JOANNA EWA GOC
Kto się śmieje
Właściwie to ten duży, z rysunkami na dłoniach i karku, ma rację. Bo po co Bartosz się gapił? Sam sobie winien.
— Czego się gapisz, cwelu jeden? Wpierdol chcesz?
Bartosz wraca podmiejskim z rehabilitacji do domu w podwarszawskich Jeziorkach zupełnie sam. Matka nauczyła go odliczać stacje: Służewiec, Okęcie, Dawidy i już wysiadać, na Jeziorkach. Na Jeziorkach! Musi być taka biała tablica z napisem „Jeziorki”. To tam.
Codziennie przed wyjściem z domu matka go przepytuje:
— Powtórz, Bartusiu, gdzie masz wysiąść w tej Warszawie.
— Warszawa Rakowiec… — Bartosz grzebie w pamięci, grzebie i wreszcie znajduje.
— To jakie stacje po drodze?
— Dawidy… Okęcie… Żwirki… Rakowiec — recytuje z pamięci.
— Dobrze, synku. A z powrotem? Powtórz.
Bartosz patrzy na nią, odlicza na palcach i się śmieje.
— No! — pospiesza go matka.
Matka nie ma czasu na jego odliczanie. Matka chodzi do pracy w urzędzie, a w domu gotuje, sprząta i ma urwanie głowy. Tak mówi: urwanie głowy. Bartosz boi się tej urwanej głowy. Jeszcze nigdy nie widział, żeby matce urwała się głowa, ale matka tak mu ciągle mówi: mam z tobą urwanie głowy! Tego Bartosz nie lubi i zawsze się denerwuje.
Teraz denerwuje się, że nie da rady powtórzyć, i znowu matka powie:
— Urwanie głowy mam z tobą! Że mnie Bóg pokarał taką pokraką bez mózgu…
Bartosz stara się powtórzyć te stacje, ale w drugą stronę to ciężko. Teraz się zdenerwował i nie może odnaleźć w głowie właściwego porządku. Jak się denerwuje, to się śmieje. I wtedy już nic nie potrafi odnaleźć w tej głowie. Matka czeka, aż się uspokoi, chociaż ten śmiech potrafi trwać i kilka minut. Czasem tak się śmieje, że się posika i trzeba mu majtki zmieniać i spodnie. Skaranie boskie z takim synem.
— Wsiadasz na Warszawa Rakowiec. Co dalej? Powtórz.
— Warszawa Rakowiec…
— Żwirki.
— Żwirki…
— Okęcie, Dawidy i Jeziorki. Na Jeziorkach wysiadasz. Pamiętasz?
Bartosz kiwa głową. Pamięta. Śmieje się i pamięta. To proste. Na stacji Jeziorki.
Na wszelki wypadek ma zapisane. Matka przyszyła mu specjalną kieszonkę po wewnętrznej stronie kurtki. Tam ma bilet, dowód i karteczkę ze stacjami, dużymi literami. Umie czytać, ale tylko drukowane. Telefon też ma. W drugiej kieszeni. Nie umie dzwonić z tego telefonu, tylko odbierać.
Gdy kiedyś pociąg odwołano z powodu wypadku na torach i uruchomiono autobusową komunikację zastępczą, to nie chciał wsiąść, chociaż go konduktor prowadził i pokazał, który to autobus.
— Warszawa Rakowiec, Żwirki, Okęcie, Dawidy! I Jeziorki! — wykrzyczał mu Bartosz ze śmiechem i jednocześnie ze łzami w oczach.
Konduktor machnął ręką. Co się będzie z debilem kłócił. Chciał mu pomóc, a ten się śmieje i łapami macha. Po paru godzinach matka zadzwoniła na jego telefon, to odebrał, kazała mu dalej czekać na pociąg, to czekał. Więc Bartosz stał sześć godzin na stacji, w deszczu, aż awarię usunęli i przyjechał następny pociąg.
Matka jest spokojna, że Bartosz nigdzie sam nie pójdzie, nie wsiądzie do innego pociągu. Najwyżej będzie czekał. I tak chwała Bogu, że nauczyła go samemu dojeżdżać na tę rehabilitację. Może mu to niewiele daje, ale przynajmniej czas spędzi i nakarmią go w tym ośrodku. I pobędzie z takimi jak on, debilami.
Bartosz lubi ten ośrodek, bo tam jest dużo miłych ludzi, z którymi można posiedzieć i się pośmiać razem. Bo Bartosz jest pogodnym człowiekiem i lubi się śmiać. W domu nie wolno mu za bardzo się śmiać, bo matkę to denerwuje.
— I czego się tak szczerzysz jak głupi do sera? Same nieszczęścia w tym domu, a ten się śmieje.
Więc Bartosz ten swój śmiech nauczył się chować, tak wewnętrznie. Tylko się chichra pod nosem. Czasem nie wytrzymuje i wybucha śmiechem. Ale to tylko wtedy, gdy się zdenerwuje.
I teraz też się denerwuje.
— Czego się gapisz, cwelu? Wypad!
Konduktor wchodzi do wagonu, ale gdy widzi trzech osiłków dyszących nad pokraką, to zawraca. Mało to ma swoich problemów? Po co się pchać? I tak by ich najwyżej jeszcze bardziej sprowokował. Poczeka ze trzy stacje, to może wysiądą. Wtedy bilety sprawdzi.
Bo Bartosz się na nich gapił. Bartosz nie potrafi się patrzyć w telefon, więc się patrzy na ludzi. Bartosz lubi obserwować. A gdy się ktoś na niego spojrzy, to Bartosz się uśmiecha, takim szerokim, jasnym uśmiechem. Ludzie wtedy najczęściej też się do niego uśmiechają. Nie, to nieprawda, że ludzie są ponurzy i źli. Najczęściej odwzajemniają ten jego uśmiech. Tylko czasem się zdarzy, że ktoś go zwymyśla albo popchnie. Albo nawet strzeli w ucho, jak nerwowy. Ale najczęściej ludzie są dobrzy.
A ten duży się zdenerwował. Bartosz się na nich gapił, rzeczywiście. Podobali mu się. Trzech dużych chłopaków, w ciemnych kurtkach, z napisami, których Bartosz nie potrafił przeczytać. I mieli takie fajne rysuneczki na skórze, na rękach, na szyi, na twarzy nawet. Bartoszowi się podobały takie czaszki i miecze, bardzo ładne. Więc się gapił.
— Ty, cwelu, z kasy wypad. Meldujesz tu pieniążki, słyszysz?
— No, dajesz, dajesz — pospiesza drugi, wyższy. — Bo wpierdol.
To go jeden z tych dużych ciągnie za włosy, drugi go przeszukuje, szybko znajduje w kieszeni telefon, rozpoznaje zaraz, że stary model, poniszczony, wyrzuca przez okno. Dowodu i legitymacji nie znajdują, bo matka taką kieszonkę sprytną mu uszyła, więc tę kieszonkę to trudno znaleźć, jeśli się nie wie.
— Nie ma kasy. Kurwa, nic, cwel jebany.
Bartosz się śmieje. Śmieje się już całą gębą. Aż się kuli z tego śmiechu. W wagonie jest całkiem dużo ludzi, ale każdy siedzi skulony na swoim miejscu, każdy wgapiony w swój telefon, nikt się nie patrzy w tę stronę, chociaż wszyscy widzą. I tylko ten śmiech, nie na miejscu, ten głośny śmiech, wypełnia cały pociąg.
Rzeczywiście debil, myślą pewnie ci ludzie z nosami w telefonach, odwróceni bokiem, tyłem, po co się śmieje, co tu jest do śmiechu, tu trzeba się skulić i przestać istnieć, a on, głupek, się śmieje. Więc sam sobie winien, jeśli ten duży z tatuażem rozkwasi mu nos, bo się, idiota, śmieje, gdy trzeba się koncentrować na nieistnieniu.
I wtedy ten duży w kurtce zatrzymuje pięść tuż przed jego głową, bo ten śmiech go obezwładnia. Nagle sam się zaśmiewa, głośno. I tamci rechoczą, wszyscy, aż miło. Bo śmiech jest zaraźliwy. Płacz nie tak bardzo, lepiej cierpieć samotnie, cierpienie nie jest podzielne przez dwa ani przez trzy bez reszty, a śmiech owszem. Więc się zarażają tym śmiechem i zaraz śmieją się wszyscy razem z tym debilem. Więc nawet ludzie w wagonie prostują się i też uśmiechają pod nosem albo nawet bardziej otwarcie, szerzej, bo taka sytuacja — wszyscy się śmieją, w sumie rzadkość w pociągu. Ten duży klepie Bartosza-debila w ramię, tak mocno, ale jakby po przyjacielsku, w końcu razem się śmieją, więc może przez tę krótką chwilę i Bartosz-debil jest w porządku, spoko koleś. Śmiech wypełnia cały wagon, wprawia w drgania, nabrzmiewa.
I już mają wysiadać, cała ta grupka osiłków z tatuażami, z „Bóg honor ojczyzna” na czapkach i z husarią na plecach, więc wszyscy w przedziale się rozprostowują, rozprężenie, ulga, że nic się nie stało, nie musieli patrzeć, jak biją słabszego, nie musieli mieć potem przy kolacji wyrzutów sumienia, że nie pomogli, tamten był bliżej i nie pomógł, więc ja też, dlaczego miałbym pierwszy, gdy nagle, wśród tego śmiechu, ten wyższy, z tatuażem, łapie jednak Bartosza za kark i ciągnie ze sobą.
— Pójdziesz, debilu, z nami, zabawimy się — rzuca wśród tego rechotu.
A jego kolegom jeszcze weselej się robi, bo Bartosz się opiera, głupek, to ich jeszcze bardziej rozbawia, że taki krzywy, pogięty, pokraka i chce się wyrywać, zabawne.
— Jeziorki, mama mówiła, Okęcie, Dawidy, Jeziorki — szepcze.
Śmieje się i szepcze jednocześnie. Wiadomo, że wśród tego śmiechu nikt debila nie słyszy.
— Jeziorki. Jeszcze nie tu. Jeziorki — broni się Bartosz.
— Zabawimy się! — śmieją się oni.
Debil wychodzi z nimi.
I wreszcie ich nie ma. Ludzie znowu na telefonach oglądają zabawne pieski, kotki, mem z politykiem. Jak śmiesznie!
Joanna Ewa Goc (ur. w 1976 r. w Ełku) — ekonomistka, wykładowczyni akademicka. Laureatka Warszawskiej Nagrody Edukacji Kulturalnej. Jej wiersze, opowiadania i reportaże można przeczytać m.in. w czasopismach: „eleWator”, „Epea”, „Helikopter”, „Tlen Literacki”, „Tygodnik Powszechny” oraz na portalach literackich Wydawnictwa J i „Pisarze.pl”.
Roman Chojnacki: Polszczyzna, Państwo, Pociąg
—
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved