Skip to content

WOJCIECH JUZYSZYN

Monolit. 2

Nazajutrz Dżosefa zbudził w wannie zewnętrzny model telefonu (agent odłączył się od sieci), ogórki kąpielowe spadły mu z oczu. Połączyli się na wideo, Dżosef zasnął podczas kąpieli, więc prowadził z szefem rozmowę nago z wanny wypełnionej cmentarzyskiem piany. Dostał krótką zjebkę za to, że znów nie zaraportował możliwie szybko kasacji Trejtora.

— Wiesz, który raz zwlekasz z raportem? — zapytał szef.

— Według Dony drugi. Ale nie wie o dwóch poprzednich razach.

Dżosef nie dotrzymał póki co terminu żadnego raportu.

— Chyba bardzo chcesz wrócić przed komputer — szef był wtajemniczony w lęki podopiecznego.

— Kurwa, szefie, sorry. To się już nie powtórzy. Ostatni raz — powiedział, jak za każdym razem.

Przetarł zarost mokrą, wysuszoną jak śliwka dłonią, by zaakcentować skruchę. To przekonało szefa i agent dostał w ramach pokuty specjalne zaproszenie na nadgodziny w pracy.

Centrum cyberobrony znajdowało się na terenach stoczni, na wyspie rzecznej okupowanej przez industrialne placówki. Dżosef wyminął dwie ogromne hale magazynowe, kompleks fabryczny, stoczniowe dźwigi, tak zwane Dźwigozaury, centrum informatyczne, które też się tutaj wkupiło, oraz cicho taplające się przy brzegu statki.

Wewnątrz centrum przekazał szefowi pijawkę z danymi i miał zaczekać na dalsze instrukcje. Wziął z automatu lurę, żeby wchłonąć kofeinę, i siadł w głębokim przysiadzie, opierając się o ścianę, ponieważ to zdrowa, fizjologiczna pozycja, która dawała mu energię z rana, a także w ciągu dnia, gdy znajdował chwilę na ten pierwotny wywczas.

Podsłuchał rozmowę agentów, którzy zatrzymali się nieopodal przy administracji open space.

— Ten koleś, wyobraź sobie, przypiął się do metalowego krzyża, a krzyż kablami do wzmacniaczy. Jakby w jakiś rytualny sposób chciał zhakować sieć maszyn. Kiedy tam wszedłem, już mu się topił mózg, nie wiem, jak długo tak siedział.

— Pewnie fan Hyperiona.

— Może! Pewnie zgrywał Trejtora, a chciał pozyskać dla nas informacje.

— Może być. Kto by nie był łasy na gotówkę. Takich szaleńców ostatnio coraz więcej i wszyscy kończą przepaleni.

Parę minut później Dżosef dostał kwitek do laboratorium, dane z pijawki prowadziły do podwójnie zabezpieczonych serwerów. Posadzili go w Fotelu Wypraw i podłączyli się do Foresight. Dzięki nietuzinkowemu wszczepowi Dżosefa pokonali ścieżki dostępu i udało im się pozyskać cenne informacje: wiele lokalizacji Trejtorów. Co więcej, odkryli pasek postępu nad projektem Soul, aktualnie wykonanym w czterdziestu siedmiu procentach, nigdy wcześniej aż tak nie zbliżyli się do żadnych danych dotyczących złowieszczego programu.

— To teraz będziemy wiedzieć, kiedy nas jebnie. Dobra robota, Dżosef! — Szef nagrodził pracownika ciężką ręką pracodawcy lądującą na barku.

Odkryli jednak jeszcze jedną cenną informację. Koordynaty centrum maszyn albo przynajmniej bazy pomniejszej. Za to szef już nie nagrodził Dżosefa, zatopił się w myślach i udał z komputerem do biura, gdzie niezwłocznie zaplanować miał najazd agentów, aby wybadać miejscówkę.

— Szefie, uwzględnij mnie! To może być misja życia! — poprosił Dżosef.

— Nie, nie, jesteś zbyt cenny i tak dalej. Musimy mieć twój Foresight żywy. — Machnął zbywająco ręką, gdy niknął w labiryntach korpokorytarzy.

— To sam pójdę — mruknął Dżosef niekontent. Wiedział jednak, że tak sobie tylko mruczy.

Dali mu chwilę na wytchnienie, złamanie nowych dostępów kosztowało go sporo energii. Wypił dwie lury, potem wyszedł na dach budynku i spoglądał jak popołudniowe słońce wydobywa bryzgi światła na niespokojnej, wietrznej rzece. Słyszał pełen echa huk z przemysłowych placówek nieopodal, a stoczniowe dźwigi bramowe, w przeciwieństwie do tych stojących na nieużytkach, w pocie czoła pracowały, transportując ciężkie elementy statków.

Zapalił. Dymek koił tylko, gdy Dżosefa otaczał niespożyty klimat świata zewnętrznego.

Po powrocie do laboratorium usadowiono go w Fotelu Wypraw i zgodnie z obietnicą szefa przetrzebiono go na nadgodzinach, próbując dalej badać pijawkę oraz wykonując rutynowy skan sieci maszyn.

Wymęczony udał się po pracy do Dony na kawę.

 

Za oknem rozciągał się widok na plac z salonem tatuażu, warsztatem majstra i innymi punktami usług, z boku stał kratowy słup wysokiego napięcia i rosło parę drzew. Światła neonów z placu rozświetlały ich pokój. Tulili się pod kołdrą, chłonąc jedwabistość ciał. Opowiadali sobie perypetie swoich żyć. Dona opowiadała, jak za dzieciaka chodzili z kumplami poza miasto na śmieciowisko i prześcigali się, kto wejdzie dalej między rupiecie i gruzy, niepomny na skażone „robosetem” zbłąkane maszyny. A potem o swojej hakerskiej młodości.

Dżosef pochwalił się, że wygrał w liceum konkurs w symulacjach na neuroagenta.

— Ciekawe, że o tym wspominasz. Miałam ci nie mówić, ale chcą u nas, żebyś znów pracował jako neuroagent. Teraz, kiedy zgłębili twój Foresight, to mogłoby być coś.

Dżosef zachmurzył się, przypomniał sobie dawne lata, swoją pierwszą posadkę w cyberobronie.

— Słuchaj, wiem, że niedawno zmieniłeś już fuchę i masz dużo nowego na głowie, ale nie myślałeś o tym, żeby przyuczyć się na neuroagenta? — pytał go ówczesny przełożony. — Wiesz, totalna infiltracja sieci przy pomocy umysłu, pełne zanurzenie jaźni. To niebezpieczna zabawa i wielu neuroagentów kończy jako warzywo, ale ty mi na „takiego” wyglądasz. — Uśmiech rozpruł mordę upiora. — Na takiego, który nie boi się zaszaleć.

Dżosefowi przypomniały się zdjęcia matki rozszarpanej przez bombę, o które wyprosił służby, by wygrzebały z archiwum danych.

— Tak, myślę, że tak. — Wygiął usta. — To kiedy zaczynam?

Dżosef odruchowo sięgnął do kieszeni po papierosa, jednak zastał tylko negliż biodra, który uniemożliwił mu zachłyśnięcie się tytoniowym wybawieniem.

— Cóż, pomyślę, raczej dalej jestem w formie.

Przypomniał sobie jej wzmiankę o hakowaniu za młodu.

— A ty już wtedy próbowałaś? — zapytał.

— Co?

— Zhakować „roboset”.

— Pewnie, kto nie próbował. Każdy, komu by się udało, zostałby okrzyknięty bohaterem. — Jej oczy zamgliły się, sięgnęła pamięcią wstecz. — Burmistrz w moim dystrykcie oferował nawet roczny zapas węgla dla takiego szczęśliwca.

— Ja nie próbowałem. Jestem megasłaby w kodzie. Zawsze miałem z tego powodu kompleksy.

— Daj spokój. — Trąciła go. — Za to byłeś świetnym neuroagentem, sam mówiłeś…

— …konkurs w liceum! — Zaśmiali się.

Dżosef uśmiechnął się tajemniczo.

— Zawsze byłem dobry w wizualizacjach, one w tym pomagają. Wiesz, gdy infiltrowałem sieć, wyobrażałem sobie, że komendy hakujące wstrzykuję między bity przy pomocy narzędzia. Wiesz, jakie wielkie narzędzie trzymałem wtedy w rękach?

Dona nie miała pojęcia, jej głowę opanowała pustka, jakby złupili ją hakerzy. Spojrzała na niego, czekając, aż sam powie. Ten uśmiech.

— Nie mów, że…

Spojrzała na jego krocze. Teraz Dżosef uśmiechał się już iście tajemniczo, nieprzeniknionym uśmiechem. Po czym parsknął śmiechem, a ona zawtórowała.

— Cóż, ważne, żeby w pracy sobie jakoś radzić ze stresem.

Dżosef jeszcze zdążył przywołać mrok swego dzieciństwa. Że nie miał łatwo, był sierotą po tym, jak maszynom udało się podczas Wycieku przejąć częściowo władzę nad wszczepami ludzi i zmusiły jego matkę, aby połknęła bombę.

Wychowały go koty. Zajmowały się nim od pierwszego do czwartego roku życia, zanim zgarnęli go Sprzątacze. Przez Wyciek powstał niemały burdel i samotny berbeć nie był niczym niezwykłym. Niezwykłe było to, że przeżył.

W końcu udało się stłumić groźny program maszyn.

— One chyba myślały, że jestem małym kotem, bo przynosiły mi ryby, a ja je jadłem. Nie wiem, skąd wiedziałem, żeby jeść, chyba z głodu. No i pewnie ta kocia miłość miała na mnie rozwojowy wpływ.

— Koty…? Jak to możliwe…? — Dona już zasypiała, wyświetlacz na zegarku pokazywał po trzeciej w nocy.

— Tak, i to niemechaniczne. Takie prawdziwe — wymemłał niewyraźnie, bo brodę wspierał na ciepłej głowie swej lubej.

Po tym zwierzeniu zamilkli, Dona powoli usypiała, a Dżosef czuwał. Czuwał, aby gdy tylko dziewczyna wpadnie w objęcia Morfeusza (by „wybrać pigułkę”), on zajmie się swoim mrocznym projektem, o którym nigdy nikomu nie powie.

Morfeusz przejął kontrolę, Dżosef wykradł się cichcem z legowiska, niby robot nicpoń pragnący namieszać to i owo w systemach domostwa. Ręce Dżosefa parały się jednak czymś znacznie tęższym, czymś, co wykraczało poza dom, miasto, poza sieć, a nawet poza rzeczywistość.

Dona nie wiedziała, że składowane u niej części dźwigów, które Dżosef kradł ze śmieciowisk poddawane były przez jej chłopaka regularnym badaniom. „Mam takie hobby, lubię zbierać złom” — taka gadka starczyła, by zamydlić jej czujne oczy, przeczuwające, że luby pośród tych brudnych rur i metalu tka swój mały sekrecik.

Agent wałęsał się po śmieciowiskach, pośród dźwigów samoistnie kręcących się jak wiotkie szkielety latarni bezsnesu na oceanie śmieci, wyjmował z torby narzędzia i demontował fragmenty lub wykrawał je laser-maczetami i wracał z nimi do domu. Dżosef u siebie na chawirze przechowywał od groma takich skrawków mocy, jak je nazywał, nie mieściły się już na kupkach na podłodze i w piwnicy, więc wieszał je na łańcuszkach u sufitu.

Czasem się zastanawiał, czy może dlatego Dona wolała spotykać się u niej.

Wsunął się do ciemnej kuchni, gdzie między lodówkę a szafkę wrzucił pręt z nogi dźwigu przyniesiony tu z zeszłoweekendowej eskapady. Otarł zafrapowane czoło, widząc skrawek mocy w szczelinie, Dona ostatnio mu jeden wyrzuciła. Wziął go w dłonie, tak, skrawek mocy to trafna nazwa, czuł, jak metal pieści jego dłonie osobliwą energią wibracji. Nawet odkrojony od rodzica nabuzowany był dziwnością i samoistnością.

Ulokował się następnie w saloniku, zasiadł przy stoliku na sofce i podpiął pręt do metawzmacniacza, ciężkiej skrzynki zakupionej nielegalnie od pokątnego majstra. Bazowała na metażyroskopowym stabilizowaniu umysłu, nieprzetestowanej technologii. „Ale co w dzisiejszych czasach jest przetestowane”, tłumaczył sobie trzeźwo. Dżosef już przekonał się dziesiąt razy, że skrzynka to nie pic, dzięki niej obca rzeczywistość stawała się spójniejsza, co potęgowało doznania, jaźń nie tylko się zagłębiała, opadała na samo „dno”.

Metawzmacniacz podpiął dalej do komputera. Maszyna wykryła „sieć”, tak interpretowała energię wzbudzoną w skrawku dźwigu, jednak wszelkie pola z sieciowymi informacjami wyświetlały zmienne ciągi chaotycznych znaków.

Wcisnął wtopiony w skrzynkę przycisk, żyroskop wzmacniacza ruszył, skrzynka przez moment zatrzęsła się, aby się ustabilizować, buczała. Dżosef sięgnął po znaleziony wczoraj w bagażniku Mięcha neurogniot, żeby dofasolić sobie maks. Pierwszy raz wpadł mu taki w ręce, zaimprowizuje dziś. Wstrzyknął specyfik w żyły, ciemność i gwiazdy uderzyły w czerep, rozbebeszyły komórki nerwowe. Nim stan mu się unormował, podpiął się wszczepem do komputera i z trudem przebił do „sieci dźwigów”, jakby przecinał grubą, organiczną błonę, za którą migało mrowie światów rozpalających się w przegrzanym mózgu.

Konając w błogości, modlił się za każdym razem, żeby te badania nie skończyły się tragedią.

Światy, miejsca migały. Rozdygotane, pokrzywione, rozbite, rozpalone, wyzute z poznania, neurogniot potęgował odczucia. Faza dostrojenia zajmowała długo, lecz metawzmacniacz skracał ją znacząco. Wreszcie umysł Dżosefa wyostrzył się, a raczej przebył przez kompletną degrengoladę obrazów i doznań, by zakotwiczyć się na pojedynczym skrawku osobliwości.

Stał na plaży, po ciemnej wodzie prześlizgiwała się w oddali burza, choć grzmiała ona jednocześnie pod całą pokrywą zimnego piachu, ładunki tężały, wibrowały pod ziemią, jakby pod cienką warstwą piachu istniało nowe niebo. Wszystko działo się szybko i intensywnie. Wzbudzone burzą ziarna piachu skwierczały, podskakiwały, jęły kręcić się wokół nagich łydek Dżosefa, a właściwie wokół ich kości. Obcy świat odarł mężczyznę ze skóry, wyrwał co poniektóre mięśnie i organy, to był psikus, bo w miejscach, gdzie brakowało najwięcej ciała, Dżosef czuł największe łaskotanie spoza wymiaru. Lekkie fale przemierzające akwen rozciągnięty przed nim masowały także jego, upłynniając i transportując porcje rozbawienia wewnątrz organizmu, a także wyłuskując je z niego i rozpłaszczając na niskich klifach tnących przestrzeń po boku.

Na klifie stało samotne, gęste drzewo liściaste, uginało się i szumiało, choć powietrze stało nieruchomo niczym strażnik pokiereszowanego świata. Jeśli w ogóle istniało, Dżosef oddychał bowiem próżnią oraz burzą wibrującą w piachu, którą wciągał przez podeszwy stóp.

Przyjrzał się dokładniej drzewu, każdy z jego liści stał się drzewem, niech to! Znów się zapomniał, zbytnie skupienie zdestabilizowało jaźń. Wszystkie te drzewa urosły, rozpanoszyły się i układały jak potrzaskany kalejdoskop przed oczami Dżosefa, gdzie tylko nie spojrzał. Drzewa strzaskały całą osobliwość, morze płynęło na dole, odwrócone na górze, jego skrawki czaiły się naokoło i czopowały wolne przestrzenie między kręgami w nagim, do cna już odartym z mięsa kręgosłupie. Tak samo szalał piach, spływał kaskadami po klifie, mieszał się z morzem, zastępował kości, tworzył tornada wokół szepczących bezwietrznie drzew.

Prach! Pierwsza błyskawica przecięła przestrzeń, burza przybyła. Osobliwość ustatkowała się, wróciła do spokojniejszej formy. Prach! Kolejny rozbłysk spowodował, że klif odbił się lustrzanie po drugiej stronie morza, po sklonowaniu rzeczywistość rozbłysła brokatem, który leniwie zamierał. Na kopii klifu w miejscu drzewa stała niska dzwonnica. Jest…! U jej podnóża, w małej budowli zionął jaśniejący portal. To będzie przeskok, przejście do kolejnej osobliwości, był pewien, może tam znajdzie wreszcie odpowiedzi, dowie się, co to za mroczny świat. Tak szybko się tu zmęczył, to na pewno wpływ neurogniotu. dziś chyba starczy mu sił na tylko jedną nową osobliwość, ale może to będzie właśnie ta!

Próbował robić kroki, tak toporne i ślamazarne, kości z piachu rozsypywały się, ubywało Dżosefa.

— Nie dotrę tam, nie dotrę… — płakał, a smutek zastępował łaskotanie. — Dotrę tam, dotrę! — łaskotki wróciły.

A potem znów przybył smutek, emocje wirowały w nim jak przed chwilą tornada wokół drzew.

Wnet dzwon stroboskopowo wychylił się z pionu, by przejść do mocarnego bicia wprost ze swego serca z brązu. W przestrzeni rozpanoszył się mroczny, pochłaniający światło brokat, a daleko z morza zaczęła wysuwać się ciemna, porośnięta glonami skała. Przybyła tu z najodleglejszych głębin, wyruszyła już dawno, nim nawet Dżosef się tu zjawił, dotarła dopiero teraz, ponieważ przemierzała cały kosmos.

Rosła skała zamarła, dzwon ucichł, choć jego pogłos dudnił wiecznie ponad czarnymi, skłębionymi chmurami. Mroczny brokat leniwie ustępował. Lunęło z nieba. Z akwenu wynurzyły się macki, wspinały się niespiesznie po skale, wyżej i wyżej, wyciągały za sobą mięsistego stwora.

Od tyłu na skałę wpełzła wielka, rozlazła ośmiornica, pokryta dziurami, sikała metalicznokrwistą mazią, w której znajdowały się fragmenty ciała Dżosefa. Stwór dotarł na szczyt i przechylił się do przodu. Zza skały, przebijając z szumem wodę, wydostał się wysoki jak wieża organiczny korpusobaniak. Mięsisty wór tworzył ponad głową stworzenia odwłokowaty segment.

Dżosef był tak rozbawiony, łaskotki oszałamiały, a jednak… Trwożył się. Nigdy nie spotkał wcześniej w tych obcych światach żadnej istoty. Nie pomyślałby nigdy, że natknie się kiedyś w życiu na tak majestatyczną i groteskową kreaturę, odwróconoprzeinaczony byt. „To na pewno neurognioty!”, myślał. „Wyczuliły mnie”.

Monstrum osiadło pewnie na skale i stanęło na mackach jak na nogach. Dżosef wybałuszył oczy. Powieki rozsypały mu się w piach, a rzęsy odpadły i przemieniły w ptaki-kreski. Zleciały w dół i wleciały w piach, jakby docierały do nowego nieba pod spodem. Oczy Dżosefa straciły ochronę, bardzo źle, zawsze się o nie bał, tak kochał kopcić dymek i podziwiać widoki, był niespożytym wzrokowcem, dachowym koneserem. Jego oczom nic się nie może tutaj stać!

— Co to za świat?! — Dżosef przekrzykiwał burzę i ulewę.

Po nieruchomym stworze spływały kaskady wody. Matowe, jednolite oczy wpatrywały się cicho w pokiereszowanego mężczyznę-szkielet.

— Powiedz coś!

Zbliża się nów, wkrótce dopełni się cykl, jesteście tylko satelitą na niebie nieskończoności.

Dzwonnica na klifie skruszyła się, odłamki jęły wolno frunąć w stronę wirów tworzących się z chmur. Dżosef dyszał, bez powiek nie mógł mrugać, przesuszały mu się oczy, były teraz smutne, zlęknione.

— Kim jesteś?!

Tu może stać się wszystko!

Czubek wora na głowie kreatury rozchylił się na cztery płaty. Z wnętrza rodził się odarty ze skóry słoń-cierpiętnik. Dżosef przestał oddychać, spoglądał prosto w szeroko rozwarte, pełne bólu i pożogi oko słonia. Rodził się w mękach, skrawek po skrawku wyciskał się z kokonu, rycząc trąbą wniebogłosy.

Mężczyzna poczuł to dopiero na nagiej kości obojczyka, częściowo przemienionej w piach. Macki! Wynurzały się z piachu plaży i wpełzały po jego szkielecie. Stwór zmylił go słoniem! Trwał na skale z kilkoma mackami wbitymi w niebo, to właśnie te wyrastały dalej spod stóp mężczyzny.

Nie było już czasu na reakcję, macki wbiły mu się w oczy. Wyrwały je. Zassały się z powrotem w piach, jeszcze przez moment wsysały się do ciała monstrum na skale i dopiero po chwili ich końce wyszły zza chmur, zbliżając się z wyrwanymi oczami do wielkiego cielska.

Dżosef padł na piach w drgawkach.

Drgnął. Poczuł pod sobą miękkość sofki. Jak dobrze… Wreszcie go odcięło, zużył energię i wyszedł z „sieci dźwigów”. Zmysły powoli wracały do funkcjonalności, mętlik w głowie słabł. Narastał jednak niepokój, czerń, czerń przed oczami nie ustępowała. Liczył, minuta, dwie, liczył i żywił się już tylko nadzieją.

Dżosef oślepł.

 

„Po tym, co mi się tam przydarzyło, chyba tylko głupiec by wracał w tę przestrzeń, myślał Dżosef. Ale cóż, wiele osób nazywa mnie głupcem”.

Planował jeszcze dziś, w tę błogą sobotę udać się na śmieciowiska i poszukać trochę nowego złomu. Skrawki mocy w oderwaniu od reszty dźwigu traciły po jakimś czasie pełnię mocy, gromadzenie „mięsa” było niezbędne.

Wzrok wrócił mu stopniowo już tamtego dnia, feralnego, choć wzbogacającego go o nawiązanie szczątkowej znajomości z nietypową, tubusową ośmiornicą. Po kwadransie, odkąd opuścił obcy wymiar, czerń, a potem półmrok i ciapki przepadły, nie zdążył się nawet porządnie wypłakać pod stołem. Zaliczył spoko „katharsis” i cóż… Sposobił się, by dalej badać dźwigi.

Mimo że wzrok wrócił, czuł w sobie niewyjaśnioną pustkę i domyślał się, że miało to związek z kradzieżą oczu przez tubusową ośmiornicę.

Dżosef założył swój stylowy płaszcz, na nogi wyczesane bermudy, opuścił duszne lokum i ruszył w stronę stacji kolejki ślizgowej. Przemierzał zatłoczone ulice, jak zawsze mrowie ludzi tkwiło wewnątrz swoich wszczepów, jak zawsze z paroma doszło do zderzenia tors-tors. Po jezdniach przemykały automatyczne samochody wiozące pasażerów, het w górze po liniach i w tunelach ślizgowych przemykały też osobowe kapsuły transportowe, burżujskie opłaty za przepustki liniowe na pewno spędzały sen z powiek tym urodzonym rajdowcom. Dżosef nigdy nie planował się w to bawić, ale cieszył się, że to istniało, nie potrafił sobie wyobrazić spaceru po mieście bez świstu kapsuł pod niebem oraz ich lśniących powłok.

Z gąsienic liniowych jednak korzystał. Podszedł więc do jednej z urbanwind, skasował bilecik w szparze biletomatu i wjechał małą, półotwartą platforemką po pręcie het ponad dachy budynków na wbity tu przystanek. Według rozkładu kolejka przyjedzie za pięć minut. Na ławce siedziało dwóch młodzieńców, jarając się nową grą, ktoś starszy stał obok i z rękoma w kieszeniach szukał czegoś we wszczepie, kawa stygła mu odstawiona na podłoże platformy. Chwilę później winda ponownie wjechała, wioząc kolejnego śmiałka.

Ze świstem przybyła gąsienica, zatrzymała się piątą kapsułą przy wlocie na przystanek. Dżosef zajął ją razem ze starszym gościem, po czym kolejka odpowiednio podjechała jeszcze dwukrotnie, aby ściągnąć resztę.

Po niecałym kwadransie podniebnego mknięcia, patrząc w prawo przez boczną szybkę, widział już zarysy dźwigów. Czekała go długa podróż.

Wnet jego wszczep zaczął piszczeć i alarmować! Niech to! Alert z pracy, wysokiej rangi! Odebrał.

— Melduję się szefie, co jest?

— Nie ma czasu, cała ekipa ma się zameldować, jesteś potrzebny na już, mamy pewien „przełom” w Soul… I wcale mnie to nie cieszy.

— Co się dokładnie stało?

— Dowiesz się tutaj, spinaj dupę.

Westchnął, szef się już rozłączył.

— I nici z sobotniej przejażdżki — mruknął spokojnie starszawy, zamknął oczy i siorbnął cicho kawkę z plastikowego kubka.

— Ano nici.

Wysiadł na kolejnej stacji, może uda mu się szybko złapać gąsienicę powrotną i dojechać w pobliże rzeki.

 

Szef zdybał go w holu i zaciągnął szybko do laboratorium poprzez ciche tornado pracy umysłowej pracowników panicznie stukających w klawisze komputerów. W jednej salce Dżosef zobaczył skupioną przy ekranie Donę, nie zauważyła jednak, gdy zamachał.

Dopiero w laboratorium, przy Fotelu Wypraw, szef wyjaśnił.

— Soul ma już osiemdziesiąt dziewięć procent ukończenia, dziadostwo w niecałą noc przeskoczyło ponad trzydzieści oczek w górę. A od dzisiaj rana skoczyło o trzy punkty, to coś będzie skończone dzisiaj, a my o tym nic nie wiemy.

— A te eskapady do miejsca wskazanego przez koordynaty? Nic nie dały?

— Agenci ginęli bez żadnego sygnału, nikt dotąd nie wrócił. Teraz twoja chwila, Dżosef, dawno tego nie robiłeś, ale musisz neuroinfiltrować sieć maszyn, na pełnej parze, pełne zanurzenie jaźni. Udało nam się wynaleźć nowe komendy hakujące dzięki danym z twojej pijawki, jest szansa, że dzięki temu i dzięki współpracy z Foresight uda ci się złamać wroga.

— Wstrzymaj rumaki, szefie, to przymusowa neuroinfiltracja, mogę się na to nie zgodzić, mogę to nawet zgłosić jako mobbing. Mam prawo wyboru.

— W takiej sytuacji nie masz.

— Uważam, że mam, ale oczywiście się zgadzam.

Wytrzymał spojrzenie szefa. Agent zasiadł w Fotelu Wypraw, badacze rozpoczęli procedurę wpięcia.

— Aktywacja neuroinfiltracji! — zapodał badacz.

 

Prysk.

Jak dawno Dżosef nie czuł tego rozpryśnięcia w zwojach mózgowych. Skuwające bryłę łańcuchy pękały, mózg swobodnie płynął. Znalazł się w mrocznym labiryncie sieci maszyn, którego czarne ściany, podłogi i niski sufit przerzedzały wyładowania, prześlizgujące się macierze zer i jedynek oraz pseudomagistrale energii.

Biegł na oślep, niczym laboratoryjna mysz, jeszcze nie wiedział, gdzie jest, dostrajał się. Przypominał sobie powoli, że to tylko wizualizacja sprzężona z siecią, przypominał sobie, że jest człowiekiem, przed oczami migały mu jakieś znaki, nie zdawał sobie jeszcze sprawy, że to komunikaty od współpracowników.

Błąkał się korytarzami, czas nie śmiał istnieć w tym miejscu na cyberpograniczu. Spojrzał na dłonie, dzierżył w nich coś potwornego, monstrualnego. To była potężna strzykawka. No tak. Jest teraz neuroagentem, musi wstrzykiwać komendy, które wyświetlają mu przed oczami kumple z pracy.

Na strzykawce przylepione były naklejki z kotami, bo to dzięki nim przeżył jako niemowlak. Dotarło do niego teraz, że gdyby wtedy w łóżku przyznał się Donie, że jako neuroagent biega z tak oklejoną strzykawką, niesiony sentymentem przeszłości, ich romans zapłonąłby płomieniem misterniejszej klasy. Kroczyliby ramię w ramię, dwoje niepoprawnych sentymentalistów.

Natrafiał na ślepe zaułki, ściana blokowała dalsze przejście. Podnosił wtedy ogromną strzykawkę i wbijał się między spojenia ścian, by wstrzyknąć kody hakujące podawane mu przed oczyma z zewnątrz do interfejsu. Spojenia, łączenia, to zawsze najsłabsze miejsca. Niekiedy jednak wbijał do zaułków, gdzie ściany tworzyły jednolite, wygięte jeno byty, bez łączeń, kod w takich miejscach musiał być zwarty, piękny, nie do zdarcia, wtedy zawracał i szukał innej ścieżki.

Dżosef potrafił w wizualizacjach wychodzić z ciała i patrzeć na siebie z góry, z większej odległości. Dostrzegał wtedy większe obszary sieci, pomagało to w skanowaniu jej i dobieraniu możliwie szybkich ścieżek dążących do centrum, do tajemniczego rdzenia sieci maszyn przysłoniętego obecnie jakby chmarą atramentowych ciem. Otaczający go labirynt tworzył misterną geometryczną śnieżynkę. Dżosef konsumował w locie piękno tej struktury, z dumą zagłębiając się w niezbadane wcześniej miejsca.

 

cdn.

Wojciech Juzyszyn (ur. w 1992 r. w Szczecinie) — prozaik. Ukończył Zachodniopomorski Uniwersytet Technologiczny na kierunku elektrotechnika. Mieszka w Szczecinie. Opowiadania publikował w „e-eleWatorze”, „eleWatorze” i „Twórczości”. Wydał tom opowiadań Efemerofit (2025).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści