Skip to content

MARZANNA ROSIŃSKA

Bez makijażu

Kiedyś nosiłam maskę —
uśmiech malowany farbą
pękającą przy pierwszym oddechu,
spojrzenie podkreślone kreską,
która udaje szczerość,
słowa poukładane w sztuczny rytm.

Lustro odbijało rysy wygładzone,
oddech wymuszony
w świetle sztuczności,
ukrywając prawdziwą twarz.

Teraz zdjęłam makijaż.
Patrzę w lustro bez filtrów.
Czuję oddech własny, naturalny.
A w odbiciu — rysy, które znają życie,
oczy, które pamiętają troskę
i obecność innych.

Drobne pęknięcia, choć widoczne,
stają się ozdobą,
przepuszczają światło,
które zostaje na dłużej.

Gesty milczenia już nie są osłoną,
a przestrzenią,
w której słowa nie muszą się ukrywać.

Prawdziwość mówi własnym kolorem,
przyciąga subtelnie
i wypełnia przestrzeń innych,
bez sztucznego blasku,
bez pomnika.

 

Nie samemu

Dotykam niepewnie krawędzi dnia,
lecz boję się spłoszyć noc,
która czasami ma twarz przyjaciela.

Zegar skulony w ciszy
odmierza godziny, 
jakby jutro przygniatało go swoim ciężarem.

Patrzę,
ale widzę pustkę
zawieszoną między ścianami —
zimną i bezkształtną, 
która nie mieści się na wadze.
Odbija myśli
i uderza nimi tam,
gdzie ból krzyczy najgłośniej.

Chcę uniknąć ciosu,
ale moje ramię —
milczy, jakby nie należało do mnie.

Odwracam głowę w stronę światła,
chociaż na chwilę,
by przecisnęło się przez powieki.

Próbuję złapać oddech,
który nie drży jak wczoraj,
by uciszyć pulsujący strach.
Nieśmiało poruszam ciało,
by powoli miękło.

Czyjaś dłoń podała mi szklankę wody
wolną od smaku samotności.
Choć jeszcze przeciskała się przez usta,
docierała w miejsce, 
które wypalił ból.

Moje ramię drgnęło,
by dłonie mogły się spotkać
w uścisku, 
który uchyla drzwi do światła.

Po raz pierwszy
łzy przestają boleć,
bo zostawiają odcisk
w pomocnej dłoni, 
która nadal czeka otwarta. 

Światło jeszcze nie przyszło, 
ale już wie, gdzie trafić.

A ja zaczynam słyszeć,
jak zegar wybija jutro.

 

Ekspozycja

Wszystko na wystawie,
każdy siebie ustawia jak eksponat.

Nic nie jest w półcieniu.
Prywatność skąpo ubrana,
za cenę lajków odkrywa tajemnice w świetle lamp.

Uśmiechy wygładzone przez filtry,
a słowa pod lupą komentarzy
tworzą wizerunek bez głębi.

Intensywność emocji
przybiera pozę szczerości,
zakłada okulary —
przez które widać własne ja.

W świetle reflektorów
samotność siedzi w kącie.
Wychodzi wtedy, 
gdy wszystko milknie.

Zostaje sama na scenie.

  

Po własnych śladach 

Duża postać zasłania światło.
Jej cień wlewa się w moje kroki,
zostawia ślad moich stóp.

Palcami dotyka bólu,
wprawia mięśnie w drżenie, 
rozlewa zimno. 

Ciało pamięta dawną ciemność —
zimny atrament w żyłach, 
głos, który utkwił między oddechami
jak gwóźdź, 
który nie chce puścić. 
Mimo że klucza już nie ma,
kraty nadal stoją.

Nieśmiały promień próbuje mnie dotknąć.
Wyciąga dłoń.
Choć zatrzymuję odruch w pół ruchu,
w źrenicach pojawia się 
pierwszy błysk światła.

Powoli otwierają się drzwi,
światło rozświetla ścieżkę,
a ja już nie drżę.

Dostrzegam ślady,
ale nie w moich stopach —
jak pęknięcia w obcej ziemi.
Cień wielkiej postaci maleje,
a ja oddycham własnym oddechem

Zaczynam żyć.

 

Odwrócone spojrzenie

Mijam słowa,
które proszą o uwagę.
Wyciągają ręce po resztki ze stołu —
głodne ciepła, które nie nadchodzi.
Odwracam głowę,
by spojrzenia nie przeniknęły skóry.
W środku czuję zimno —
ale własne.
A to wystarcza za pancerz.
Słowa oddalają się.

A ja —
domykam drzwi do swoich spraw,
by ślady innych gasły na wycieraczce,
a cudze sprawy nie spały w moim domu.
Może ktoś inny się zatrzyma.

Marzanna Rosińska (ur. w 1966 r.) — nauczycielka, absolwentka Studium Nauczycielskiego. Mieszka w Augsburgu.

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści