PIOTR MICHAŁOWSKI
Zaginiony w kreacji. Poemat z przypadku
[fragmenty]
Pieśń I [PRZEGLĄD PRASY]
W północnej części Nikaragui
Śmiertelne żniwo huraganu Felix
MANAGUA. Do 38 wzrosła liczba śmiertelnych ofiar huraganu Felix, który przeszedł we wtorek nad północną częścią Nikaragui.Wcześniej w środę podano bilans, mówiący o 21 ofiarach żywiołu. W trakcie poszukiwań odnaleziono dalszych 17. Władze obawiają się, że liczba ta wzrośnie, bo nadal około 80 osób jest zaginionych.W przybliżeniu 9 tys. domów zostało zniszczonych przez huragan, który uderzył w wybrzeże Nikaragui nad Morzem Karaibskim. Felix wiał z prędkością 260 km na godzinę, osiągając piątą, najwyższą kategorię w skali Saffira-Simpsona określającej intensywność huraganów. (PAP)
Po mękach twórczych tytuł się spodoba:
ŚMIERTELNE ŻNIWO HURAGANU FELIX.
Taki więc temat wybieram bez obaw,
że ktoś podważy. Któżby się ośmielił,
gdy rzecz poważna, choć tytuł z gazety
jest przedwczorajszej, w dodatku z niedzieli?
Czemu ten właśnie? Odpowiem: niestety,
głównie z powodu sylab jedenastu,
a najmniej — z troski o losy planety.
„Skandal! — usłyszę — hańba światu, miastu!”
zanim spróbuję jakoś wytłumaczyć,
że nie szukałem taniego kontrastu:
lekkości formy z ciężarem rozpaczy,
bo nikt nie będzie grzebać w światłocieniach,
żeby opowieść zrozumieć inaczej.
Płocha ironia odmienia znaczenia,
a trzeba serio, prosto i z umiarem…
— Właśnie tak nie chcę. Nie będę nic zmieniał.
Dodam: nie opis klęski mym zamiarem,
ale nagłówka uwiodła mnie sztuka,
co retorycznym stała się towarem
i tak bezmyślnie kiełkuje na brukach,
że choć huragan był w Nikaragui,
trzeba go w swojskich landszaftach poszukać.
Tam palmy grzebią ciała pośród ruin,
tu w złotych zbożach śmierć klepie swą kosę!
Miała grzmieć groza, a zapiszczał truizm
z dumnych metafor nadętych patosem.
Więc jeśli coś tu niesmacznie zabrzmiało,
to nie brak więzi z egzotycznym losem,
ale wiadomość, która łączy w całość
temat ze stylem, by wywołać skutek
wrażeń w lekturze. „Felix” to za mało
— zwłaszcza, gdy imię ironią zatrute:
„szczęśliwy kosiarz” — w polu huraganu!
— to już groteska, to jakiś wyrzutek
z krainy baśni! — I tu się zastanów,
czy go nie zamknąć, by uniknąć burdy,
w cyrkowym wozie zamiast karawanu.
Czego wymagać od zbyt lekkich piór, gdy
rozum uśpiony urodził potwory?
Z czterech słów nonsens jeden, dwa absurdy!
(Tyle zliczyłem w tym nagłówku chorym,
których nie dostrzegł umysł dziennikarzy
co z automatu roni metafory,
by mocne fakty w monstra przepoczwarzyć,
gdzie by starczyło proste przedstawienie).
Z braku podpisu — krzyczy głos bez twarzy,
choć pewnie głośniej brzmiałoby milczenie
niż krasomówcze wzloty i przepaście
w cudnym tytule. Reszta jest liczeniem:
dwadzieścia jeden dodać siedemnaście
— trzydzieści osiem! — pasuje średniówka! —
Znów mimowolna groteska w kontraście
chłodnych wyliczeń z wulkanem nagłówka!
Tragikomedia pół-arytmetyczna,
pół-poetycka. W finale wierszówka
zadecyduje. Nie zaboli kicz nad
buchalteryjną trzeźwością dociekań,
gdy triumfuje prawda statystyczna.
Nie sądzę, byś był naprawdę jej ciekaw,
skoro w detale opis za ubogi;
byś spod nich dobył choć szczątki człowieka,
z iskry tragedii mógł wykrzesać ogień;
a potem setkę południków ścieśnić
skurczem empatii — litości i trwogi…
Lecz już za późno. Trzeba było wcześniej.
Teraz bez dreszczy odkładam gazetę.
Dłużej nie mogę. Czyli — koniec pieśni.
Przerywnik 1
Pewnie złośliwie zauważysz, że ten
analityczny nazbyt przegląd prasy
ma same wady, a jedną zaletę:
że już się skończył. Bo ironii kwasy
popsuły gorzki smak wiedzy o faktach.
Pisał dziennikarz, nie poeta-klasyk,
notatkę, a nie tragedię w trzech aktach!
A nim ta trafi na makulaturę,
Ty już odłożysz empatię ad acta.
Choć może nawet krwawiła pod piórem,
o pewnie krótko. Zatamował krwotok
od huraganu silniejszy konkurent:
plotek, sensacji i skandali błoto.
Ja zaś przedłużam o Felixie pamięć
(choć początkowo nie chodziło o to).
Będzie wył jeszcze (lecz w krytycznej ramie),
gdy zmienię temat. Czas na bohatera,
który częściowo niech przemówi za mnie.
Kim będzie? — Nie wiem, lecz muszę wybierać…
Pewnie przypadkiem lub rymu podrzutkiem.
Z dźwięków, nie zdarzeń, złoży się opera.
Pieśń II [WYJŚCIE]
Tu być powinno wprowadzenie krótkie
(choć to, że „krótkie” — znów z rymu wynika),
żeby nasycić z jak najlepszym skutkiem
głodnego fabuł mego Czytelnika.
Znów nie potrafię. (Zresztą nie wiem, czy się
postaci mojej charakterystyka
albo jej dzieje w najkrótszym zarysie
przydadzą komuś, wyjaśnią cokolwiek).
Kim był on przedtem, nim zdążył wyłysieć?
Co robił wcześniej? — Tego się nie dowiesz.
Nie było „wcześniej”! Stwarzają go słowa.
Początek znikąd brzmi: „Był sobie człowiek”.
Jakby w pół życia zaczął żyć od nowa,
znalazł się nagle, chociaż nie zaginął…
Zjawia się ręka, w niej bułka razowa.
Cynamonowe stygnie cappuccino.
Brzeg filiżanki. Tył głowy, pół ucha
i ręka z nożem… Trochę takie kino,
które tło akcji zawiera w okruchach,
w synekdochicznej zagadce detali.
Gdy na łyżeczce pojawia się mucha,
już wiesz: nie zima. A gdy spojrzysz dalej:
za oknem zieleń. Przybywa wciąż świata
przedstawionego. (Możesz się pochwalić
przenikliwością Apacza na czatach!).
Jajko na miękko. Światło na skorupce.
Przez łby kaktusów mechata poświata
matowo — niby w zużytej żarówce
zamyka kuchnię w żaluzji pasiaku,
jakby nie chciała, a za chwilę znów chce
rozdzielać grosze tłumowi żebraków:
przedmiotom barwy, kształt w trzecim wymiarze,
dotknąć, polizać, obnażyć i nakłuć,
wmawiając szklistość, a gdy rzecz wykaże
na blask odporność, wsiąka w zakamarkach,
by w szkle poszukać najmocniejszych wrażeń:
tęczę obudzić w szybie i przez parkan
żaluzji strzelić tuż przy samej ścianie
w złotą kopertę i tarczę zegarka.
Po co ten opis? Starczyłoby zdanie:
„Wschodziło słońce” (reszta zda się pusta),
a potem drugie: „On skończył śniadanie”…
O stylistyczne tu nie chodzi gusta,
bo promień ważną okoliczność wskaże:
w zbliżeniu widać: na zegarku szósta.
Już znasz godzinę wschodu słońca. A że
co dzień jest inna, to odnajdziesz datę,
jeśli posłużysz się tu kalendarzem.
Nie ma potrzeby. Nic nie wstrząśnie światem,
gdy się okaże, że to wtedy właśnie
ktoś wypił kawę z mlekiem czy herbatę…
Rym podpowiada, że za chwilę „zaśnie”,
lecz to poranek, nie wieczór, więc: „wstaje”.
Nad blatem stołu, gdzie świt coraz jaśniej
wyświetla tylko kontur twarzy… A jest
dziesięć po szóstej. Tu zawinił klimat,
że mało widać. Może gdy tramwajem
pojedzie, w oknie wagonu otrzymasz
portret pełniejszy — o tym będzie potem…
Behawioralnie poznaj anonima:
szczoteczka, piana i strumień z gulgotem
uchodzi wirem w śnieżnej umywalce…
Siódemka górna dentystyczny fotel
przyzywa bólem! Ledwie dotknie palcem,
chwieje się wkoło… Choć dziąsło obrzmiałe,
co dzień odsuwa z lękiem w siną dal cel
stomatologii… Tu wcale nie chciałem
patrzeć postaci darowanej w usta,
lecz twarz zobaczyć, która choć jest ciałem,
znaczy tożsamość. Ale tafla lustra,
mimo wysiłku, w tym kącie widzenia,
z którego patrzę, pozostaje pusta…
Wprawdzie nie całkiem — kiedy kąt się zmienia,
z głowy zbliżeniem, już widać z ukosa
ćwiartkę policzka, fragment uzębienia,
centymetr ucha, brew i czubek nosa
nad różem dziąseł, gdzie obrzęk niewielki,
a wyżej połysk — wspomnienia po włosach,
o którym w lustro donoszą kafelki
ciemnozielone z marmuru deseniem…
Dość rysopisu, bo i tak nie wiesz, z kim
masz do czynienia, a wiesz tylko, że nie
wyleczył zębów, nie lubi dentysty
i że wyłysiał. Reszta jest milczeniem
niedopowiedzeń trochę oczywistych.
Niemniej do skrótów są inne powody:
pośpiech postaci i troska artysty,
by nie zanudzić. Żółty szal spod brody
w szczelinie płaszcza. Tu znów ostre cięcie —
zapada klamka, wreszcie: klucz i schody.
Po cztery stopnie. I zakręt na pięcie
z piątego piętra. „Dzień dobry” — z uskokiem.
Ktoś wyszedł z windy, potem z niepamięci:
— Ze sto dwunastki? Sąsiad, co przed rokiem
wprowadził się tam w miejsce adwokata…
Nieważne… — Cztery oddechy głębokie
i na powietrze, gdzie zapowiedź lata:
z nabrzmiałych pąków tryska jasna zieleń
i lśni w świergocie tramwajowa wiata.
Choć poniedziałek, spokój jak w niedzielę:
ledwie pięć osób… Doszły trzy — już osiem…
Nadjeżdża tramwaj, lecz nie ten jest celem
dla bohatera. Inny, którego się
doczeka. Numer linii? Jaki kolor?
— Tego nie zdradzę. W stalowym odgłosie
szyn dwa gołębie z bezmózgą swawolą
szukają ziarna… i w ostatniej chwili
prawie spod koła ciężko się gramolą,
skrzydeł żałując, by wyrok uchylić…
Popis brawury dla gry niepokojem!
Ludzie by chętnie je za to zabili:
za drżenie serca o życie nie swoje…
Już rusza tramwaj. A za nim się schował
drugi, właściwy. Empatii nastroje
rozwiewa nagle idea sportowa:
wejść do wagonu, gdzie nie wciśniesz szpilki!
Brzuch na pół-wdechu, wyciągnięta głowa,
a w niej nadzieja, że ludzie nie wilki,
tramwaj nie Grunwald, Cecora, ni Płowce…
Jedziesz bezpiecznie — w masie jesteś nikim;
w anonimowym stadzie milczą owce.
Choć niewygodnie, dojedziesz w całości
tylko kieszenie chroń przed kieszonkowcem…
Właśnie pomyślał, że będzie najprościej
i najbezpieczniej swe ręce w kieszenie
wsunąć, to cudza w nich dłoń nie zagości…
Tak sobie myślał… Pora na zdarzenie:
gdy w granatowe przepaście już wkłada
dziesięć swych palców, wtem odkrywa, że nie
ma kluczy w prawej! A z lewej, o biada!
Znikła komórka! Portfel też niestety!
Co robić? Nie wie: czy krzyknąć wypada,
gdy obok dziecko, dwie starsze kobiety…
Coś tam wymacał… Jest paczka chusteczek,
dwie wizytówki i mierzwa gazety!
Pot z czoła mrozi, a ból zęba piecze.
Termicznych wrażeń dostarcza na zmianę
tropik oddechów z przodu i zaplecze:
lodowiec drążka, bo właśnie przystanek,
więc hamowanie, co kręgosłup wciska,
gdy rzuca tłumem. Wiosenny poranek
spośród głów z szyby wybucha w rozbłyskach.
On przyciskając łokciem dyplomatkę
chwyt równowagi uwalnia, by z bliska
sprawdzić przystanek… Jeszcze nie, bo rzadkie
domki przedmieścia z altaną w ogrodzie…
Jeszcze dwa… Dzwonek. I myśl: czy przypadkiem
kieszeń wewnętrzna… Nie ma! Pot po brodzie
w zaroście spływa. Znów postój. Połowa
wysiada, a z nią — domniemany złodziej!
I żal spóźniony, że przełknął bez słowa
swą stratę. Zdławił, nie ujawnił w geście
rozpaczy. Scena za ciasna, więc głowa
zamyka dramat. Ból zęba nareszcie
zszedł na plan dalszy. I zostało samo
czyste zmartwienie. Ale już śródmieście,
trzeba wysiadać. Zakończę pieśń ramą,
co Czytelnika w empatii zaboli:
— Nim postać zyska, już traci tożsamość,
którą nadaję opisem powoli
i sukcesywnie, ale mimochodem.
Stracił dokument — lecz nie zmienił roli!
wiersze pochodzą z tomu poetyckiego Piotra Michałowskiego Zaginiony w kreacji. Poemat z przypadku [2018]
Piotr Michałowski (ur. w 1955 r. w Bydgoszczy) — poeta, eseista, literaturoznawca, krytyk literacki i teatralny. Mieszka w Szczecinie. Nominowany do Nagrody Literackiej „Jantar” (2021). Ostatnio wydał tomy wierszy: Głosem prawie cudzym. Z poezji okołokonferencyjnej (2004), Rytmy, albo wiersze na czas (2007), Pierwowzory i echa. Od Kochanowskiego do Barańczaka (2009), Cisza na planie (2011), Dzień jest wierszem, świat kolorem (2021); poemat: Zaginiony w kreacji (2018); zbiór opowiadań Światy równoległe (2022), powieść Urbs ex nihilo. Raport z porzuconego miasta (2024) oraz książki naukowe: Granice poezji i poezja bez granic (2001, 2003), Głosy, formy, światy. Warianty poezji nowoczesnej (2008), Mikrokosmos wiersza. Interpretacje poezji współczesnej (2012), Narożnikowo, centralnie, pogranicznie. Szkice szczecińskie i europejskie (2014), Z narożnika mapy (2017).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved