Skip to content

PAWEŁ ALBO POCZYTALION

Wrzesień ‘26

 

1.

Ogromna popularność, jaką od czasu przyznania mu Nagrody Nobla (1978) cieszy się w Polsce Izaak Baszewis Singer, od pewnego czasu promieniująca też na jego pisarskie rodzeństwo — Izreala Joszuę Singera oraz Ester Singer Kreitman, których książki również się u nas ukazały — na szczęście nie gaśnie. Na szczęście, bo oprócz jego wybitnych, najbardziej znanych powieści — choćby Sztukmistrza z Lublina, Rodziny Muszkatów, Dworu i Spuścizny czy Szoszy — ukazują się drukiem kolejne, dużo mniej znane, albo i w ogóle niedostępne w języku polskim; ostatnio na przykład Ruda Kejla, a także Odwiedziny.

One obie zresztą „miały prawo” być nieznane, choćby z tego względu, że i w Stanach Zjednoczonych, gdzie Singer żył i pracował, znane powszechnie nie były, co więcej — druga z nich nigdy nie została wydana po angielsku! Owszem, została na angielski przetłumaczona, ale — po pierwsze — ze sporymi skrótami (usunięto fragmenty, które amerykańskiego czytelnika mogłyby mniej interesować; co z kolei uznać należy za ingerencję okrutną — jako że były to fragmenty najciekawsze, związane z wielce barwnym życiem codziennym warszawskich Żydów przed wojną… I światową) — a po drugie… na darmo. Bo nikt się tym przekładem nie zainteresował na tyle, by uczynić zeń książkę.

Skąd więc w ogóle tamten angielski przekład (skądinąd przez samego I.B. Singera dokonany)? Nie z rękopisu bynajmniej. Jako że Odwiedziny są powieścią drukowaną, tyle że… gazetową, a ukazywały się w odcinkach — od kwietnia do sierpnia 1972 roku — na łamach żydowskojęzycznej gazety „Forwerts”, wydawanej w Nowym Jorku. Jej odcinkowy charakter — popularny w USA, zwłaszcza w wielonakładowej żydowskiej prasie — zapewnił jej powodzenie na bieżąco, lecz wpłynął też niewątpliwie na jej literacką formę.

U nas takich powieści nie ma już od dawna, skończyły się — prawdę mówiąc — przed wojną (po wojnie też były znane, lecz pisali je autorzy nie drugo- nawet, ale trzeciorzędni), kiedy zresztą zapewniały pisarzom nie tylko powodzenie i pieniądze, lecz i sławę (vide: Tadeusz Dołęga-Mostowicz i jego wielkie przeboje: Znachor czy Kariera Nikodema Dyzmy). Warto też zauważyć, że dziś nie ma ich także dlatego, że kończy się powoli epoka prasy codziennej.

Izaak B. Singer Odwiedzin też nie traktował chyba priorytetowo, a raczej zgodnie z konwencją, toteż są w jego powieści — tak chętnie w „brukowcach” widziane — wartka akcja, przewaga dialogów — oraz miłość, zdrada i seks, krew i wątek kryminalny — lecz nie zmienia to faktu, że mamy tu do czynienia z literaturą. I to naprawdę literaturą piękną. Na dodatek wpisaną w ukochaną przez Singera scenerię starej Warszawy i jej klimaty; oczywiście i przede wszystkim — żydowskie. Tamte sprzed pogromów i Zagłady; ze świata nasyconego owym specyficznym, ulicznym folklorem Nalewek i Krochmalnej.

Rzecz ma ramy awanturniczego romansu i powieści sensacyjno-obyczajowej zarazem. Oto Maks Szpindler, wywodzący się z tamtego kręgu macher z półświatka, mieszkający od lat w Argentynie (i Buenos Aires oczywiście), a zarabiający na różnego rodzaju szwindlach oraz — z wielką pomocą żony Flory — na handlu żywym towarem (przewozem do Buenos młodziutkich żydowskich dziewcząt, zatrudnianych za oceanem w burdelach) — znów w podobnych celach zjawia się w Warszawie. Tym razem wprawdzie ma to być głównie podróż sentymentalna, odwiedziny właśnie — starych kątów i starych znajomych — a przy okazji prezentowanie się przed nimi w roli światowego człowieka sukcesu, ale że — jak to mówią — krew nie woda, a okazja czyni złodzieja — wplątuje się Maks w szaleńczą miłość, spisek polityczny i bandycki napad, a na żadną z tych sytuacji nie był właściwie przygotowany. Tak więc: dzieje się!

To że Maks przygotowany na to wszystko nie był, jest jednak tylko jedną stroną medalu, bo po drugiej kryje się inna prawda: tęsknił za tym wszystkim w „swojej” Argentynie. Ciągnęło go do starych grzechów. Tak jak ćmę do światła, w którym jest jej zguba. Jak do niej dojdzie, o tym powieść opowiada.

I trzeba od razu rzec, że opowiada znakomicie. Z typową dla tego typu prozy dozą kiczu, ale i wyjątkowo barwnie; na każdej stronie roi się od nieprawdopodobnie kolorowych typów — mężczyzn i kobiet — żyjących na co dzień po ciemnej stronie mocy, ale obdarzonych niekiedy wielkim sercem, tyleż podłych, co szlachetnych, tyleż zdeprawowanych, co wrażliwych. Maks i Flora zanurzają się więc ponownie w ten świat, z którego kiedyś odeszli, a który teraz upomniał się o nich, próbując zachować swoją niezależność, lecz tonąc w nim coraz głębiej. Pełno tu namiętności, sprzecznych uczuć, wielkich zamiarów i małych świństw, no i tysiąca szczegółów rodzajowych i obyczajowych, których już nikt inny — tylko on, Izaak Baszewis — tak dobrze nie zapamiętał, i z taką emocjonalną siłą nie potrafił odtworzyć z pamięci.

Wielką zaletą powieści jest jej przekład — autorstwa Krzysztofa Modelskiego, który potrafił dla jidisz Singera znaleźć świetny polski klimat językowy; bo pozostając przy dawnym kolorycie nieco już archaicznej polszczyzny oraz specyfice umarłej żydowskiej mowy z początku XX wieku, swoje tłumaczenie nasyca równocześnie żywą, współczesną frazą, znajdując odpowiedniki dawnego językowego folkloru w dzisiejszej mowie miejskiej. Czyta się więc Odwiedziny nie jak jakiś szacowny (?) „zabytek”, lecz łatwo i przyjemnie, a i bez przykrej świadomości podróbki czy wysilonego przefajnowania.

Przy okazji zaś niejako uświadamia sobie Czytelnik — Poczytalion też! — że jest to w gruncie rzeczy książka o wielkiej utracie. Nie tylko starego świata, lecz i własnej tożsamości. Zagubionej w przemianach, w przyspieszającym rytmie historii, która chwila jeszcze, a zmiecie całe tamto minione życie. Z jego brudem, ale też moralnymi dylematami, bujnym pięknem i wielowiekową tradycją.

[Izaak Baszewis Singer, Odwiedziny, przeł. Krzysztof Modelski, Wydawnictwo Fame Art, Lublin 2024]

 

2.

Jest (było) ich dwóch. Strzelecki i Majda. Majda i Strzelecki. Mają przed sobą zadanie, wyjątkowo ważne i odpowiedzialne zadanie — wykonać wyrok. Brzmi to bardzo oficjalnie, ale bez owijania w bawełnę można też rzec tak: muszą zastrzelić konfidenta, ukatrupić szpicla. Dla nich dwóch to nie nowina, bo wojna nauczyła ich już wiele i jeszcze niejednego mogłaby zapewne nauczyć.

O tym właśnie jest Wyrok Ishbel Szatrawskiej. Czy jednak aby na pewno? W warstwie zewnętrznej z pewnością tak. Na stu kilkudziesięciu stronach tej niedługiej powieści śledzimy losy dwóch młodych mężczyzn, przemierzających bliżej nieokreśloną polską prowincję czasu drugiej wojny światowej w poszukiwaniu człowieka, którego mają zabić. Podobne sprawy załatwiali już wcześniej, dla nich to niemalże rutyna, a dla ludzi postronnych, którzy o nich słyszeli, znak, że lepiej im nie wchodzić w drogę.

Szatrawskiej, związanej z Warmią i Mazurami pisarki i autorki dramatów, nie interesuje wyłącznie czysta akcja i prosta fabuła. A może inaczej — doskonale radzi sobie ona z tworzeniem narracji i opowiadaniem pełnej napięcia historii, ale w centrum jej zainteresowań wydaje się ludzka psychika i to, co robi z nią wojna, każda wojna, niezależnie pod którą szerokością geograficzną wybucha i trwa.

W Wyroku nie ma bohaterów jednoznacznie pozytywnych, nie ma też postaci, które z definicji są złe, wypełniają znamiona typowych powieściowych czarnych charakterów. Nie ma, ponieważ to świat wokół nich jest Złem, świat, w którym przyszło im żyć i walczyć o przetrwanie — niezależnie od stosowanych metod. Wiejski głupek, trzymający wieś twardą ręką stary gospodarz, handlarz, zielarka, partyzanci czy wreszcie Majda ze Strzeleckim — wszyscy oni działają i żyją tak, by przeżyć. Za wszelką cenę, nieważne, jaka miałaby być, choćby i najwyższa. Dlatego mniej istotne, kto tu sprawuje władzę — czy są to Niemcy (to narodowościowe określenie skądinąd nie pada w powieści ani razu, podobnie jak słowo Polska), czy też może ci, którzy przyjdą po nich. Nasi — nienasi. Najistotniejsze, by mieć co do garnka włożyć. I nie dać się zabić.

Wykreowany przez Szatrawską świat schyłku drugiej wojny jest mroczny, ponury. Wraz z głównymi bohaterami przemierzamy lasy, wsie, wzgórza i udziela nam się klimat przesiąknięty fatalizmem, gdzie trzeba być czujnym na każdym kroku, bo nigdy nie wiadomo, kiedy i z której strony pojawi się niebezpieczeństwo. Próżno szukać tu nadziei, a jeśli już, to chyba tylko na zobaczenie kolejnego wschodu słońca.

Szatrawska nie ocenia bohaterów, a tytuł książki — Wyrok — można odczytywać na wiele sposobów. Dosłownie, czyli jako zadanie do wykonania dla dwójki bohaterów, ale i szerzej, jak wyrok, który wydano na polskie społeczeństwo i wszystkich żyjących w czasie wojny na okupowanym terytorium. Także na takich, jak Majda i Strzelecki, młodych, prostych, zmuszonych okolicznościami do rzeczy podłych, nieraz odrażających.

Język powieści jest oszczędny, chropawy, ale zarazem niepozbawiony nutki poezji, co da się zauważyć zwłaszcza w opisach przyrody (tak!), a także rodzącego się i gasnącego dnia. To proza efektowna, może momentami odrobinę efekciarska, lecz nieprzekraczająca granicy między indywidualnym stylem a manierą.

Czytając Wyrok, miałem w pamięci wojenną prozę Jana Józefa Szczepańskiego, twórczość Andrzeja Stasiuka, a nawet niektóre utwory Cormaca MacCarthy’ego. W tej powieści również dominuje suchy styl, pod którego warstwą buzują jednakże wielkie emocje. I nie da się też powiedzieć, by Szatrawska kopiowała sposób pisania i opowiadania stosowany przez wymienionych twórców. Można tu co najwyżej mówić o autorsko rozwiniętej, mniej bądź bardziej świadomej, inspiracji, bo świat i bohaterowie, z którymi czytelnik styka się w Wyroku, to bohaterowie Szatrawskiej, nikogo innego. To jej wizja Czasu Pogardy, gdy moralność zeszła na dalszy plan, a jej znaczenie zostało mocno przedefiniowane.

Od czytelnika zależy, czy w tę wizję — bardzo sugestywną — uwierzy, czy da się jej może nie tyle porwać, ile przekonać. Wyrok to nie jest lektura do poduszki, choć oczywiście i przed snem można ją czytać. Niewykluczone jednak, iż sen po niej nie będzie miły.

Rzeczywistość, którą kreuje autorka, jest odpryskiem Polski i Polaków, których już nie ma; to uniwersum zaludnione przez ludzi dalekich od charakterystycznych dla bezrefleksyjnego nacjonalisty wyobrażeń o wojnie. To świat, w którym ukojenie daje świadomość zaspokojenia głodu, kwaterka wódki, dach nad głową w niebezpieczną noc i możliwość przeżycia kolejnego dnia. Świat, w którym największym zagrożeniem jest drugi człowiek, czasem nawet bliższy lub dalszy znajomy, a przynajmniej ktoś znany z widzenia.

Wyrok opowiada o tym, co wydarzyło się dawno, mniej więcej osiemdziesiąt lat temu. Diagnoza, którą stawia autorka, może być jednak aktualna, bo ludzie ludziom nadal gotują ten los — wystarczy wspomnieć wojnę na Ukrainie czy konflikt palestyńsko-izraelski.

Po przeczytaniu Wyroku pomyślałem też o niesprawiedliwie potraktowanym przez krytykę filmie Ludzie Macieja Ślesickiego i Filipa Hilleslanda, który w brutalny i niepozostawiający złudzeń sposób pokazuje, co konflikt zbrojny robi z ludźmi właśnie, i co ludzie robią — także sobie nawzajem — w czasie wojny, jak w jednej chwili zmienia się rzeczywistość, a wszystko dokoła przepoczwarza się i potwornieje. Nikt bowiem nie zgotuje człowiekowi takiego piekła jak drugi człowiek, nawet jeżeli piekło to nie miałoby objawiać się w postaci tortur czy zbrodni, a jedynie w szarej codzienności. Szatrawska udowadnia, że piekłem może być każdy kolejny dzień. A że czyni to przy pomocy wysokiej klasy literatury, tym bardziej warto zwrócić uwagę na Wyrok — powieść niezbyt obszerną, ale przejmującą i gęstą od znaczeń.

[Ishbel Szatrawska, Wyrok, Wydawnictwo Cyranka, Warszawa, 2026]

Paweł Albo Poczytalion (ur. w 1965 r. w przysiółku Szczecin Dąbiego) — z wykształcenia ornitolog. Mieszał w Kantucky i Bismarck (Niemcy), dziś: Niezbyt Dobra koło Szczecina. Miłośnik starej Broni (imię psa, dokładniej: suki). Publikował w prasie krajowej, polonijnej, milenijnej i codziennej („Głos Louisville”, „Głos Pomorze”, „Kurier Szczeciny”), magazynach poświęconych niezdrowemu żywieniu („Piwariat”) i pismach literackich (m.in.: „Czas Chałtury”, „Nestor”, „Wsypa”, „Faza”, „Kwartalnik Artystyczno-Krytykancki”). Wydał m.in. wiersze i epitety Życie skocznikiem (2007), powieść ontologiczną Wandalizm. Motyw kobiecego samobójstwa w poezji współczesnej (2013) oraz wszystkie oszczędności z konta dolarowego w PKO S.A.

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści