Skip to content

MACIEJ KOWALSKI

wycinki dziennika. 11 [Warszawa 2025, c.d.]

 

24 września

Budzę się ok. godz. 8.35. Ca. 6 h i 40 min. Dzisiaj jadę od razu na śniadanie na Nowy Świat, do Bliklego. Ponieważ jest stosunkowo ciepło, siadam na zewnątrz. Zamawiam jajka po benedyktyńsku, pączka z różą oraz dużą americano z mlekiem. Ta sama sympatyczna, choć lekko nieogarnięta dziewczyna, co w czerwcu. Dostaję po godz. 11. Siedzę dłużej, przy pączku i kawie. Potem przesiadam się do wewnątrz, bo trochę chłodu i wieje lekki wiatr. Wychodzę ok. godz. 12.43.

Zmierzam od razu na przystanek Muzeum Narodowe. Wsiadam w linię 521, która zawozi mnie do Falenicy. Stamtąd idę uliczkami. Kosodrzewiny-Jachowicza-Olecka. Na końcowy 161, przy Oleckiej właśnie. Czekam parę minut. Na końcowym Zbójna Góra — drobny spacer. Pani z psem. Zbliża się do mnie i pyta, czy ja do tych państwa (tu pada nazwisko, którego nie pamiętam), bo wie pan, ostatnio zaczęły nam się tutaj kręcić dziwne osoby. Tłumaczę, że ja tylko na spacer. Miłego spaceru życzy i odchodzi. Idę najpierw Podmokłą. Dochodzę do drewnianego krzyża, na styku z Powiatową. Po zrobieniu zdjęcia kontynuuję trasę tą ulicą. Potem Fromborską i Kwitnącej Akacji. Okolica jest bardzo ładna! Dużo zieleni, ale też asfaltowych dróżek, więc chodzi się dobrze. Zabudowa jedno-, wielorodzinna, jeziorko. Spacer ok. 20 minut. Zatrzymuję się na przystanku zadaniowym. Kwitnącej Akacji. Autobus ten sam, co przyjechałem, ale trochę więcej osób, głównie dzieci. Stoimy. Był poważny wypadek. Tutaj na dróżce. Auto, prawie zmiażdżone od przodu, przyciśnięte drzewem. Wracam z Falenicy linią 521, ale ten kurs akurat jest skrócony, tylko do Wiatracznej. Dlatego też na placu Szembeka wysiadam i przesiadam się w 9. Muzeum Narodowe. Zrobiłem koło.

Idę na spotkanie numer jeden. Zapiecek — kiełbasa na kapuście z chrzanem i ciemnym pieczywem plus barszcz. Spotkanie numer dwa (po 19). Caffè Green Nero. Do 21. Dwie herbaty rozgrzewające. Godz. 21.13, już jestem w Pijanej Wiśni. Znów piję dwa kieliszki, po 100 ml. Wychodzę godz. 22. Powrót zajmuje mi prawie godzinę. A to z uwagi na to, że ok. 10 minut czekam na Starynkiewicza, na autobus. W hotelu ok. godz. 22.56. Idę spać po północy. Trzeci cel mojego pobytu. Zbójna Góra! W końcu to zrealizowałem, bo przymierzałem się od dłuższego czasu.

W wolnych chwilach przeglądam kupione książki. Jako pierwszą, książeczkę o nieco zapomnianym dziś „wyklętym” z Lubelszczyzny — Romanie Szczurze (ps.) „Urszuli”. Publikacja ma charakter przyczynkarski. Autorem jest Handke, którego pozycje czytelnicze są mi dobrze znane, co najmniej od czasu pisania recenzji(-eseju), podsumowującej lekturę Mandreli o Witoldzie Pileckim (obok Indiry Gandhi, Filipiny Płaskowickiej i alei KEN — jedna z najważniejszych ulic Ursynowa, tj. sypialni prezydenta). Jako druga idzie Wilcze uroczysko. Wspaniałe! Uwielbiam ten baśniowy język, miejscami archaiczny, ale przez to jednocześnie osobny, i dość prostoduszne spojrzenie na (magiczną) rzeczywistość. Zainspirowało mnie to do stworzenia stylizowanego na podanie ludowe opowiadania, roboczo nazwanego Szmaragdowa Topiel. Nazwę wziąłem od niewielkiego, wymarłego i zarośniętego akwenu w Puszczy Bukowej. Jednocześnie skojarzyło mi się to z topielicą, postacią znaną ze słowiańskiego bestiariusza.

Najwięcej czasu poświęcam Dziennikowi z lat okupacji Zamojszczyzny, autorstwa lekarza ze Szczebrzeszyna (to ta miejscowość znana z wolno żyjących chrząszczy) Zygmunta Klukowskiego. Książka robi wrażenie. Nie tylko dlatego że jest historyczna. Czasami też zdarza mi się robić notatki z życia. Może tylko nie tak dramatyczne. Talent literacki pomaga autorowi umieścić się w centrum Wielkiej Historii XX wieku, bez uszczerbku na indywidualności. Z jednej strony obserwujemy, jak w soczewce, procesy zachodzące na jego oczach. Z drugiej, sam Klukowski. I ludzie, których spotyka na swojej drodze. Ci znani mu i ci całkowicie obcy. Jest tu pełne poświęcenie dla bliźniego w warunkach wojny. Prowadzenie szpitala, wydające się bohaterowi nie tyle heroizmem, co zwykłym obowiązkiem. Polskie lektury. Przede wszystkim Sienkiewicz! Swobodnych chwil, tylko dla własnych myśli, jak w ampułkach, ale są. Reakcje społeczeństwa na wydarzenia oraz na samego okupanta. Reakcje Polaków, Żydów, Ukraińców…

 

25 września

Budzę się po ósmej. Pełne 8 godzin! Ładnie. Ze snu pamiętam tylko majaki, sylwetki p. A. i osób z ekIPy na placu (przypominającym Rondo Ułanów w Szczecinie) oraz ludzi wysyłanych do mnie, z pewnej odległości. W drugiej wizji jestem w jakiejś klasie, wyglądającej jakby była w opuszczonym zamku czy hangarze. Próbuję wyjaśnić klasie, co to jest historia. Przy czym klasa składa się z dorosłych ludzi, głównie wyglądających na seniorów z uniwersytetu trzeciego wieku.

Dzisiaj, ponieważ ranek poświęcam na kąpiel i golenie, u Bliklego, na Nowym Świecie, jestem późno. Zasiadam o takiej porze, o jakiej kończyłem wczoraj. Obsługuje mnie starszy, szczupły mężczyzna. Biorę tym razem śniadanie angielskie (porównam z wtorkowym), pączek z różą oraz dużą americano z mlekiem. Trochę chłód i wiatr, ale słońce też jest. Godz. 14., zaczynam dzisiejszą podróż.

Jadę na Plac Zawiszy. Stamtąd 504, na Kabaty. Z powodu opóźnień w przejeździe jestem chwila po 15. Na pętli Kabaty oczekuję linii 239. Kierunek — cmentarz na Kępie Okrzewskiej. Prawie pół godziny. Kierowcy za mną opowiadają sobie o swoich doświadczeniach przy jeżdżeniu po Warszawie za kółkiem komunikacji (pada nazwa przystanku Kujawiaka, na Wyczółkach; Wyczółki są fajne, bo ulice tam są od tańców). Do Żabki (idealnie prosto), gdzie kupuję Oshee bez cukru oraz paczkę ostrych orzeszków. Między przystankiem Rondo Unii Europejskiej oraz Gotarda lustruję pięknego chłopca, ok. 13/14 l. Ma blond czuprynę na pazia i białą koszulkę. Wraca chyba ze szkoły, bo ma plecak (ten fragment wcześniej, jak jechałem na Kabaty). Sporo osób (także młodzieży szkolnej). Dojeżdżam na pętlę. Tam od razu wchodzę do zielonej sypialni. Trawa, na której znajduje się parę nagrobków (odczytuję niektóre nazwiska) oraz drewniany krzyż. Robię zdjęcia, do albumu. Potem idę pieszo przez część wsi. Przechodzę tory i wkraczam na ul. Sągi, już na Kępie Zawadowskiej. Południowo-wschodni kraniec dzielnicy Wilanów. Jest w miarę ciepło i wietrznie. Akurat podjeżdża autobus, który kursuje tutaj pętelką z Kępy Zawadowskiej. Prętowa-Calowa-Bruzdowa. Wsiadam na pętli do linii 164. Docieram nią do Metra Wilanowskiej i stamtąd tramwajem.

Obiadokolacja (chwila po 18.). Jem w Zapiecku, ale bliżej palmy. Siedzę na piętrze. Dzisiaj golonka na kapuście z chrzanem i ciemnym pieczywem. Plus barszcz. Ponieważ po tym posiłku czuję się ciężko, postanawiam wypić gorącą herbatę, najlepiej miętę. Szukam Vincenta, ale nie mogę znaleźć. W końcu znajduję. Nie skojarzyłem, że jest tak blisko Świętokrzyskiej. W sumie ciekawy przypadek dysonansu poznawczo-orientacyjnego. Rezygnuję jednak z Vincenta i zasiadam w Coście. Po upewnieniu się co do zakresu oferty, biorę u (wyglądającej na niezdecydowaną płciowo) kelnerki herbatę zielono-miętową. 13 zł. Wybieram najdalej wysunięty w głąb kąt kawiarni i udaje mi się przeczytać 10 stron Orbity. Ponieważ po wypiciu nadal czuję się nieco przyciężkawko, biorę drugą.

Potem Pijana Wiśnia, ale piję tylko jeden kubeczek, na ciepło — 250 ml. Wziąłem na ciepło, bo dają w tych kubeczkach i nie trzeba, przy barmanie, nachylać się i spijać kropel do samego końca nalanej wiśniówki; to trochę dyskomfortujące. Kupuję też u dziewczyny za barem jedną buteleczkę na wynos. Zawiozę w prezencie do domu. Płacę 60 zł za całość. Jestem w lokalu ok. 20 minut. Symbolicznie. Muszę wyjść, aby wcześniej wrócić, choć chwilę słucham cudownie śpiewającego po angielsku chłopca. Ok. 15/16 l. Przypomina Błażeja. Ma dłuższe włosy (ale nie za długie), które odgarnia palcami obu rąk, bordowy gold, wytarte leciutko jasne dżinsy oraz znoszone adidasy. Siedzi zawadiacko na krześle i dziękuje po każdym występie (niezależnie od intensywności oklasków). No trudno! To uczucie przykrości, że trzeba opuścić przybytek i towarzystwo. Ostatni dzień poświęciłem na, również od dawna zaplanowaną, penetrację Kępy Zawadowskiej, a także Kępy Okrzewskiej. Godz. 22.31, już w domu. Późnym wieczorem, jak na złość, tuż przed wyjazdem, znowu sytuacja napięcia. Na górze wyraźnie (choć słabo) słychać odgłosy imprezy urodzinowej (orientuję się po wyśpiewaniu w całości „sto lat”). Głosy, muzyka. Zastanawiam się, jak to będzie. Myślę przez moment nawet nad tym, aby zadzwonić na ochronę.

 

26 września

Budzę się punktualnie o godz. 03.45. Łącznie ok. 4/4,5 godziny snu. Hałasy urodzinowe z góry ustały już dawno i były na tyle przytłumione, że udało mi się przy nich zasnąć, ale zapomniałem o nawracającym stresie nocnym, pewnie związanym z faktem wymeldowania i wyjazdu.

Przed pobudką miałem majak w postaci bycia blisko ciemnego lasu (bardzo podobnego do parku w Klęskowie, gdzie kiedyś chodziłem z dziadkiem, tym między Pszenną a Pomarańczową) i przeczucia jakichś potworów, kryjących się w środku. Widzę też na radarze czerwoną ikonkę wilkołaka, który zapewne tam chodzi. Rzut krótki, fazy rem, w stronę ekipy Scooby’ego. Widać psa, Kudłatego i Freda (chyba ten ostatni zakłada szary blezer!). Potem już nie śpię. Z jednym wyjątkiem. Zasypiam może na pół godziny jakieś. W tej przerwie drugie widmo. Jestem u znajomych (kolegi) na imprezie. Wchodzę do kuchni, gdzie młody chłopak wyciera naczynia i uśmiecha się do mnie przyjaźnie. Jest nawet dosyć wysoki, ma blond włosy, umięśnione ciało i wyraźny owal twarzy. Zbliżam się i uśmiecham do niego. Staram się być miły, może zbyt przymilny…

Udaje mi się zmieścić w terminie z pakowaniem. Ok. 5 minut przed dziesiątą jestem przy recepcji. Ta sama nastolatka, która mnie witała w poniedziałek, pyta, czy wszystko było w porządku. Pozwala mi zostawić bagaż na przechowanie. Jadę na śniadanie do Bliklego. Jadąc 167 obserwuję przede mną przystojnego chłopaka w wieku studenckim. Ma gęstą czuprynę, zaczesaną lekko na bok, szczątkowy, elegancko nędzny zarost i ciepłe spojrzenie utkwione w telefonie. Z kimś (z zapałem) pisze. Wysiadam na Dworcu Zachodnim. On pojechał dalej. Wraz z całym swoim życiem, którego zapewne nigdy nie poznam. Ani dziewczyny, chłopaka ani wyuczonego zawodu, zainteresowań ani gestu palców w drobnej chwili sięgania po komórkę lub wypiek z piekarni. Tylko kilka krótkich spojrzeń. Od mety do mety. To wszystko, co o nim wiem. Może akurat dzisiaj tak przykuwa wzrok.

Na śniadaniu jestem ze znajomym. Pije jedynie herbatę, bo jadł rano. Angielskie jest dużo słabsze niż wczoraj (nie ma pączka, mniej pieczywa, a mleczko do kawy podane oddzielnie). Dzisiaj wyjątkowy tłum, więc długo czekam. Żegnam się ze swoją ulubioną łazienką. Potem idziemy do Dedalusa na Chmielnej (róg). Tam kupuję wypatrzoną korespondencję Marcela Prousta z Danielem Halévym. Żółta okładka. Może być ciekawie. Zastanawiam się, czy wziąć przewodnik Szymańskiego po Bródnie i Bielanach, ale kolega mówi, że słabo to wygląda. Rozmienia w Żabce pieniądze i oddaje za herbatę (płaciłem za całość kartą). Rozstajemy się w centrum.

Wracam do hotelu. Biorę bagaż. Kończy mi się bilet, a nie chciałbym kupować kolejnego, bo to strata pieniędzy. Zatrzymuję się na Dworcu Zachodnim o 13.49., a więc idealnie o tej godzinie, o której kończy się bilet. Odjadę jednak z zachodniego, mimo że mam z centralnego. Sprawdzam miejsce odjazdu, a potem siedzę przez blisko 1,5 godz. w Coście, blisko dworca, w tym szklanym. Za ladą grupa dziewczyn i miły młody chłopaczek o chudej buzi dziecka i blond włosach. Nieśmiałe spojrzenie małych ocząt. Mówi starannie wyuczone formułki. Z zaangażowaniem, które podziwiam. Nie biorę duetu, bo jest na aplikację, ale wybieram za to rozgrzewającą herbatę z goździkami, cynamonem i pomarańczą (dobra!). Potem jeszcze domawiam wrapa z kurczakiem (robiony na ciepło) oraz ciastko francuskie z czekoladą i budyniem. Zjadam obie rzeczy od razu. Nic nie zostawiam na podróż.

Dopiero potem uzmysławiam sobie, że ten chłopak był bardzo podobny do Marcela, z którym kiedyś się spotykałem. Z peronu dzwonię jeszcze informacyjnie. Podróż mija bez przeszkód. Siedzę obok jakiejś poetki. Wysiada w Krzyżu. W pociągu udaje mi się przeczytać 60 stron kupionej dzisiaj książki. Podczas krótkich postojów puszczana jest muzyka klasyczna. Chopin!!! Czyni to całą podróż naprawdę wyjątkową, estetycznie wzbogacającą. Przyjeżdżam z bardzo niedużym opóźnieniem. Zanoszę wszystko do domu i wychodzę kupić małą pizzę. Biorę klasyczną, 26 zł. Muszę coś zjeść, bo w podróży nie jadłem nic. Tylko butelka wody, której i tak nie wykorzystałem. Jem na szybko trzy kawałki i kończę Rozjazd. Idę spać godz. 03.40.

Maciej Kowalski (ur. w 1989 r. w Szczecinie) — doktor nauk humanistycznych, dziennikarz, historyk, nauczyciel. Studiował filologię polską na Uniwersytecie Szczecińskim. Był związany z Muzeum Narodowym oraz LO im. Sybiraków w SSF. Autor kilkudziesięciu tekstów: artykułów popularnonaukowych, esejów, omówień i opowiadań. Współredaktor i sekretarz serii monograficznej Film. Historia i konteksty. Publikował m.in. w „Polish Biographical Studies” oraz „Szczecińskich Studiach Archiwalno-Historycznych”.

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści