BARTŁOMIEJ MALINOWSKI
Kiss of deff. 2
Pojedynek wyszedł ni długi, ni epicki.
Osiem butelek później otarł usta, gdy Morty korzystał z pomocy kolegów, by opuścić lokal. I choć nie pojął sensu gry, zgromadzeni w Hancock Lodge chyba tak, kibicując im całą rozgrywkę.
— Nie widzę sensu tej gry.
— Bo go nie ma. — Włosy Karen spłynęły na ramiona, gdy zdjęła chustę. — Ot, przykrywka do schlania się na umór. Wnosząc po składnej wymowie, przegrałeś.
Wyniosła butelki.
— Przepraszam, że dołożyłem pracy.
— Nie szkodzi. Zaraz zamykam.
Ludzie stolik po stoliku opróżniali lokal, zostawiając napiwki. Gest przypomniał mu kładzione na oczach monety.
— Pokazałeś mu! — Poczuł klepnięcie w plecy. — Sprzedaję swój grill, Karen! Wolę twoje steki od własnych!
— Morty chętnie go odkupi! — Wskazała za okno, gdzie koledzy wkładali pijaka do wozu. — Jak tylko dojdzie do siebie!
Pomachali sobie. Skopiował gest.
— A ty co, Siedzący Byku? Przybywasz w pokoju?
Opuścił rękę.
— Muszę wrócić do pracy.
— Roboty nie przerobisz. Mógłbyś się tu odnaleźć.
— Pracuję i żyję sam.
— Więc jest nas dwoje. — Rozejrzała się. — Dosłownie wczoraj malowałam tu ściany. — Potrząsnęła głową i zniknęła na zapleczu. Zza wahadłowych drzwi dobiegł szelest worków. — Robota… I po robocie! Powiem ci, jak zrobimy — powiedziała, gdy wróciła. — Jeśli Ameryka słynie z gościnności, to stan Nowy Jork najbardziej! Nie samo miasto, ale…
Wyjęła dwa steki z oczkiem. Widział, ile mięsa spożywał świat, całe szczęście, że asystował jedynie ludziom.
— Stawiasz kolację, ja drinka. Pewno umierasz z głodu.
— Umieram?
— Bladyś jak ściana. Za mało żelaza. A możeś jeden z tych, co prędzej zjedzą skórkę z banana, niż antrykot?
Wyciągnęła rękę nad ekspresem. Miała przyjemniejszą dłoń niż Morty. Ciepłą od rusztu, na niej drobne znamię.
— Ponoć ukazują… — Bardziej skupił się na przebarwieniu skóry niż obietnicy posiłku. — Jak ostatnio umarliśmy.
Zakryła je, jakby się go wstydziła.
— Zabiło mnie draśnięcie?
— Umierano od mniejszych rzeczy.
Wyjęła utarg z kasy.
— Znam go. — Przyciągnął studolarówkę. — Dlaczego tu widnieje?
— Benjamin Franklin? Musisz być bogaty, skoro często się mijacie. Postawił pierwszy uniwersytet. Działa do dziś. Uniwersytet, nie Franklin…
— Skąd to wszystko wiesz?
— Lubiłam historię. Szczególnie naszą. Dziś to pewnie grzech nacjonizmu. — Obejrzała się na prawie dogasły ruszt. — Więc, Panie Obcy?
Uniósł studolarówkę — pięcioma palcami, jak pajęczynę.
— Stać mnie?
Przejechał po guzikach kamizelki.
— Myślę, że było pyszne.
— Prowadzę tę budę dwadzieścia lat. — Nalała rum. — Lepiej, żebyś miał rację!
Z zapalniczki strzelił płomień. Odbicie w szybie ukazało twarz Karen, samą, przy stoliku.
Zerknął na papierośnicę.
— Częstuj się.
Pamiętał pierwszych, którzy zwijali tytoń. Przy sposobach, w jaki na szczycie swych piramid pozbawiali się życia, palenie zdawało się wręcz odwlekaniem ich spotkania.
— Miałem spróbować, ile ludzkość pozwoli…
— Odrobinę na wyrost mówić o Hancock „cała ludzkość”. — Wypuściła dym. — Uznam to za komplement. Nie zostaniesz dłużej?
— Świat by się zawalił.
— Nie przesadzaj. Z nami czy bez, jakoś sobie poradzi.
Zapalniczka miała wyrobiony zatrzask i grawer iguany na przedzie.
— Bywały większe. Niektóre wielkości budynków.
— Zapalniczki?
Poszedł za jej przykładem i wypuścił dym.
— Ile udało ci się spróbować?
Naśladował ją: cygaretka w dwóch palcach, podparty łokieć; nieśpieszne pyknięcia.
— Wygrałem turniej picia. Zjadłem stek, palę papierosa…
— To jak przejść liceum w jeden dzień! Brakuje tylko, żeby ktoś zdjął z ciebie spodnie! — Speszyła ją własna zuchwałość. — Spokojnie, nikt nie będzie ciągnął cię do łóżka… A na pewno nie siłą!
— Do łóżka?
— Przysięgam, ten twój angielski… Na spoczynek!
— Wieczny?
Pacnęła się w czoło.
— Życie to nieco więcej niż picie, palenie i ciupcianie! Hemingway by się nie zgodził, ale… Weźmy całowanie!
— Robiłem to!
— Naprawdę? — Zmarniała.
— Z białowłosą panią! Niosłem jej zakupy. — Uśmiech Karen powrócił. — Znów się ze mnie śmiejesz…
— Przestań!
— …i znów nie wiem dlaczego.
Zebrała talerze. Z zaplecza dobiegł odgłos buczenia wody. Gdy wróciła, uniosła szklaneczkę.
— Za ciebie, harcereczko.
Drewniano-korzenny napój palił.
— Wytłumacz mi coś, w końcu jesteś facetem… Dlaczego z początku latacie za nami jak szczyle na kolonii, a gdy robi się poważnie: puf! Wytłumacz, panie… — Zasłoniła usta. — Dobry Boże! Zjadłam kolację z nieznajomym!
— Jesteś Karen.
— Tyle wie każdy w promieniu dwudziestu mil! Nie chwaląc się… Za to ty?
— Różnie mnie zwą.
— Daruj ksywki z liceum. Pytam o imię.
— Po co ci ono?
— Choćby po to, że podałam ci swoje.
Wymiana zabrzmiała uczciwie.
— Death.
— Deff? Jak Def Leopard?
Wzruszył ramionami.
— Nie przejmuj się. Połowa Ameryki nie mówi po naszemu. Więc, po co kwiaty i pisanie w środku nocy, skoro po tygodniu wam przechodzi, Deff?
— Mam w tej materii zerowe doświadczenie.
— Chcesz powiedzieć, że… Ile możesz mieć lat?
Tyle, co wy, pomyślał. Aktualnie zaś ile chciał: około trzydziestu pięciu. Przybrał postać szczupłego mężczyzny o anglosaskich rysach, wzrostu sześciu stóp z groszami.
— Dlaczego się nie chwiejesz! Pijesz to diabelstwo na równi ze mną!
Nie odnalazł w rumie nic diabelskiego, choć taki właśnie efekt zdawał się wywrzeć na Karen.
Spróbowała się podnieść. Zachwiało nią. Chwyciła się stolika, lądując półdupkiem na jego udach. Na zapleczu musiała chować perfumy. Pachniała dymem i czymś owocowo słodkim.
— Odezwiesz się? Numer jest na drzwiach… Możesz też po prostu wpaść.
Nim się zorientował, pocałowała go w środek ust: mokro i z uczuciem.
— Dlaczego? — spytał, gdy pocałunek zwiotczył jej ciało. — Dlaczego?!
Pytanie skierowano jakby do konkretnego, choć oddalonego o lata świetlne, odbiorcy.
Zza baru odpowiedziały trzaski konającego paleniska.
— Dlaczego? — Przecinał noc wzdłuż torów nad Delaware. Rzucić się w tym miejscu, płytka woda zagwarantowałaby spotkanie.
Chyba że nie wróci do pracy.
Spojrzał w niebo. Nie stała nań choćby chmurka. Widzieli się dokładnie.
— To moja zapłata?
Kpił z niego; przemycał szyderstwo w świście zefiru, z każdym podmuchem gwiżdżąc jak na wsiowego głupka.
Chwycił rosnący wiciokrzew. Roślina zmarniała i obróciła się w pył.
— Gdybym nie wrócił? Kim byś mnie zastąpił?
— Nie próbuj!
Po dniu na Ziemi umiał odróżnić: kobieta.
Nie wyczuł jej. Wyłapywał dusze z drugiego końca galaktyki, a przeoczył dziewczę na skraju mostu. Tym bardziej że młode spiritus bywały ogniste; pełne niepewności, miotane w klatce napalonych ciał; ciągane namiętnością, zwodzone podnietami.
— Większość odwleka spotkanie. — Głuchy na groźbę zbliżył się.
— Skoczę!
Krzyk spłynął Delaware, jak dawniej lament dwudziestu dusz, gdy jeden dowódca przekroczył ją zimowym porankiem.
Zbliżył się. Rozżarzone ślepia objęły ją poświatą, jak nadciągający pociąg.
Złapał jej nadgarstki. W zapłakanych oczach zagrało przerażenie. Uśmiechnął się na kuriozum sytuacji: bardziej bała się Śmierci niż śmierci.
— Proszę…
Jednorącz wystawił ją za kraniec mostu.
— O co? Byłabyś pierwszą, której zrobiłbym to z własnej woli. — Chwycił jej podbródek. Po nadgarstku przetoczyła się łza. — Wiesz, co cię czeka?!
Ryknięcie rozbrzmiało pod czaszką, przechwycone duszą, nie uszami. Łza uciekła z piegowatego policzka, jakby na wzór wytwórczyni chcąc dokonać żywota w płytkiej Delaware. W lustrach zapłakanych oczu ujrzał blade odbicie: męskie lico z fryzurą na jedną stronę.
— Wiesz, co znaczy nie mieć życia?! — Próbowała się wyrwać, ale trzymał jak stalowe pętle. Szarpanina odsłoniła rękaw. Przedramię orała seria blizn; głębokie, od nadgarstka po łokieć, wzdłuż arterii. Fakt, że nie spotkali się w momencie ich zadania, zakrawał o cud. — Zrób mi przysługę, ty kupo gówna! Dalej!
Wiatr za ich plecami ustał, jakby samemu chcąc przysłuchać się sprzeczce. Świat docisnął sprzęgło, stając na światłach wieczności.
Przywarł do jej ust; pierwszy raz sam inicjując pocałunek.
Zagubioną i wściekłą odciągnął od siebie — nadal żywą, niezwiotczałą.
— Skocz, a nie będę miał wpływu, gdzie trafisz. — Ściągnął ją z krawędzi. — Zaufasz mi?
Gdy się przemogła, ledwie ją dosłyszał:
— D-dobrze…
Uśmiechnął się. Niewymuszenie.
Za plecami zadął wiatr. Przejazd rozwył się, oblewając tory krwawą poświatą. W dole Delaware płynęła swoim nurtem; płytka tak, że trzy wieki temu przekraczano ją konno.
Rozpędzony pociąg towarowy CSX Transportation podróżował z Ontario, planowo kończąc bieg na Florydzie. Przeciął pordzewiały most, rozdmuchując wir świetlików zgromadzony przy krawędzi torów.
Pocałunek nie odebrał jej życia, bo już go w sobie nie miała.
Z magazynu „Reader’s Digest”, wrzesień 2025:
„Zdarzają się rzeczy tak małe, że widoczne dopiero spięte w klamry statystyk.
12 sierpnia 2019 nie był dniem przełomu. Nie nawet godnym wspomnienia. Było ciepło, jak na koniec lata — ot, 224. dzień roku.
Z pozoru.
Świat obchodził Międzynarodowy Dzień Młodzieży i Światowe Święto Słoni. Do końca roku zostało 141 dni; 32. poniedziałek w roku, 33. tydzień i 52. dzień lata. 42 dni do kalendarzowej jesieni.
Dr Edgar Dante z Uniwersytetu Kalifornia badając śmiertelność w USA, natrafił na przedziwną daną; której — o dziwo — nie zauważył był nikt przed nim.
Statystycznie ze świata odchodzimy co dwie sekundy. 30 osób w minutę! 160 drużyn piłkarskich co godzina! Jest nas prawie 8 miliardów, może tak łatwiej to przełknąć?
Tylko na terenie Stanów ktoś przychodzi na świat co 8 sekund. Wyobrażacie sobie? Raz, dwa — ktoś umiera. Raz, dwa — osiem nowych dusz. Wynik końcowy? Siedem na plusie.
Liczby kazały dr. Dante zatrzymać się przy sierpniu 2019. Ku swemu zdumieniu naukowiec zauważył, że na całym świecie, (tj. 195 krajów i 7,753 mld ludzi) zmarły tego dnia jedynie dwie osoby. Tak, dobrze czytacie. Nie w ciągu sekundy — dnia!
Dalej? Dalej jest tylko ciekawiej.
Obie, okazuje się, zmarły w tym samym stanie! I — wierzcie lub nie — w tym samym miasteczku! Przypadek? Błędne dane?
Naukowiec niemal natychmiast zmienił temat pracy i skupił wyłącznie na zjawisku. Artykuł ukazał się nakładem UC Press, tyt.: »Anomalia Śmiertelności, 8/12/2019« i natychmiast wywołał poruszenie w środowisku akademickim.
Hancock w stanie Nowy Jork, mieścina licząca 3 tysiące mieszkańców, gdzie odeszły wspomniane dwie osoby (sic!), zaczęła zalewać fala amatorów tajemnic i uczonych z całego kraju. Po dziś dzień poszukiwacze sensacji lgną do miasteczka, szukając rozwikłania tajemnicy.
Zwolennicy dochodzeń dzielą się na dwa obozy — za istotny uważając sam dzień (8/12/19) oraz tych zgodnych, że istotną rolę odgrywa miejscowość — Hancock, NY. Obie zgadzają się w jednej kwestii: nie można mówić o przypadku.
Odpowiedź, dlaczego noc z 12 na 13 sierpnia przeżył każdy, prócz pary niezwiązanych ze sobą osób, nadal nie poznaliśmy. Teorii przybywa. Jedna z ciekawszych mówi…”.
„New York” Magazine, maj 2027, dział Fun Facts:
„Czy wiesz, że:
— największa odnotowana prędkość wiatru wyniosła 253 mph?
— 12 sierpnia 2019 roku na całym świecie zmarły jedynie 2 osoby?
— w Toskanii, we Włoszech, wyhodowano największą zmierzoną dynię: ważyła 2703 funty, wygrywając tym samym Europejski Konkurs Ważenia w Ludwigsburgu?”.
Bartłomiej Malinowski (ur. w 1992 r.) — przedsiębiorca i nauczyciel języka angielskiego. Absolwent Uniwersytetu Przyrodniczego i Wyższej Szkoły Filologicznej we Wrocławiu. Mieszka w Kłodzku. Dotychczas publikował na łamach „Magazynu Histeria” i „Pulp Magazyn”. Wydał powieść Zatrzymaj się (2023).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved