KAZIMIERZ BRAKONIECKI
Dziennik berliński. Dzień dziesiąty
Budzę się… w Berlinie. Miasto, aglomeracja, metropolia. Taki Meksyk liczy podobno tyle mieszkańców co prawie cała Polska. W Jakarcie mieszka 14 milionów ludzi. Berlin liczy bez mała cztery. Z tego pół miliona obcokrajowców. Kolejką jedzie się przez całe pulsujące życiem miasto ponad godzinę, a skład jedzie z przeciętną szybkością 40 km. Co pięć minut kolejny pociąg. Wszędzie radykalne zmiany, postęp technologiczny, internet, telefony komórkowe, satelitarne. Psychoza nowoczesności. Tyle narzekań filozofów na naukę i technikę, ale bez niej nie potrafimy żyć i wyłącznie w niej upatrujemy nadzieję na polepszenie życia i, paradoksalnie, na odtechnicyzowanie naszych przyzwyczajeń. Miasto-świat. Miasto-halucynacja, miasto-zbrodnia. Miasto-państwo. Miasto-organizm. Miasto-kosmos. Kołyska, szkoła, zakład pracy, szpital, kostnica, trumna.
Zajmujące to zajęcie obserwować Berlin zmieniający się w latach 90. i na początku nowego tysiąclecia. Już na początku XX wieku panowała powszechna opinia, że Berlin nie trwa (spokojnie), ale nieustannie i nienasycenie przekształca się. Wojna przyniosła zagładę, podział miasta na dwa światy, obozy, cywilizacje, wreszcie zjednoczenie, połączenie w jeden organizm miejski, ale czy Berlin jest „czystym miastem niemieckim”? Pruskoniemieckim? Na podglebiu słowiańskim? Z francuskimi hugenotami (kiedyś na trzech mieszkańców jeden był hugenotem, ale to było bardzo dawno; teraz najwięcej z obcokrajowców jest Turków, ale nie aż tak dużo jak niegdysiejszych kolonistów, do 150 tysięcy). Co mu dało przeniesienie doń stolicy? Kontrasty wynikłe z ran wojennych, różnice z powodu charakteru zabudowy (kapitalistycznej, zachodniej, handlowej; socjalistycznej — monumentalnobetonowej) nadal są i długo jeszcze będą dostrzegalne. Ja, jadąc kolejką, zdumiewam się, że mimo wszystko pozostało trochę kamienic, budowli o wybitnym pruskim charakterze, są też kamienice, podwórka, częściowo całe ulice w dawnej wschodniej strefie, które przypominają odległe czasy Republiki Weimarskiej, a może nawet Wilhelma i Bismarcka. Berlin widzialny i niewidzialny. W dziewiętnastowiecznej Francji rozczytywano się w tasiemcowych tajemnicach Paryża (Sue), odkrywano naturalistyczne bebechy podziemnego w sensie dosłownym miasta (Zola), Londyn genialnie rejestrował Dickens, a widmowy i aż do bólu jednocześnie konkretny Petersburg wyłaniał się z prozy Dostojewskiego. Berlin jako duchowe miejsce zmagań, jako centrum kulturowo-egzystencjalnych batalii w scenerii ulicznej geografii aglomeracji-apokaliptycznego Babilonu pojawił się w literaturze zdecydowanie później, może na końcu, a autorem epokowych dzieł nie byli jedynie Niemcy, ale i Rosjanie, Skandynawowie, Żydzi — początek przekształcania się Berlina w niemieckie Chicago (określenie Marka Twaina) datuje się na koniec XIX i na początek XX wieku, a apogeum na konwulsyjny przełom lat 20. i 30.
Przyszły mi w tej chwili na myśl dwa kultowe filmy o narodzinach niemieckiego faszyzmu, które mocno ustaliły moje widzenie tamtej epoki: amerykański Kabaret (1972) Boba Fossa z Lizą Minnelli w głównej roli, scenariusz w dużym stopniu oparty na autobiograficznej powieści Christophera Isherwooda Pożegnanie z Berlinem (Goodbye to Berlin) oraz Jajo węża (1977) Ingmara Bergmana, w którym mistrzowsko ukazane zostały warunki umożliwiające powstanie totalitaryzmu (nacjonalizm i antysemityzm, bieda, nienawiść, szukanie wroga, konflikty społeczne, urazowy lęk).
Może za mało miast niemieckich widziałem (poza Berlinem byłem w Hamburgu, Lubece, Stutgarcie, Moguncji, w miastach Ruhry, Dreźnie, Lipsku, Kolonii, Ratyzbonie, ale nie w Monachium ani Frankfurcie), więc nie potrafię powiedzieć, czy Berlin jest najbardziej niemieckim z miast. Ośmielam się zaryzykować, że raczej nie. To miasto pruskie i hitlerowskie, fakt, ale czy to znaczy, że stuprocentowo niemieckie, nie. Niemcy są zbyt regionalne, za bardzo zróżnicowane (dla mnie takimi „zachodniozachodnimi” Niemcami są mieszkańcy landów przy granicy z Francją), aby móc wskazać na jakiś okręg, miasto, land w stu procentach spełniający idealny charakter narodowy Niemiec. Nie piszę „o duszy niemieckiej”, ponieważ tego terminu nie znoszę. Charakter narodowy, to tak, coś takiego się urabia w narodzie, ale nie mityczna dusza rasy, narodu, społecznej klasy! Berlin jest więc małoniemiecki, bo pruski, wschodnioniemiecki, bo postenerdowski, wielkoniemiecki, bo stoliczny, europejski, bo kosmopolityczny. Ale chodzę też i po mieście umarłych, po trupach młodziutkich żołnierzy hitlerowskich, sowieckich, polskich, po zwłokach spalonych cywilów, ale to w ogóle mnie już nie wzrusza. Wiem, że Berlin w swoich wnętrznościach kryje przykre tajemnice i że miał być cudną stolicą świata nadludzi, że z tamtej epoki pozostały mu tylko małe różki, że obudowuje swoje grzechy jako stolicy osi zła pamiątkowymi wyrzutami sumienia, jak muzea, pomniki hańby, które stoją obok pomników chwały, wskrzeszonych i otoczonych policjantami synagog. Owszem, Berlin ma dziwną historię. To miasto pruskie i władcze, to miasto konwulsyjne Republiki Weimarskiej, to pyszna stolica III Rzeszy, to miasto zabite, zbombardowane, poranione, przecięte, okrążone i obrażone murem, podbite, podzielone, sieroce, kontrastowo odmienne, różne, zamknięte i wreszcie zjednoczone, połączone, swoje liczne rany liżące do teraz, pomimo nowych budowli, gmachów, alei, arterii. Pamiętliwe i złe demony są nadal tutaj jak i dobre duchy są tutaj, całe galerie miejsc strasznych i miejsc przyjemnych. Są miejsca chwalebne i hańbiące, ale razem występują w nowoczesnej mitologii miasta jako jedna przestrzeń historyczna. To miasto może budzić grozę, ale i wciąga, rodzi nadzieję na przyszłość. Ono nie zakłamuje tutejszego zła. Daje nadzieję na bardziej pokojową i otwartą Europę. A ja, całkowicie obcy, chyba dobrze się w nim czuję. To miasto wydaje mi się przyjazne, nie narzuca się, jest nieco samo zszokowane tym, co z nim się stało. Może to tylko teraz, na chwilkę, i duma, i moc powrócą? Lepiej obudowane i przygotowane do zwycięstwa?
Sebastian Haffner w 1940 roku (od kilku lat przebywał na emigracji w Anglii) stwierdził, że „Prusy stały się rakiem Niemiec” i imperialnej, militarystycznej wizji Prus, którą symbolizował Poczdam, przeciwstawił kosmopolityczne, liberalne miasto Berlin. Opowiadał się — po spodziewanym upadku III Rzeszy — za podziałem Niemiec na poszczególne państwa (np. Bawarię, Saksonię, Austrię, Rhineland) i konkludował: „Przyszłe Prusy muszą nazywać się — Berlin”. Alianci na nasze szczęście poszli dalej i Prusy zniknęły w ogóle i na zawsze.
Berlin stref okupacyjnych (amerykańskiej, brytyjskiej, francuskiej, radzieckiej) do czasu pojawienia się 13 sierpnia 1961 roku granicy (czyli wpierw zasieków z drutu kolczastego, a następnie Muru (Mur=Mauer=Mauerstadt) był w zasadzie miastem dostępnym i otwartym. W oczach Zachodu był twierdzą wolności wymierzoną w niewolniczy, komunistyczny Wschód. W oczach Wschodu — imperialistyczną wyspą, przyczółkiem. Berlin był wyspą demokracji oblewaną wodami czerwonego morza. Berlinem w sektorze wschodnim w 1953 roku wstrząsnęły robotnicze i narodowościowe zamieszki zdławione czołgami radzieckimi; sektorem zachodnim — wizytówką kwitnącej kapitalistycznej gospodarki i dobrobytu RFN (wtedy mówiliśmy NRF) — epokowe wydarzenia buntu młodej generacji w 1968 roku, które przeszły do historii powojennych Niemiec, jak te paryskie do historii najnowszej Francji. Po stronie zachodniej na ulicach królowały Volkswageny, Mercedesy i Ople, po wschodniej Trabanty („Trabbi”) oraz Wartburgi. Berlin zawsze składał się z dużej mieszanki narodowościowej, która wnosiła swój koloryt (francuski, austriacki, żydowski, słowiański), a obecnie turecki, albański, postjugosłowiański, azjatycki, polski i rosyjski, amerykański, ale już nie żydowski. Posługuję się tutaj angielskim i słyszę ten język wystarczająco często, żeby uznać, że w pewnych kręgach można by przeżyć tutaj życie, nie identyfikując się ani nie rozmawiając z tubylcami w ich języku. Wiem, że to miłe pozory, ponieważ tak już kiedyś było, wystarczy kryzys w gospodarce, zawirowania polityczne, aby obcy powrócił do statusu wroga. Tak jest na całym świecie. Stolice są zawsze bardziej kosmopolityczne niż prowincja w każdym kraju. Porównaj sobie Warszawę z Olsztynem lub Elblągiem. Ilu w Olsztynie widziałeś czarnych Afrykańczyków, czyli tych „naszych” Murzynów! Czterech? Trzech? I to wszystko. Przecież znasz Polaków żydowskiego albo polsko-żydowskiego pochodzenia, którzy cudem z nami pozostali, a jednak (rezolutnie?) nie obnoszą się ze swoim pochodzeniem. Pamiętam, że Berlin wschodni z lat 70. wydał mi się miastem naszym, socjalistycznym, więc ponurym, ze śladami wojny, ale jakby też bardziej zachodnim, lepiej i efektowniej zbudowanym, z lepszymi sklepami niż nasze socjalistyczne miasta. Wydaje mi się, że próba zniwelowania różnic pomiędzy kapitalizmem a socjalizmem, próba wybudowania i przywrócenia pruskiej historii temu doświadczonemu miastu jest ryzykowna, ale może i potrzebna; z jednej strony hedonizm, kosmopolityzm, z drugiej — zakorzenianie płynnej, kolorowej nowoczesności w głębokich pomrokach dziejów, żeby ominąć i hitleryzm, i komunizm. A może się mylę, przecież tylko chodzę i patrzę, a teraz siedzę przy komputerze w salce na piętrze i przeszukuję w wyszukiwarce książki napisane po francusku i angielsku o Berlinie. Chodzę i patrzę, i jakoś jest mi dobrze, dobrze się tu czuję, nie boję się Berlina, nie boję się demonów, trupów, obsesji, to miasto śle przyjazne komunikaty pomimo brzemienia historycznego.
No i ten trzeci kultowy film: Niebo nad Berlinem Wima Wendersa z 1987 roku, określony jako smutny i dramatyczny, o rozdartym mieście i melancholijnych ludziach. Rozdzielone murem miasto pokazane jest oczami dwóch aniołów. Jeden anioł pragnie poznać powszedni smak człowieczeństwa, zakochuje się w ładnej woltyżerce, która tęskni za piękną miłością. Szary i smutny obraz, filmowany w czerni i bieli (kolor pojawia się w chwilach znaczących, gdy anioł przyjmuje postać człowieka). Berlin jest podzielony i tylko aniołowie mogą go pokonywać swym niebiańskim lotem. Starych ludzi zżera nostalgia za dawnym miastem, szukają jego śladów, młodsi popełniają samobójstwa. Wszędzie jest Mur. W ludzkich sercach także.
Co jest symbolem nowoczesnego Berlina? Alexanderplatz? Nie. Mityczna bogactwem zachodniokapitalistycznym z dawnych lat Kűrfűrstendamm? Nie, to opatrzona, jakoś zszarzała i żałośnie epatująca swym handlowym minilogo ulica. Potsdamer Platz? A Reichstag i Brama Brandenburska? Muzeum Holocaustu? Ślady Muru? Nie ma jednego, głównego tutaj, miejsca symbolu Centrum. Jest kilka osi komunikacyjnych i symbolicznych, przez które należy przejść, przejechać, zobaczyć, aby dotknąć nerwu historii tego popękanego, poranionego, ale dynamicznego i wielowarstwowego miasta-państwa. Prestiżowa Unter den Linden została, wraz z pomnikami jak Brama Brandeburska, Uniwersytet Humboldta, odbudowana w NRD. Po 1871 roku, po zwycięstwie nad Francją i po zjednoczeniu, cesarstwo podjęło się wielkiej polityki historycznej, aby poprzez pomniki udowodnić narodowi niemieckiemu prawo Prus do kierowania Rzeszą. Trochę zostało z tej furii monumentalizowania miast pomnikami i muzeami w dzisiejszym Berlinie i będzie jeszcze więcej. Wiadomo, że np. zrekonstruowany zostanie pałac królewski. Nie jestem, łagodnie mówiąc, entuzjastą tego prusaczenia stolicy Niemiec.
Spadł drobny śnieg w nocy. Do Potsdamer Platz. W okresie podziału miasta to była ziemia niczyja, no-man’s land. Pod koniec lat 80. okolice placu zamieniały się w weekendy w handlowy Polenmarkt (polskie targowisko). Wspomniany film Waltera Ruttmana o Berlinie koncentrował się na tym placu, ale przeszłość została wymazana (nie tylko bombami) i stoją w tym newralgicznym niegdyś miejscu, gdzie mieściły się modne Café Josti, Loesicy, Wolf i Wertheim, ultranowoczesne, o kanciastych, nieprzyjemnych kształtach drapacze chmur, które stłoczone i ściśnięte tworzą zupełnie inny Berlin (ani wilhelmiński, ani weimarski, ani enerdowski, a nawet nie zachodnioniemiecki, lecz ultranowoczesny, kosmopolityczny, postmodernistyczny). To bezwyrazowe, ale uniwersalno-globalne Downtown. Daimler-Chrysler-Sony-Center. Nie lubię tutaj przebywać. Zawsze jest potworny przeciąg, nie czuję, w jakim kraju i mieście jestem, architektura rzeczywiście robi wrażenie, ale odpycha, przytłacza i odsyła do percepcji intelektualnej, a nie emocjonalnej. Potwory ze szkła! Jeżeli chodzi o substancję zabytkową, to Berlin głównie szczyci się dziewiętnastowiecznymi zabytkami mistrza Karla Friedricha Schinkla, następnie awangardową, przemysłową, użytkową architekturą Republiki Weimarskiej. Tak więc Potsdamer Platz należy do najnowszej, w tym przypadku najbardziej śmiałej i nowoczesnej, fazy przepoczwarzania się stolicy Niemiec w metropolię światową.
Dzisiaj mały ruch, niedziela i zimno. Berlińczycy i turyści (ci nieco śmiesznie, bo w co mogli) cieplej ubrani. Idę tym wygwizdowem nowoczesnym do Neue Nationalgalerie (jedyne dzieło słynnego architekta Ludwiga Miesa van der Rohe wybudowane grubo po wojnie), aby trochę popatrzeć na stałą wystawę sztuki XX wieku. Nie po raz pierwszy zresztą. Tym razem zabrało mi to 8 euro i 30 minut. Dusiłem się tymi ekspresjonistycznymi obrzydliwościami, które tak kochałem, sarkałem na kicze geometryzmu, miałem mdłości na widok tej łatwizny abstrakcji lirycznej. Nuda, nuda, nuda. Chaos, manieryzm, maniactwo, oszustwo, wielkie oszustwo sztuki i artystów. Bo ileż można namalować pasków kolorowych i białych przestrzeni, ile wylać farby, ile razy zdeformować trupa, kobietę, miasto? Nuda, łatwizna, zgroza, oszustwo. Ale Kokoschka mnie nie zawiódł! Ale bez przesady! Sporo w tobie z tego umiłowania ekspresjonizmu zostało, to nadrealizm stał się najłatwiejszym kierunkiem w sztuce; to on stał się uniwersalnym kiczem i sprytną metodą „malowania metafizycznego nastroju” (pamiętam dziesiątki tego typu obrazów malowanych na całym bożym świecie, upiorny banał i to tolerowany, a nawet nagradzany na prowincjonalnych konkursach plastycznych).
W tej to galerii wiosną 1991 roku po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością Aselma Kiefera. To była wystawa retrospektywna, ogromne malowidła dwa na trzy metry nasiąknięte dramatycznymi, teutońskimi wizjami, obrazy-nieobrazy, które sam Kiefer nazywa książkami, wizyjne, ekspresjonistyczne, rozdygotane przywołania mitów i scen historycznych, obrazy-nieobrazy, rzeźby-nierzeźby, monumetalne biblioteki książek z ołowiu, demoniczne realizacje nowoczesne, a przecież tak niewiarygodnie wypełnione odwiecznymi obsesjami germańskimi, minioną wojną, apokalipsą. To było odkrycie sztuki bulwersująco żywej, dynamicznej, oddziałującej natychmiast na mózg, oczy, podświadomość. Widać było, że tu nie chodzi o „robienie sztuki”, ale o przemożne działanie na skrzyżowaniu magii, snu, walki, obsesji, szamańskie przywołanie mocy, emocjonalne odreagowanie i katharsis. Kiefer objawił mi się jako niemiecki i z niemieckimi mitami i symbolami zmagający się szaman, który po raz pierwszy, od epoki ekspresjonizmu, pokazał w sposób gigantyczny wielkość niemieckiego umysłu, który bez obaw znów zaczyna stawiać rozrachunkowe pytania etyczne i metafizyczne. Kiefer był uczniem Josepha Beuysa, sztandarowego performera lat 60. i 70., który mnie nigdy swoją sztuką nie przekonał do siebie. Wolę czysty, rozkiełznany, żywiołowy i szczery geniusz Hasiora (szkoda, że niedostępny dla świata). Ostatnio widziałem wielką wystawę retrospektywną Beuysa. Smutne, jak niewiele zostawił po sobie dzieł, jak niewiele to znaczące dzieła. Nie chodzi o to, że jako działający poza tradycyjnym przedmiotem sztuki, nie mógł pozostawić obrazu czy rzeźby. W jego narcystycznym, nagłaśnianym zaangażowaniu proekologicznym, antywojennym, antyimperialnym widziałem przede wszystkim wyniosłą sylwetkę germańskiego nadczłowieka w oficerskiej czapce (był pilotem w czasie wojny), który zagania publiczność jakby batem do celebrowania w jego osobie mitomanii, szamaństwa, kapłaństwa, objawienia. Wydało mi się to wszystko zbyt wymyślone, narcystyczne, spreparowane. Fałszywe. Nie potrafiłem mu uwierzyć, a może nie chciałem. Może nawet go się bałem. Ostatnie wcielenie Niemca, oficera ds. nowoczesnej sztuki germańskiej, która musi zbawić świat, tak jak kiedyś musiała go wpierw zniszczyć. Kiefer pracuje w sztuce nowoczesnymi metodami, ale pozostaje romantykiem zafascynowanym ciemną stroną ludzkiej rzeczywistości. Też jest niepokojący, germański do szpiku kości, taki Wagner ekspresji plastycznej, który montuje i rozmontowuje świat mitów niemieckich, świat tabu i stereotypów, świat koszmarów i snów, pozostawiając po sobie ogromne formatowo i mieszane gatunkowo rzeczy-przedmioty-dzieła sztuki, jakby pragnąc zaludnić Pustkę, Nicość podstawowego historycznego doświadczenia Niemiec: wzlotu, szaleństwa, upadku. Ale jest przekonujący.
W zimnym, wilgotnym powietrzu wyruszam na poszukiwanie bunkra Hitlera. Park Tiergarten i monumentalny pomnik żołnierzy Armii Radzieckiej. Jest ze mną kilka osób. W marcu 1848 roku w Berlinie wybuchła gwałtowna rewolucja, lud pracujący oraz studenci wybudowali barykady. Podobno jednym z wielu powodów do wyrażenia czynnego niezadowolenia przez Berlińczyków był zakaz palenia papierosów na wolnym powietrzu (tu: w parkach). Wojsko zabiło ponad 200 osób. Ich ciała tłum przyniósł pod pałac króla Prus i zwalił na murawę. Fryderyk Wilhelm IV z małżonką zmuszony został do wyjścia na balkon. Małżonka na widok trupów zemdlała. Król zdjął natomiast kapelusz i przystał na reformy, w tym na powrót do palenia w ogrodach i parkach publicznych. Ktoś z licznie zebranych manifestantów wykrzyknął: „A w Tiergarten też?”. „Też”, odparł król, ojciec Wilhelma I, przyszłego cesarza II Rzeszy. W słynnym, pisanym latami, poemacie Arno Holza (1863-1929), w którym odzwierciedlone jest całe jego życie (berlińskie, lecz również szczęśliwe wschodniopruskie dzieciństwo — na domu rodzinnym w polskim już Kętrzynie umocowano tablicę mu poświęconą), jest fragment o tym, jak poeta siedzi sobie na ławce w parku Tiergarten i pali papierosa. I co widzi? Oczywiście spacerującego „leutnanta”. Wojskowych w tym pruskim mieście i wszechniemieckiej stolicy nigdy nie brakowało.
Reichstag, parlament niemiecki, w śniegu. Trzy wielkie flagi niemieckie łopoczą na wietrze. Na Reichstagu, symbolu zwycięstwa mieszczańskiego parlamentaryzmu, cesarz kazał osadzić ku przestrodze cesarską koronę. Obecna nowa kopuła jest całkowicie szklana, aby w ten sposób pokazać, że państwo i demokracja w tym kraju są przezroczyste i dostępne do wglądu ogółowi. W języku polskim pojawiło się (z angielskiego i niemieckiego: transparency, transparenz) słówko-potworek „transparentny”; tak więc nowe Niemcy są transparentne. Zachodzę do holu, kręcę się i wychodzę. Mogę wejść i zwiedzić tę kopułę, ale może innym razem. Symboliczne krzyże osób zabitych przy przekraczaniu Muru. Brama Brandenburska (niemieckie Propyleje). Między Eberstrasse a równoległą Wilhelmstrasse, gdy się idzie do Potsdamer Platz, znajduje się bunkier Hitlera. Budowla z 1935 roku. To nieduża i niezabudowana przestrzeń, dokładnie nie wiem, czy stoję w dobrym miejscu. Bliżej Vossstrasse? Tu na rogu? Eleganckie, stalowe ogrodzenie. Prostokąt otoczony z dwóch stron przeszklonymi budynkami. Parking? Ta żwirowo-gliniana ziemia, to puste miejsce wyróżnia się w środku nowocześnie zabudowanej okolicy. Komora, ciemnica ludzkiej bestii. Co za zabytek! W latach 80. częściowo wysadzony i zasypany. Co z nim zrobić, chyba tak zostawić jako nagi plac? Podziemia niemieckiej duszy. Austriackiej! Nie, nazistowskiej. Patrzę i nie widzę, i nie mogę sobie nic wyobrazić. Na Kremlu jest mauzoleum Lenina, gdzieś tam grobowiec Stalina też jest, wnuczek nawet spiera się o należne mu po gruzińskim dziadku apanaże chwały — zbrodniarze sowieccy mają się dobrze i machają rączką z czerwonej trybuny śmierci. Tutaj czarna trybuna śmierci dyszy pod ziemią zaklepana. Ale zło obudzone, rozjuszone, zastosowane przez tych katów i wielu innych im podobnych, pomniejszych w XX stuleciu, dobrze się zachowało tu i ówdzie, a szczególnie w sercach i głowach człowieczych. Granica bestialstwa po wsze czasy została przekroczona.
Wracam do Pomnika Ofiar Holokaustu (Denkmal für die ermordeten Juden Europas), który otwarty został w maju 2005 roku. Tu pod ziemią była Kancelaria III Rzeszy? Bunkier Goebbelsa? Przestrzeń wypełniona ponad dwoma tysiącami kamiennych steli, wśród których poruszamy się my, zwiedzający, jak w labiryncie. Są różnej wysokości. Większość ponad dwa metry. Nagrobne stele. Szarostalowe, betonowe (?), podobno zabezpieczone przez aktami wandalizmu, łatwo zmywalne. Solidna, niemiecka robota. Czekam w ogonku na wejście. Oddaję mój scyzoryk, który został w plecaku wyświetlony. W podziemiach rozmieszczono ekspozycje w kilku sterylnych, przestronnych salach, na których ścianach prześledzić można historię losów wybranych rodzin żydowskich z całej Europy (podświetlone ekrany, zdjęcia, dokumenty, mapy). W osobnej sali odczytywane są biografie ofiar — na murze pojawia się wyświetlone imię i nazwisko ofiary, data narodzin, śmierci, a głos w językach niemieckim i angielskim prezentuje życie i tragiczny koniec prezentowanego człowieka. Wzorcowo przygotowane muzeum, skupione na najważniejszych faktach, przywołujące konkretne historie-żywoty, wykorzystujące stare i nowoczesne techniki informacji (jak komputery). Proste, przekonujące, obezwładniające — również architekturą „stelową” oraz rozwiązaniem przestrzenno-scenograficznym (aż do prostego znaku). Długo przyglądam się zdjęciom, tym nieistniejącym, zamęczonym osobom, ich twarzom. To genialny pomysł — zobaczyć, odczuć indywidualny los, jego początek i końcową zgrozę. Wczuć się w tę niezawinioną tragedię. Publiczności dużo, w tym trochę młodzieży. Niemcy — mistrzowie w śmierci, ale także mistrzowie w ekspiacji. Tak świetnie i szczerze to czynią, że z holocaustu powstaje mit niemieckiej pokuty i specyficznego dzieła sztuki (pamięci-pokajania-katharsis) niemiecko-żydowskiego. Chodzę długo między kamieniami nagrobnymi pamięci ofiar niemieckiej zbrodni na człowieku. Pode mną trupy hitlerowców najwyższej „marki”. Hymn Walkirii dobiega z dołu nienawiści, ale też psalmy zamordowanych. Nieszczęsny, okrutny wiek XX. Najgorszy ze wszystkich dotychczasowych stuleci!
Na stacji Potsdamer Platz kupuję buły z wędliną i keczupem. Powrót kolejką do LCB. Bije 17. Zmierzcha się. Dobrze, że mam ciepłą kurtkę zimową. Na głowie zasłużoną czapeczkę z pomponem, taką jaką noszą muzułmanie, w każdym razie takie zauważyłem na filmach. Te czapki, udekorowane we wzorki poziome, szyte mocno i gęsto, może i wełniane, pojawiły się u nas chyba w latach 70. Tu raz spotkałem starego Turka w takiej czapeczce. We Francji częściej.
Do późna czytam szkice i myśli Simone Weil. Jak dziś pamiętam, jak stoję przed katalogiem wypożyczalni bibliotecznej na starówce olsztyńskiej w środku lata 1971 roku. Właśnie dowiedziałem się, że zdałem egzaminy i dostałem się na polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Na karcie katalogowej autor Colin Wilson. Tytuł książki Outsider. Kraków 1959. Zaintrygowany wypożyczam i odkrywam swój los. Tak jak w dzieciństwie, kiedy byłem „chłopakiem na opak”. Jestem inny, obcy, lecz mam sprzymierzeńca. Mam autorytety i protoplastów w wielkich postaciach z literatury i sztuki. Zaczyna się moja wielka przygoda duchowa. Zaczynam rozumieć, dlaczego nie pasuję, dlaczego się buntuję, dlaczego „jest mi tak źle”. Następnego lata, kiedy wracam na wakacje do domu, jestem po roku dalszych epokowych odkryć lekturowych i egzystencjalnych, których bym nigdy tutaj, w Olsztynie, nie doświadczył, wypożyczam Zakorzenienie oraz Świadomość nadprzyrodzoną Simone Weil. Tej ostatniej już nie oddałem. I tak już Simone pozostała ze mną na stałe, właściwie tylko poza latami 90., kiedy zerwałem z nią związki, nie wytrzymując jej fascynacji śmiercią, wyniszczeniem, jej odrzucenia świata materialnego, jej chorobliwej pychy i urzekającego szczerością szaleństwa. Chorobliwy geniusz, młoda kobieta, która nienawidziła swojej kobiecości, podpisując się w listach do rodziców „wasz Szymon”, cierpiąca na kompleks niższości wobec genialnego starszego brata. Żydówka, która nienawidziła i nie rozumiała Żydów, która odrzucała Stary Testament i plemiennego Jahwe, imperialny Rzym, która uważała się za chrześcijankę, a nie przystąpiła do chrztu, nienawidząc instytucjonalnego Kościoła; która zabiła się głodówką w Anglii w 1943 roku, chcąc być jak Jezus; która była pacyfistką, a pojechała na front do Hiszpanii walczyć, a nawet nie potrafiła dobrze broni trzymać, bo poza tym była ślepa jak kret; to „monstrum horrendum”, ta „czerwona dziewica” nawołująca do rewolucji, a jednocześnie do zakorzenienia w małej ojczyźnie, ta robotnica z tytułem naukowym, która nie mogła pracować, bo dręczył ją ból głowy, a ręce miała niesprawne; która odrzucała materię, swoje ciało, którą rodzice bez przerwy nadzorowali, jeździli za nią; ta genialna filozofka, która błyskotliwie analizowała myśl grecką, chrześcijańską, hinduską; ta dziwaczna i śmieszna osoba w brudnych pończochach, z dziwną szopą włosów, w okrągłych okularkach, z tym dziwnym, przepraszającym uśmiechem; ta mistyczka, która nauczyła mnie skutecznie, że ateizm jest czymś przyzwoitszym niż bałwochwalstwo katolickiego i innego teizmu narodowego, że oczyszcza do prawdziwej miłości bez sankcji i pocieszeń; ta poetka, ten poeta, ten wielki człowiek; ta biedna, o wielkiej duszy, samotna Wielkość XX wieku — najsilniej i najdłużej wpłynęła na moje poglądy, na moje życie, aż ją odrzuciłem, gdyż odbierała nadzieję na szczęście, na normalność, na racjonalność, na zwycięstwo dobra nad złem. Wróciłem po latach i jeszcze raz ze zdumieniem stwierdziłem, że po prostu należy z niej wziąć to, co się chce, a nie całość, że jest to geniusz chory i zdrowy jednocześnie, że jej wielkość jest mała i ogromna jednocześnie, że są w niej pokłady rozpaczy, miłości i potrzeba absolutnego przytulenia. Biedna, samotna, genialna, szalona Simone, która pokochała szaloną, zaborczą miłością Jezusa! I postanowiła pójść za nim do końca, do śmierci na własny koszt, odważnie, zdecydowanie, okrutnie wobec swojego ciała, życia, materii, geniuszu.
Simone, nie wyrzekłem się Ciebie, ale biorę z Ciebie to, co jest mi samemu potrzebne dzisiaj. Twoje rozważania o etyce, o przemocy, o sile, o potędze zła instytucjonalnego. Bo jaką ciebie odrzuciłem kiedyś? Głoszącą, że prawda jest po stronie śmierci. Teraz, pozwól, wybieram ciebie inną, tę, która powiedziała, że można kochać i być sprawiedliwym tylko pod warunkiem, że zna się władzę siły i potrafi się jej przeciwstawić. Twój absolutnie doskonały esej o roli siły w Iliadzie, który oślepia swoim jasnowidzeniem! Zwłaszcza w kontekście nowej pamięci o II wojnie światowej i w ogóle o ranach zadanych przez te liczne, okrutne wojny, które i teraz na naszych oczach toczą się i będą toczyć: „Przemoc niszczy zatem tych, których dotyka. W końcu wydaje się czymś zewnętrznym zarówno temu, kto się nią posługuje, jak temu, kto jej doświadcza. Wówczas rodzi się wyobrażenie losu, który sprawia, że kaci i ofiary są jednakowo niewinni, a zwycięzcy i zwyciężeni to bracia w tej samej niedoli. Zwyciężony jest przyczyną nieszczęścia dla zwycięzcy, podobnie jak zwycięzca dla zwyciężonego”. I dalej: „Owe ludy (europejskie) odnajdą być może epicki geniusz, gdy zdołają wyzbyć się wszelkich chroniących przed losem wierzeń, nie będą zachwycać się nigdy siłą, nie będą czuć nienawiści do wrogów i nie będą pogardzać nieszczęśliwymi. Wątpliwe, czy nastąpi do wkrótce” (tłumaczenie: Małgorzata Frankiewicz). Ten powrót do korzeni filozofii greckiej oznacza powrót do refleksji nad przemocą w historii ludzkości. Ciekawe, że podobnie uważał niemiecko-francuski myśliciel Eric Weil (1904-1977), zbieżność nazwisk zastanawiająca, dla którego podstawowym pytaniem filozoficznym nie było pytanie o Prawdę, Byt czy Boga, lecz o Przemoc. To spod pióra Simone wyszły te bezkompromisowe słowa wymierzone przeciwko Hebrajczykom, których nienawidziła za sakralną i plemienną przemoc z okresu ich podbojów w Palestynie: „Gdyby starodawni Hebrajczycy zmartwychwstali i gdyby im dano broń, to by nas wszystkich unicestwili, mężczyzn, kobiety, dzieci, uważając, że popełniamy grzech idolatrii”. Pisała te gwałtowne tyrady, nic nie wiedząc o holocauście, ale także o syjonistycznym państwie izraelskim, które z przemocy uczyniło podstawowy oręż sakralno-nacjonalistycznej batalii przeciwko innym rdzennym ludom Palestyny. Z konieczności, ale coraz bardziej krwawo i nienawistnie.
W XX stuleciu zafascynowały mnie trzy kobiety — świadkowie wieku. Simone Weil (1909-1943), francuska Żydówka, która ignorowała swoje żydowskie pochodzenie, czynnie uczestniczyła w wydarzeniach społecznych we Francji, używała darów genialnego rozumu do zrozumienia istoty wydarzeń politycznych, filozoficznych, uniwersalnych, a stając się anarchistyczną świętą chrześcijańską, odrzuciła rzymski Kościół, oskarżając go o kult siły, przemocy, pieniądza, czyli o zdradę przesłania Jezusa. Zmarła z dobrowolnego wycieńczenia w Londynie w czasie wojny. Edyta Stein (1891-1942), wrocławska Żydówka, też filozof z wykształcenia, fenomenolog, uczennica Husserla, która nawróciła się z judaizmu na katolicyzm, wstąpiła do Zakonu Karmelitanek, przyjęła imię Teresy Benedykty od Krzyża, znalazła prawdę w Bogu, a zamordowana została (wraz z siostrą Różą) w niemieckim obozie zagłady Auschwitz. Hannah Arendt (1906-1975), pochodząca z rodziny zasymilowanych niemieckich Żydów, uczennica Heideggera, po dojściu hitlerowców do władzy emigrantka i z czasem syjonistka, filozofka i autorka epokowych niegdyś dzieł o totalitaryzmie, ponadto także niekiedy krytycznie nastawiona do historii Żydów. Z tych trzech Simone owładnęła moją wyobraźnią najsilniej i to ona wyostrzyła mój bunt przeciw łatwym i łatwowiernym hipostazom. Pierwszy mój bunt przeciw Bogu żydowskiemu, który był Ojcem Abrahama, Józefa i Jezusa, wynikał z analizy ofiary Izaaka dokonanej przez jego ojca Abrahama na rozkaz Jahwe. Izaak nie został w końcu poświęcony, ale sam fakt zgody na taką ofiarę ze strony Abrahama na życzenie Jahwe poprowadził pierwsze moje rozumowanie w kierunku odrzucenia religii opartej nie na etyce, lecz na bezwarunkowym posłuszeństwie wobec autorytetu (nawet jeśli jest on najwyższy). Stein stała się katoliczką, czytając i rozmyślając nad pismami mistycznymi Teresy z Ávili i Jana od Krzyża. Godziła te głębokie uczucia ze scholastycznym podejściem do tradycyjnego Boga ontologicznego (według Tomasza z Akwinu). Jej cnotą było posłuszeństwo. Weil nie była posłuszna, była buntowniczką, nie zgadzała się na świat, na byt, na zło, na materię, na samą siebie i w negacji odkrywała „inną doskonałość”, bardziej czystą, pustą i pełniejszą. Jej nocą mistyczną była nienawiść do samej siebie, której nie można było odróżnić od najgłębszej i zarazem jakoś bezbronnej dumy. Nie uznawała żadnego dowodu na istnienie Boga poza psychologicznym: wierzę, kocham go, więc istnieje, więc musi (dla mnie) być. Fizyczność tego psychologicznego (moja wola) przekonania jest mistyczna, a jej niezgoda, bunt przeciwko bogowi władzy, bogowi ziemskiemu, to wadzenie miało coś wspólnego z wadzeniem się, takim osobistym, wielkich żydowskich nauczycieli i proroków, w czym celował Adam Mickiewicz, syn matki Polki-Żydówki. Jahwe — Carem!
Dlatego odrzuciłem wpierw katolicyzm, a następnie judeochrześcijaństwo (i islam przy okazji też, czyli wszystkie religie pastersko-pustynnej Księgi, której lektura mną zawsze wstrząsa, to sedno nieprawości i prawości człowieczej, może dlatego taka wzorcowa?). Głównym moim powodem odejścia lub zrezygnowania z tego typu religii była koncepcja plemiennego Boga, który kazał Abrahamowi zabić syna Izaaka (co z tego, że rękę powstrzymał, skoro morderstwo w imię Boga stało się normą, nasza nowoczesność Boga zamieniła na Historię, Rasę, Naród, Klasę, Matkę Boską Królową Polski), który swojego syna, Jezusa, a więc jakoś i samego siebie, oddał na męczeńską śmierć, bo tak ukochał świat i człowieka. Ja na to mówię NIE. Beze mnie. Nie dla mnie to nieszczęście i ofiara. Ja takiego poświęcenia ani wywyższenia nie chcę. Nie jestem w stanie ani zaakceptować takiego absurdu, ani dziękować Hipostazie mojej Trwogi i Wyjątkowości przez całą wieczność. Ja jestem Przeciw! Odrzucam każdego Boga, każdy Absolut (Stworzyciela nieba i ziemi!), który zawiesza Etykę, który wymaga bezwarunkowego posłuszeństwa, którego moralność jest plemienna, dzika, wodzowska, nieludzka. To człowiek stwarza bogów. Bóg osobowy to podstawowy mit naszej kultury zmagającej się ze śmiercią, nietrwałością, skończonością życia, ze złem w nas samych. Rozumiem to i odrzucam taką koncepcję bóstwa immoralnego. Buntuję się, nie zgadzam, odrzucam antropomorficzne wyobrażenia, bo mam do tego prawo, bo potrafię samodzielnie myśleć. Odrzucam bogów wojennych, państwowych, kościelnych, fundamentalnych; odrzucam państwa niedemokratyczne, ideologie dogmatyczne, wojujące w imię jedynej religii, prawdy, które mają podobno prawo zabijać, torturować, więzić ludzi inaczej myślących, żyjących, krytycznych, wolnych, skoro Pan Bożek albo Panek Ideolog tak sobie zechciał założyć, stworzyć, rozkazać. Wyznaję ateizm mistyczny i humanizm etyczny.
cdn.
Kazimierz Brakoniecki (ur. w 1952 r.) – olsztyński poeta, pisarz, tłumacz poezji francuskojęzycznej, animator kultury, kurator wystaw sztuki polskiej XX wieku, współzałożyciel i jeden z liderów pisma, stowarzyszenia oraz fundacji Wspólnota Kulturowa „Borussia”. W latach 1995-2018 dyrektor samorządowego Centrum Polsko-Francuskiego Côtes d’Armor Warmia i Mazury w Olsztynie. Otrzymał m.in. nagrodę im. Stanisława Piętaka (1991), paryskiej „Kultury” (1996), Ministra Kultury (2002), Laur UNESCO (2007), Literacki Wawrzyn Warmii i Mazur (2008). Ostatnio opublikował: tom prozy Historie bliskoznaczne (2008); książki eseistyczno-podróżnicze: W Bretanii (2009), Dziennik berliński (2011), Notes kurlandzki (2017), Dziennik olsztyński (2022); dziennik literacki Cudoziemiec (2018) oraz tomy wierszy: Ciałość (2004), Europa minor (2007), Glosolalie (2008), Obroty nieba (2010), Chiazma (2012), Terra nullius (2014), Amor fati (2014), Obrazy polskie (2017), Erodotyki (2018), Twarze świata (2019), Oumuamua. Atlas wierszy światologicznych (2022), Lekcja poezji dla zaawansowanych (2023), Ostre Bardo (2025).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved