słuszna i uczciwa koncepcja: wykorzystywać humor do dekonstrukcji mitów, tak samo — chrześcijańskich, jak i islamskich, jak i buddyjskich, jak i ateistycznych, a nade wszystko dekonstrukcji Biblii, jej języka, jej idei oraz formuły Księgi, to również wpisane w ogólny projekt Cairo... Tylko dzięki humorowi metafizycznemu daje się wykorzystać warsztatowo wyobraźnię metonimiczną, a może — teometonimiczną, w celach redefinicji, czy raczej — przeformułowania archaicznego oraz nazbyt estetycznego, czy estetyzującego metafizykę — języka teologii. Właśnie dlatego nie zgadzam się z Wittgensteinem, jakoby „granice języka stanowiły granice mojego świata” — nie — dopiero granice humoru stają się rzeczywistymi granicami, tak, granicami mojego świata. Za pomocą humoru można z powodzeniem przezwyciężyć wittgensteinowskie granice języka… Właśnie takiego humoru szukam — antywittgensteinowskiego, który byłby w stanie rozsadzić cały Tractatus logico-philosophicus…
Powrócę do mocy fikcji spekulatywnych o medytacyjnym potencjale. Jest w moim przekonaniu bardzo niedobrze, jeżeli redukujemy całą ową możliwość literatury, czystą możliwość literatury, do historii alternatywnych, którymi, tak jak Jacek Dukaj, zasilamy powieści fantastyczne: to marnotrawienie potencjału, wyczerpywanie — złoża, które jest tak nietypowe, można wręcz powiedzieć, tak rzadkie i sporadyczne, że drastycznie łatwo zużyć je na rzeczy niewłaściwe. Fikcje spekulatywne winny być wykorzystywane w dziennikach i poematach, a nie zasilać fikcje tradycyjne, takie jak te w powieściach fantastycznych o popularnej alternatywnej charakterystyce, bowiem to czyste marnotrawstwo… Nie tylko przecież z perspektywy filozofa literatury…
Znów parę notatek o epoce, która nadeszła bez naszej zgody. Epoce — jak myślę — chytrych karnawałów i jeszcze bardziej chytrych postów, chytrych głupców i mędrców, chytrych estetyk, chytrych metafizyk, a przede wszystkim chytrego dobra, które bardzo wzburza się, ilekroć ktoś nazywa je cynicznym, ale wciąż można nazwać je — chytrym, a wszystko to, czego nie można nazwać cynizmem, wciąż jeszcze można nazwać inaczej, na przykład chytrością. Tak, w 2025-2026 roku ofiara jest bardziej chytra od swojego kata, a męczennik bardziej chytry od swojego oprawcy. Żyjemy w świecie antycnototwórczym i produkujemy antycnoty w przebraniu cnót — zwłaszcza chytrość i przebiegłość — przebiegli męczennicy i przebiegłe ofiary itd. Naszą nędzę, nasze ubóstwo — kulturowe, warsztatowe i ekonomiczne — pokrywamy konkursami, nasi koloniści wiedzą doskonale, jak wprawić nas zasadniczo w dobry nastrój: nędzarz nie pozna się na swojej żałosnej sytuacji, jeżeli wciąż będzie nagradzany i wciąż dla niego będzie organizowany jeden konkurs za drugim, to zaś nazywam chytrym karnawałem kultury literackiej… Nędza wchodzi w stan chytrego postu, również, gdy pozwala się sterować konkursami, literatura staje się nędzą sterowaną samymi konkursami, tak jak religia staje się nędzą sterowaną dogmatem i katechizmem, ale też w zależności od kaprysu danej społeczności, w kolejności odwrotnej — katechizmem, a także dogmatem.
Traktujemy erudycję jako rodzaj nadgniłego, mimo wszystko — paradoksalnie wciąż bardzo zobowiązującego anachronizmu. To nie jest dobry początek i jeżeli dalej tak będzie, myślę, że w 2060 roku będziemy już mówić o zgniliźnie racjonalnej i zginiliźnie rozumu zdolnego tylko do kasowania niewygodnych faktów ich holokaustem, a w 2110 roku już — opowiemy naszym dzieciom o zgniliźnie autorytetów. Na razie mamy jedynie lekki fetor wprawiający młodych w zakłopotanie i dyskomfort, za chwilę jednak ktoś uzna, że tradycja oraz mądrość, którymi dysponujemy, przypomina niebezpiecznie ulatniający się w naszym europejskim mieszkaniu — gaz… W imię człowieka i tego, co realne i cielesne dojdzie do eksterminacji pojęć, wartości, jakości, imponderabiliów, abstrakcji, treści oraz uniwersalno-powszechnych zakresów znaczeń. Na spotkaniu wokół Cairo Declaration Adrian porównuje mnie z Thomasem Pynchonem, dostrzegając oczywiście zasób różnic, widzi we mnie też samotność człowieka piszącego dla czytelników przyszłości. Najwięcej estetycznej obłudy, uważam, tkwi w estetycznej koncepcji humoru i komizmu, czy też w znieczulających właściwościach czarnego humoru. Wręcz przeciwnie, bo komedia, w tym czarny humor, to czysty typ metafizyki, tzw. praca na szczytach, w takich częściach potęgi, gdzie brakuje już tlenu. Na przykład idea odbudowy Sodomy dla stworzenia Wolnego Państwa Sodoma, na podobieństwo samego Izraela, tak, Izraela, Jerozolimy dla homoseksualistów: wstrząsa to Adrianem, a dla mnie — ewokuje podobieństwa między mną, autorem Cairo Declaration a Jakubem, Izraelem, Abrahamem homoseksualistów, czyli — Homo-Abrahamem („a twoje potomstwo niech będzie tak liczne…”, przecież można tutaj myśleć o Abrahamie jako mistycznym założycielu Wolnego Państwa Izrael, i tak samo też o mnie, jako mistycznym założycielu Wolnego Państwa Sodoma). Fragment o odbudowaniu Sodomy pojawia się w wierszu, Spokojna, zaróżowiona jasność niezupełnie „sfilmowanej” czekolady.
Im częściej to, co literackie definiowane jest przez to, co publiczne, tym bardziej w ogólnym przekroju i zasadniczej głębi staje się tym, co wstrząsająco emerytalne (to znaczy wstrząsające, bo emerytalne). Pomyślmy o emerytalności Ibsena, o literach emerytalnych, słowie emerytury i słowie na emeryturze: „na początku było słowo emerytury, u Boga było słowo emerytury i Bogiem było — słowo emerytury (i emerytura Słowa ponad wszelkimi — słowami). Każde przesilenie jest wypaleniem, wypaleniem przesilenia, a każde wypalenie przesileniem, przesileniem wypalenia itd., na tym polega apokatastaza, być może nawet w mniejszym stopniu niż eschatologia. Ale wróćmy do Abrahama, bo właśnie w nim jest rzecz, jestem Abrahamem homoseksualistów, czy Jakubem Izraelem homoseksualistów — jednak problem w tym, że żyjemy w świecie, w którym Abrahamom, nowym Abrahamom, nowym Jakubom Izraelom — mówi się, że są Kainami, Kainom zaś — że są nowymi Abrahamami i Jakubami Izraelami.
Karol Samsel (ur. w 1986 r.) – poeta, krytyk literacki, filozof, doktor habilitowany nauk humanistycznych, doktor filozofii. Zastępca dyrektora w Międzydziedzinowej Szkole Doktorskiej UW, adiunkt w Zakładzie Literatury Romantyzmu i kierownik Pracowni Historii Dramatu 1864-1939 Wydziału Polonistyki UW, członek Polskiego Towarzystwa Conradowskiego. Laureat nagrody imienia Władysława Broniewskiego (2010) i zdobywca statuetki imienia Wandy Karczewskiej (2011). Redaktor działu esejów i szkiców w kwartalniku literacko-kulturalnym „eleWator”. Mieszka w Ostrołęce. Wydał m.in. tomy wierszy: Dormitoria (2011), Altissimum-Abiectum (2012), Dusze jednodniowe (2013), Więdnice (2014), Prawdziwie noc (2015), Jonestown (2016), Z domami ludzi (2017), Autodafe (2018), Autodafe 2 (2019), Autodafe 3 (2020), Autodafe 4 (2021), Autodafe 5 (2022), Fitzclarence (2022), Autodafe 6 (2023), Choroba Kolbego (2023), Autodafe 7 (2024), Autodafe 8 (2025), Cairo Declaration (2025) i powieść Nie-możliwość Piety (2023).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved