Skip to content

KAZIMIERZ BRAKONIECKI

Dziennik berliński. Dzień piętnasty

Jazda do Savignyplatz w przebłyskach słońca, bo tam mają być liczne księgarnie. Tak dużo nie było, ale pod wiaduktem znalazłem dużą księgarnię wydawnictw o sztuce, a przy sąsiedniej Knesebeckstrasse odkryłem księgarnię, w której czekali na mnie Umarli ze Spoon River („Spoon River Anthology”) Edgara Lee Mastersa. Jedna z moich zbójeckich książek z przełomu lat 70. i 80., którą poznałem m.in. dzięki przekładom Michała Sprusińskiego. Na tyle znam angielski, że mogę sobie zafundować oryginał! W nieodległym sklepie muzycznym kupiłem, ku zdziwieniu sprzedawcy, który nie wiedział co ma na stanie, najnowszy album płytowy György’ego Ligetiego (cztery płyty za 29,99 euro). Usiadłem na ławce na skwerze Savigny w pobliżu pijących głośno piwo emerytów (?). Szczęśliwy posiadacz oryginalnych wierszy Mastersa. Whitman, Masters, Ginsberg, moja amerykańska trójca. Polska trójca — Mickiewicz, Leśmian, Miłosz. Francuska trójca — Baudelaire, Rimbaud, Cendrars. Niemieckojęzyczna — Hölderlin, Rilke, Celan. Rosyjskojęzyczna — Achmatowa, Chlebnikow, Ajgi. Zresztą nie ma prawd absolutnych, zauroczeń totalnych na całe życie. A może są? Taki Mickiewicz? A przecież fascynowałem się i Słowackim, i Norwidem także. Jak i Watem, Białoszewskim, Czechowiczem, Przybosiem. Nie ma w sztuce żadnej nowości bez tradycji. A poety bez innych poetów. Zdarzało mi się pisać wiersze w czasie słuchania muzyki. Najczęściej dawniej, kiedy słuchałem czarnych płyt analogowych. Od Bacha po Dworzaka. Od Karłowicza po Pendereckiego. Od Joplin po grupę Ossjan. W zależności od nastroju. Teraz niczego nie słucham. Chyba że coś z minimalistycznej muzyki, w ogóle preferuję ciszę, skupienie. Ale to też kwestia czasu, momentu, emocji, okresu w życiu. Czarne płyty zachowałem.

Nagłe piski na niebie. Podnoszę wzrok i widzę parę czapli nad Berlinem! W locie wiosennym (!?), z okrzykiem powitalnym.

I ponownie do księgarni, aby pooglądać trochę książek o sztuce. Szukam pozycji o olsztynianinie, architekcie Erichu Mendelsohnie. Znalazłem. Erich Mendelsohn — twarz duża, wydatny, „żydowski” nos, zmysłowe, duże usta; włosy zaczesane do tyłu i przylizane; druciane okularki (lekko zwężane); w dłoni papieros. Stracił jedno oko z powodu raka. Luise Maas z Königsberga: twarz — ikona madonny, włosy ciemne i mocno ściągnięte do tyłu w niewielki koczek, duże i ładne oczy; muzykalna; zdradzała Ericha, który ją uwielbiał. Dawid Mendelsohn, ojciec — na zdjęciu z lat 20. poprzedniego wieku, na schodach olsztyńskiego ratusza: we fraku, przypięte ordery, dystyngowana postawa patrycjusza, sumiaste, siwe wąsy, w kapeluszu. Zdążył umrzeć przed zagładą. Matka Ericha zmarła przed I wojną światową. Portret Luizy pędzla Maxa Pechsteina, który, notabene, miał pracownię na Mierzei Kurońskiej. Dom Mendelsohna: Marktplatz in Allenstein, Oberstrasse 21. Jest na nim od pewnego czasu tablica pamiątkowa. Spora, ale nieco niewyraźna. To przecież najwybitniejszy artysta pochodzący z Olsztyna.

Spacer po ulicach Torstrasse, Rosenthaler, Oranienburger Strasse. Bywałem już tu sam, z żoną Hanną, z Esterą. Niektóre kamienice z przedwojennej epoki, w plombach nowoczesna architektura, ciekawe miejsca, knajpki i więcej od razu przechodniów. Dzieci wracają ze szkoły. Dźwięki tramwajów. Przejeżdżające częściej taksówki i samochody. Cmentarz wojskowy z rzadka zachowanymi krzyżami, ale znajduję grób de la Motte Fouquégo.

W muzeum fotografii słynnego fotografa mody — Museum für Fotografie Helmut Newton Stiftung: jego auto, wnętrze jego pokoju, ubrania, reklamy, fotki dziewcząt itd., czyli to wszystko, czego nie znoszę. Dwie wystawy czasowe: David La Chapelle, to również znana postać w świecie mody i aktualnych trendów popkultury (szczególnie amerykańskiej). Dużego formatu kolorowe fotogramy są jak wymyślne i wymyślane obrazy. Wszystko po to, aby oddać odpowiednio hedonizm (podejrzany?) oraz konsumpcjonizm (niepoprawny politycznie?) naszych czasów. My ze Wschodu spóźniliśmy się. Jak zwykle. Beckham, ten piłkarz, na krzyżu; amerykańscy Murzyni gwałcą sztucznym penisem nimfetkę; Liz Taylor z pieskiem — ikony masowej wyobraźni. Wciągam się w oglądanie i nie wiem, czy dla perwersyjnych detali, czy dla efektownej całości kompozycji, raczej nie dla moralizującego przesłania, które też jest podejrzane, ironiczne, dwuznaczne. James Nachtweg — sceny z wojen; barwne i czarno-białe; złudzenie prawdy, prawda złudzenia; realność-nierealność razem; przeniesienie realnych scen, w tym okropności, zdejmuje ze świata przedstawionego ładunek moralnego dokumentu; wykadrowane na ścianach galerii wiszą jak wykastrowane.

Na poddaszu wystawa Francuza Raymonda Depardona. Z kilku dużych monitorów jednocześnie pracujących puszczane są na okrągło kolorowe filmy dokumentujące życie różnych miast na kuli ziemskiej (m.in. Moskwa, Szanghaj, Nowy Jork, Paryż). Ludzie wchodzą i wychodzą z metra, podążają ulicami swoich miast. Nic z tego nie wynika. Życie chwytane na gorąco? Twarz rzeczywistości? Lustro nicości? Globalizacja, uniformizacja, momentalizacja? Nie chce mi się zastanawiać. Wizualizacja sztuk plastycznych i ich poddanie dyktatowi obrazu fotograficznego, filmowego, telewizyjnego jest faktem. Ale TO czemuś musi służyć.

Po obiedzie w restauracji „Sophieneck” przy Sophienstrasse idę się powałęsać po mieście. Uczennica z dwoma tornistrami z przodu oraz z tyłu. Taka pilna? Stoi przed budką ze słodyczami i napojami na stacji kolejki z dziwnie ujmującym uśmiechem. Wspina się na palce i cichutko mówi do pochylonego uprzejmie w jej stronę młodego Turka za kontuarem. Kupuje za kilka centymów słodką, galaretową masę i biegnie, podskakując, malutka do składu pociągu, który właśnie podjeżdża. Dzisiaj w tej okolicy widziałem trzykrotnie tę samą młodą kobietę z kilkumiesięcznym niemowlęciem w białej czapeczce w nosidełku. Sam nosiłem swoich synów w takich nosidełkach zrobionych ze zdbytych z trudem materiałów przez moją żonę na przełomie lat 70. i 80. Z sylwetki wyglądałem jak żuraw warmiński, przemierzający ulice Olsztyna, okoliczne łąki i lasy z dzieckiem doczepionym do mizernej klatki piersiowej. Zawsze bałem się, że szycie puści, ale stara maszyna marki Singer szyła dobrze. Maszyna tej marki uratowała życie mojej rodzinie wywiezionej do sowieckiej Azji. Mam do niej autentyczny sentyment, a jeszcze większy, jak się dowiedziałem, że w Afryce też dokonywała cudów, pomagając tamtym biednym i nieszczęsnym ludziom. Jeżeli napisałem wierszem hymn do ulicznego hydrantu z napisem Magdeburg z mojej rodzinnej ulicy, to dlaczego dotychczas nie napisałem poematu ku czci maszyny do szycia Singer mojej babci Tosi (a potem mojej żony Hani)?

Kolejką do Alexanderplatz i tramwajem prosto do Antonplatz przy Berliner Allee, następnie pieszo do żydowskiego cmentarza (Jüdischer Friedhof), którego wielkość chyba porównywalna jest z warszawskim (ale coś mi się wydaje, że tutejszy większy). Uszkadzany, ocalał, nadal czynny. Nie ma na nim, poza zaledwie kilkoma, żadnych zabytkowych, artystycznych grobowców. Groby z przełomu XIX i XX wieku, stele, brak macew, pojedyncze, rodzinne i bogate kwatery grobowe — osobliwie przy murze, np. w kształcie neoklasycznej świątyni-kaplicy Rudolfa Mosse,1843-1920, tego majętnego wydawcy i drukarza; jego zięciowi Hansowi Lachmann-Mosse Erich Mendelsohn zaprojektował budynek wydawniczy (prasowy) w Berlinie w 1921 roku. Współczesne pochówki, a jakże, są, w tym sporo rosyjskich Żydów. W latach 70. sporadycznie zachodziłem na żydowski cmentarz w Warszawie przy ulicy Okopowej. W większej części porośnięty był obficie młodymi drzewkami i krzakami. Fascynował mnie, chciałem wiedzieć coś o nim więcej. W rodzinnym Olsztynie dogorywały resztki niewielkiego żydowskiego cmentarza, który w końcu został całkowicie zniszczony, a macewy albo wywiezione do magazynu (ocalały w Barczewie), albo użyte do miejscowych prac budowlanych. Pamiętam to przedzieranie się w istnej dżungli drzewek na warszawskim cmentarzu i odkrywanie wspaniałych grobowców i znanych lub nieznanych (to częściej) nazwisk. Kiedy przygotowywałem w latach 1986-1987 wystawę o sztuce polskich Żydów okresu międzywojennego, już sporo wiedziałem, zwiedziłem, doceniłem, zrozumiałem, a tragedia żydowska stała się najważniejszym odniesieniem dla moich obsesyjnych rozważań o obecności zła w historii.

Wracając, wysiadłem z tramwaju M12 na ulicy Prenzlauer Allee i poszedłem w kierunku południowym do dobrze znanego mi z poprzednich wizyt Prenzlauer Berg, Kollwitzplatz i z powrotem do stacji Hackescher Markt, gdzie tak często bywam, zaglądam, przesiadam się. Jeszcze kiedy szedłem Schönhauser Allee, usłyszałem nadlatujący helikopter. Do kamienicy, obok której przechodziłem, zaczęli dobijać się umundurowani i ubrani w jakieś kombinezony, mający na sobie jakieś aparaty dwaj mężczyźni. Jakby strażacy. Podjechały trzy pojazdy policyjne, z których wysypali się policjanci i policjantki. Na placyku zaczął lądować śmigłowiec. Też ze straży pożarnej: Feuerwehr. Okazało się, że alarm był fałszywy. Helikopter zaraz opuścił placyk, podnosząc się w górę, manewrując pomiędzy kamienicami. Policjanci wsiedli do aut, przechodnie (zresztą jak zwykle nieliczni) ruszyli w swoją stronę. I ja też ruszyłem, a na jednym z placów budów spostrzegłem informację: Kasimir Hochbau. Ostatecznie mój ojciec pracował jako kierownik budów!

cdn.

Kazimierz Brakoniecki (ur. w 1952 r.) – olsztyński poeta, pisarz, tłumacz poezji francuskojęzycznej, animator kultury, kurator wystaw sztuki polskiej XX wieku, współzałożyciel i jeden z liderów pisma, stowarzyszenia oraz fundacji Wspólnota Kulturowa „Borussia”. W latach 1995-2018 dyrektor samorządowego Centrum Polsko-Francuskiego Côtes d’Armor Warmia i Mazury w Olsztynie. Otrzymał m.in. nagrodę im. Stanisława Piętaka (1991), paryskiej „Kultury” (1996), Ministra Kultury (2002), Laur UNESCO (2007), Literacki Wawrzyn Warmii i Mazur (2008). Ostatnio opublikował: tom prozy Historie bliskoznaczne (2008); książki eseistyczno-podróżnicze: W Bretanii (2009), Dziennik berliński (2011), Notes kurlandzki (2017), Dziennik olsztyński (2022); dziennik literacki Cudoziemiec (2018) oraz tomy wierszy: Ciałość (2004), Europa minor (2007), Glosolalie (2008), Obroty nieba (2010), Chiazma (2012), Terra nullius (2014), Amor fati (2014), Obrazy polskie (2017), Erodotyki (2018), Twarze świata (2019), Oumuamua. Atlas wierszy światologicznych (2022), Lekcja poezji dla zaawansowanych (2023), Ostre Bardo (2025).

Tadeusz Zawadowski: Dziecięce kryjówki, Jeszcze nie ma wojny, nie mów mi o jutrze, To co utracone, Wróciły koszmary

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści