Skip to content

KAZIMIERZ BRAKONIECKI

Dziennik berliński. Dzień trzynasty

Jak zwykle o tej porze, a jest 9.30 rano, widzę przez duże okna jadalni płynący biały stateczek. Dzisiaj widzialność wspaniała. Przedwiośnie. Potem na stację, żeby za 12 euro udać się do Brandenburga i wrócić późnym popołudniem. Brandenburg, Brandenburgia, groźnie to brzmiało w szkolnych podręcznikach do historii. Państwo prusko-brandenburskie powstało w XII stuleciu po podboju miejscowych Słowian przez Albrechta Niedźwiedzia (herbem Berlina jest niedźwiedź). Zdobyty gród Brenna przeistoczył się w Brandenburg, stolicę Marchii Brandenburskiej (mniej więcej do połowy XVII w., kiedy stolicę przeniesiono do Poczdamu; Berlin zawsze stanowił wydzielony obszar Prus). Ludność była tutaj wybitnie mieszana: słowiańsko-niemiecka i to ona stała się w tym ubogim kraiku podglebiem dla nowej nacji: brandenburskiej, pruskiej, „prusackiej”, która dalej mieszała się z kolejnymi falami kolonizatorów z zachodnich i południowych części Rzeszy oraz Francji, a nawet Niderlandów czy Szkocji. Na początku XV wieku Brandenburgią zaczęli rządzić Hohenzollernowie i odtąd można mówić o stopniowym, chociaż nie bez załamań, budowaniu rodowej i państwowej potęgi. Szkoda, że w XV lub XVI wieku nie doszło do przekazania korony polskiej jakiemuś wybitnemu Hohenzollernowi, co by spowodowało rozrost i umocowanie państwa polskiego w kierunku zachodnim, na pewno dziedziczność tronu oraz wzmocnienie ośrodka władzy. Zamiast linii Kraków-Wilno-Smoleńsk-Kijów-Lwów-Warszawa-Gdańsk byśmy mieli Rzeczypospolitą Obojga Narodów w kapitalnym układzie Kraków-Warszawa-Królewiec-Poznań-Wrocław-Berlin (oraz dodatkowo Gdańsk, Szczecin, Rostock). Nie wierzę, żebyśmy nie spolonizowali Brandenburczyków! Sarmacja, słowo użyte w nieco innym sensie przez Johannesa Bobrowskiego, polsko-pruska przy zachowaniu obywatelskiej monarchii konstytucyjnej (taka Anglia Europy Środkowoschodniej!) oraz wielokulturowej tożsamości prowincji poddanych reformistycznym zabiegom oświeconej władzy centralnej, mogłaby wyelimować moskiewską, despotyczną Rosję oraz przetrwać do XX stulecia jako demokratyczno-monarchiczne regionalne imperium wielonarodowe.

Stado żurawi na zaoranym polu. Szarobeżowe konstrukcje pionowe w powidoku na horyzontalnych skibach. Baśniowo.

W 1611 roku król Zygmunt III Waza władzę nad Prusami Książęcymi przekazał kolejnym Hohenzollernom z Brandenburgii. Traktaty welawsko-bydgoskie w 1657 roku przypieczętowały całkowitą suwerenność elektora brandenburskiego w Prusach Książęcych, co utorowało drogę do królestwa Prus w 1701 roku. Koniec lenna i początek przewagi absolutnych Prus nad rozległą i coraz bardziej słabą Rzeczypospolitą Obojga Narodów. Jak mnie to zawsze wściekało! A teraz w polityce zjednoczonych Niemiec widzę przemyślane działanie, aby wrócić nie do 1939 (bo to niebezpieczne, głupie i niemożliwe) czy 1914 roku (podobnie niemożliwe), ale do 1871, kiedy po pokonaniu Francji powstała zjednoczona II Rzesza pod auspicjami Prus. Takie zjednoczone, szybko rozwijające się Niemcy z impetem weszły do światowej polityki, aby po chwili w tym koncercie mocarstw zagrać bojowe marsze z Austro-Węgrami. Absolutnie nie wierzę, aby Niemcy rwali się do podbojów wojennych, lecz na pewno do ustalenia (innymi skutecznymi metodami nacisku) na nowo stosunków w Europie, do podporządkowania gospodarczego i cywilizacyjnego Europy Środkowowschodniej oraz do wzmocnienia szczególnie bliskich stosunków z Federacją Rosyjską jako dostawcą ropy i gazu (!), a może i jej reformowania bez ingerencji politycznych (raczej mrzonka, ale jedynie Niemcy mogą wywierać na nią realny wpływ).

Brandenburg okazał się całkiem interesującym, kilkudziesięciotysięcznym miastem (charakterystyczne, że w 1988 roku, a więc tuż przed zjednoczeniem, miał prawie 95 000 mieszkańców, ale w 2005 roku — 75 000), chociaż okolice dworca pokazały się od ponurej strony: takie prowincjonalne wygwizdowo betonowo-ceglane, po którym jeżdżą w stronę centrum tramwaje. Odważnie ruszyłem naprzód Grosse Gartenstrasse, skręciłem w Jacobstrasse i tu się zaczęło właściwe miasto poprzecinane kanałami Haweli. Miasto w remoncie! Część budynków już odrestaurowano, część odmalowano (?), reszta czeka na swoją kolejkę, na lepszy los. Jak ja dobrze się czuję w tych prusko-niemiecko-pomorskich miastach! Od Magdeburga przez Brandenburg, Stralsund po Szczecin, Tylżę, Kłajpedę i Rygę. Ostatecznie urodziłem się w krajobrazie dawnej Ziemi Pruskiej, w królestwie średniowiecznych ceglanych zamków, kościołów, hanzeatyckich, chełmińskich dobrze założonych miast od północnej Wisły po Dźwinę, w których przełom wieku XIX i XX pozostawił ponadto liczne ślady pruskiego historycyzmu oraz bałtyckiej, mieszczańskiej secesji. Tak mniej więcej, mniejsza o szczegóły! Przestrzeń geograficzna też wywołuje moje zdziwienie, a tym bardziej jeżeli w sposób sztuczny nakłada się na nią przestrzeń historyczna. Bo weźmy takie miasto Memel, czyli Kłajpedę. Wschodnioprusko-bałtycko-niemieckie miasto założone w połowie XIII wieku na terytorium plemion bałtyjskich przez zakon krzyżacki. A zaledwie kilkanaście kilometrów na północ uchowała się Żmudź litewska, z miasteczkiem Kretynga, którym władał genialny wódz Chodkiewicz. To zupełnie inna przestrzeń historyczna, inna pamięć historyczna i tożsamościowa (Rzeczypospolitej Obojga Narodów), która sięgała od Bałtyku po Morze Czarne. Kwestia przypadkowego podboju, nieuniknionego rozwoju? W każdym razie kolejny dowód na irracjonalność i historii, i tożsamości, którym dobiera się taką, a nie inną wykładnię ideologiczną. Przestrzeń geograficzna podlega przemianie stosownie do losu podbitej lub zwycięskiej cywilizacji-kultury.

Taki sobie szedłem bałtyckopółnocny, szczęśliwy i beztroski w dawnej stolicy dawnego wroga, a teraz europejskiego sojusznika. Ruch na rusztowaniach imponujący. Dużo ekip pracuje, ale dużo jeszcze do zrobienia. Zachodni rząd, który jest teraz i wschodnim, nie szczędzi kasy. Powiatowe i prowincjonalne miasto. Niewysokie, długie, rozrzucone, z ładnymi i zabytkowymi miejscami. Główny kierunek zwiedzania — wyspa z katedrą Dominsel. Latem musi się to miasto podobać jeszcze bardziej: liczne sklepiki, knajpki, skwery. Ludzi na ulicach spotykam niewielu. W kościołach obsługa turystyczna. Chyba dobrowolna. Dom zu Brandenburg, Katedra pw. Św. Piotra i Pawła romańsko-gotycka, przebudowywana. Z cegły. Rozłożysta. Z jedną skromną wieżą, barczystą fasadą. Z jakąś reliefowo ułożoną gwiazdą Dawida. Nie rozumiem jej znaczenia tutaj. W folderze czytam, że to założenie kościelne powstało w 948 roku z rozkazu Ottona I, ale w 983 roku słowiańskie powstanie zmiotło je z powierzchni ziemi. Ponowny początek chrystianizacji i rozwój cywilizacyjny tego miejsca wiąże się z klęską Jaksy, słowiańskiego władcy, w 1157 roku w bitwie z Albertem der Bärem. No tak, stąpam po „odwiecznie słowiańskiej, prawie piastowskiej” ziemi naszych przodków, braci zachodnich Słowian, którzy nie potrafili się ani zorganizować, ani wyprzeć na czas pogaństwa, więc ulegli sile większej, mocniejszej władzy. Cześć waszej pamięci etniczni bracia w zwierzęcych skórach! Na pewno niektórzy z was przetrwali. Jak i ja przetrwałem i jako turysta podziwiam imponujące średniowieczne budowle, które powstały na waszych kościach i drewnianych świątyniach. Wieczorem w internecie znajduję wzmiankę o książce wydanej w 1915 roku autorstwa Ludwika Stasiaka i Tadeusza Micińskiego „Brandenburg, kraina słowiańskich mogił: system niemiecki tępienia podbitych: powieść historyczna”. Czyżby jednym z autorów był modernistyczny, wizjonerski i pod koniec tragicznego życia panslawistycznie nastawiony autor „Bazilissy Teofanu”?

Katedrę w stylu gotyckim rozbudowano w XIV stuleciu, a słynny Schinkel przerabiał ją po swojemu w latach 1834-1836. Pierwotny jej charakter zaczęto przywracać w latach 60. ubiegłego wieku. To bazylika z transeptem i kryptą romańską, która mnie emocjonalnie powaliła, bo niczego takiego się nie spodziewałem (a jestem fanatykiem romanizmu): kolumny, filary, kapitele, głowice z piaskowca: jakieś stwory z mieczami i tarczami w hełmach (gryfy, węże-rycerze), diabły ze skrzydłami, rogami, orły, krucyfiks romański. Dotykałem kapiteli, pocałowałem Jezusa, zapaliłem świeczkę, zapomniałem o was, moi dzicy Słowianie, i radosny wyszedłem na ten wysoki chór z pięknym, późnogotyckim ołtarzem. Klasztor. Krużganek. Świeże i pachnące cegły. Rekonstrukcja? Boczne absydy i nawy, korytarze. Tablice pamiątkowe poległych na dwudziestowiecznych wojnach wychowanków Ritterakademie (Akademii Rycerskiej założonej w 1803 roku na bazie wcześniejszych szkół). Ponad 100 nazwisk z okresu I wojny światowej (Bernard Arnim, Karl Hiller, Bernhard Graf v. Scherin…); ponad 200 z II wojny światowej (znów kilku Arnimów). Kolejny etap Drach nach Osten. Powstrzymany za cenę wielkiej słowiańskiej rzeki krwi po stuleciach. Wymusił nasze parcie na wschód, które skończyło się dla nas cywilizacyjną klęską.

Myśli, naiwne i sentymentalne myśli historiozoficzne, które koją rany, które przelatują w chłodnym powietrzu i odlatują. Przystaję, obserwuję, idę. Obsesyjne myśli. Niby starodawne, lękowe, przedawnione. Niech wlatują i odlatują. Ale niech nie mącą i nie osadzają szadzi resentymentów. Myśleć powinienem trzeźwo, jasnowidząco. Mój ukochany Charles Baudelaire gdzieś tam powiedział lub napisał: Widzieć w rzeczach współczesnego świata sprawy wieczne. Umieć patrzeć, umieć zobaczyć. Jeden z pierwszych flâneurów, łazików miejskich, niespiesznych przechodniów. A może zachodniów? Szukam tego początku polskiego nieszczęścia, a powinienem patrzeć nie na zewnątrz, a do siebie wewnątrz. Szukam tego początku ludzkiego zła w przeszłości, a powinien w samym sobie teraz aktualnym, w mojej reakcji na zło, które teraz właśnie się dzieje w mojej ojczyźnie, w mojej i naszej Europie, na świecie. W mojej obojętności. Przeszłość zła to są fakty historyczne i nie ma co się sprzeczać, problem pozostaje w interpretacjach oraz w tym, co my, jako współcześni ludzie, z tym odziedziczonym złem robimy, skoro bierzemy w jego eskalacjach czynny udział tu i teraz albo przynajmniej to zło w sobie i na zewnątrz siebie tolerujemy, obojętnie akceptujemy. A szczególnie my, Polacy, którym nieustannie obce są formy działalności obywatelskiej, stowarzyszeniowej, międzyludzkiej (w odróżnieniu od pokolenia, które wskrzesiło Polskę w 1918 roku). Ucz się Polaku od Niemców, Anglików, od Żydów, od Chińczyków, od diabła, anioła, od kogokolwiek chcesz, ale ucz się twórczego i samodzielnego myślenia, zasad nowoczesnej i skutecznej polityki, gospodarki, moralności; twórz wysoką, uniwersalną kulturę narodową, pozbądź się kompleksów, bo wówczas staniesz równy z innymi wobec najwyższej formy życia, jaką jest uświadomiony i pokonany czynnym życiem tragizm losu w (przypadkowej) historii.

Wokół założenia katedralnego trwają w dalszym ciągu prace. Na jednym, już całkowicie odnowionym budynku ceglanym widnieje tablica informująca, że tutaj ostatnie swoje lata spędził generał baron Heinrich August de la Motte Fouqué (1698-1774), przyjaciel samego króla Fryderyka Wielkiego, z pochodzenia francuski hugenot, ojciec romantycznego pisarza Friedricha Heinricha Karla de la Motte Fouqué (tu urodzonego). Cóż, jestem w sercu starych Prus. Fryderyk II zwany Wielkim dążył do rozbiorów Rzeczypospolitej i cel swój osiągnął, ale to my, głupcy, sami tego chcieliśmy. Nie ma zmiłuj się w polityce międzynarodowej!

Stare miasto i kościół St. Gotharda (kamienna wieża, halowy, ceglany, empory — przecież tu weszła reformacja!), liczne epitafia, nagrobki z XVI i XVII w. Hodie mihi crastibi. Uliczki z małymi domkami, miłe podwórza, remonty i renowacje albo są w trakcie, albo będą. Kilkumetrowa statua Rolanda z podniesionym mieczem przed ratuszem; wykopy, nie ma przejścia akurat z tej strony, którą do niego idę. Tramwaje. Przez chwilę mam złudzenie, że jestem w Rydze. Pojawiają się ludzie, głównie młodzi, tu nie kopią ani nie rewitalizują, sklepy otwarte. Kolejny duży kościół ceglany (szlak gotyku ceglanego stąd aż do Rygi przez Olsztyn). To św. Katarzyna z interesującym ołtarzem. I jeszcze kolejny! Św. Pawła — w nim dzieła sztuki, chyba sala wystawowa. Granice starego miasta oznaczają zachowane (odrestaurowane?) warowne bramy miejskie z cienkimi hełmami. I wszędzie kanały Haweli oraz mostki. Malownicze miasto. Francuzi mówią: „z charakterem”. Jest ciepło, ale zaczyna padać deszcz, więc szybko zachodzę do knajpki „La Mare. Ristorante & Pizzeria”. Blumenstrasse 1. Jest dziesięć minut po godzinie 16. Zapisuję to, co widziałem w niebieskim notesie, jem, wypijam jedno piwo; płacę nieco ponad 17 euro.

Wieczorem bawiłem się w wyszukiwanie w internecie interesujących mnie tematów. Oto najważniejszy rezultat tych poszukiwań: Jewgienif Griszkowiec, aktor i dramaturg rosyjski, obecnie mieszka w Kaliningradzie: „Żadne inne państwo w Europie nie jest tak bliskie Rosji jak Niemcy. Nikt nie lubi w Europie Niemców poza Rosjanami. Nikt. Jednocześnie nikt w Europie tak nie interesuje się Rosją jak Niemcy. (…). Niemcy i Rosja to wielka miłość, pomimo straszliwej wojny”.

Andrzej Więckowski, niemcoznawca: „Inaczej Niemcy: oni rzeczywiście prowadzili świętą wojnę i bez dogłębnego uwzględnienia tej perspektywy historia II wojny światowej, narodowego socjalizmu nigdy nie będzie zrozumiana. Niemcy we własnym rozumieniu nie byli okrutni, to znaczy, że okrucieństwo nie wypływało z ich emocjonalnej postawy wobec ofiar, tylko z emocjonalnej postawy wobec wizji Nowego Świata, której przekształcanie w rzeczywistość związane było z ubocznym produktem, który świat uznał za produkt finalny. Zrozumieniu zakresu ideologiczności tej wojny nie towarzyszy na ogół przełożenie tego zakresu na codzienną religię Niemców w tamtych czasach, na oczywistość tamtego czasu, które drastycznie nie mieszczą się w kategoriach europejskiego humanizmu, a jednocześnie nie są jego prostym barbarzyńskim zaprzeczeniem, jego zaprzeczeniem rewolucyjnym, na wskroś ideowym. Świat natomiast nie chce i nie potrafi tej ideowości, czystości motywacyjnej Niemców zrozumieć. Tutaj kryje się — być może — tajemnica powszechnej niewinności Niemców, której dziwił się Antoni Kępiński i wiele innych wybitnych umysłów…”.

Inne oblicze odwiedzonego, sympatycznego miasta:

W Brandenburgu na początku stycznia 1940 roku zainstalowano pierwszą w III Rzeszy komorę gazową, która uśmierciła kilkaset uznanych za nieuleczalne (nieprzydatne społecznie) niemieckich dzieci umieszczonych w szpitalu psychiatrycznym (hitlerowska eugenika, a następnie eksterminacja „podludzi”). Hitlerowscy komandosi SS zwani Brandenburczykami (akcje wojenne i antypartyzanckie we wrześniu 1939 roku na Górnym Śląsku, następnie w Afryce, na Bałkanach, we Włoszech — odbicie Mussoliniego) kształcili się w rzemiośle wojennym w Brandenburgu.

cdn.

Kazimierz Brakoniecki (ur. w 1952 r.) – olsztyński poeta, pisarz, tłumacz poezji francuskojęzycznej, animator kultury, kurator wystaw sztuki polskiej XX wieku, współzałożyciel i jeden z liderów pisma, stowarzyszenia oraz fundacji Wspólnota Kulturowa „Borussia”. W latach 1995-2018 dyrektor samorządowego Centrum Polsko-Francuskiego Côtes d’Armor Warmia i Mazury w Olsztynie. Otrzymał m.in. nagrodę im. Stanisława Piętaka (1991), paryskiej „Kultury” (1996), Ministra Kultury (2002), Laur UNESCO (2007), Literacki Wawrzyn Warmii i Mazur (2008). Ostatnio opublikował: tom prozy Historie bliskoznaczne (2008); książki eseistyczno-podróżnicze: W Bretanii (2009), Dziennik berliński (2011), Notes kurlandzki (2017), Dziennik olsztyński (2022); dziennik literacki Cudoziemiec (2018) oraz tomy wierszy: Ciałość (2004), Europa minor (2007), Glosolalie (2008), Obroty nieba (2010), Chiazma (2012), Terra nullius (2014), Amor fati (2014), Obrazy polskie (2017), Erodotyki (2018), Twarze świata (2019), Oumuamua. Atlas wierszy światologicznych (2022), Lekcja poezji dla zaawansowanych (2023), Ostre Bardo (2025).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści