PAWEŁ ALBO POCZYTALION
Maj ‘26
1.
Zbiorowe biografie, mające charakter rodzinnej sagi, to nie jest najulubieńsza strefa moich lekturowych peregrynacji, wiele jednak zależy w tej mierze od tego, o kim opowiadają. Po wielką księgę (471 stron! — i to tzw. bitych, o czym dalej) Żabińscy. Cóż to była za rodzina, autorstwa Teresy Czerniewicz-Umer, sięgnąłem więc, ledwie się ukazała, z dużym zainteresowaniem.
Jako że wśród najważniejszych postaci mojego dzieciństwa, takich ze świata zewnętrznego, dalekich a kochanych, na jednym z pierwszych miejsc był właśnie dr Jan Żabiński. Były to wczesne lata 60. XX w., więc prawie tak dawno, jak pierwsza wojna peloponeska, a ja, choć czytałem już wiele i często w zachwycie, nie miałem przesadnego przywiązania do nazwisk autorów. Jeżeli zaś nawet docierało do mnie, że istnieje (nieważne, że raczej „istniał”) ktoś taki jak A.A. Milne czy Tove Jansson, ba, i Sienkiewicz na przykład, byli oni dla mnie dużo mniej realni niż Krzyś z Puchatkiem, Muminek z Włóczykijem, czy Staś i Nel z psem Sabą. Do nazwisk autorów nie przywiązywałem wagi, więc i nie uznawałem ich praktycznie za osoby.
Zupełnie inaczej z Janem Żabińskim. I chyba nie dlatego tylko, że cykl jego książek Z życia zwierząt, który trafił wtedy — chyba rok po roku — w moje ręce, opatrzony był fotografią autora (o ile pamiętam, zawsze towarzyszyło mu zwierzę), raczej z powodu form publikacji, które były zapisem wielce wówczas popularnych radiowych pogadanek — czy bardziej gawęd — autora. Kim dokładnie był dr Jan Żabiński (1897-1974) — oprócz tego, że w tamtym, „moim” czasie, był dyrektorem ZOO w Warszawie — nie wiedziałem nic, czułem jednak, że go bezgranicznie wielbię.
Za co? Pewnie też nie wiedziałem, a na pewno nie umiałem tego nazwać. Dziś sądzę, że przede wszystkim za jego miłość do zwierząt — ale nie taką „babską”, czułostkową, pieszczotliwą i „maminą”, a opiekuńczą, „męską”, więc kojarzącą się z poczuciem bezpieczeństwa, no i rozumną, bo pełną wiedzy o zwierzętach; ale też za poczucie humoru i jakąś na pozór chłodną, dystyngowaną — jak to u „przedwojennych inteligentów” — serdeczność, ciepło. W najlepszym tego słowa znaczeniu: ojcowskie… Wiem, wiem, wiele tu cudzysłowów, a i słów ryzykownych z punktu widzenia naszej współczesnej obyczajowości i psychologii (zwłaszcza tzw. rodzinnej) — ale właśnie dlatego te cudzysłowy, będące znakiem różnego tych pojęć pojmowania wtedy i dziś. Z drugiej jednak strony, może być ich wcale nie powinno, przynajmniej w spojrzeniu na świat ludzi takich jak ja, starych pierdołów, którzy inny nieco świat pamiętają…
Podsumowując ów mało książkowy początek: Jan Żabiński, nie tylko dla mnie zresztą, i nie tylko dla dzieci tamtego czasu, bo i dla wielu dorosłych, był wzorem. Nie tyle do naśladowania, ile do zapatrzenia się weń. Z zachwytem.
A dodać muszę, że nie był to przecież czas „psiecka” czy „kocóreczki”, bo status zwierząt w Polsce — również domowych — daleki był jeszcze od — mówiąc oględnie — równouprawnienia. Także w znaczeniu emocjonalnym. A tego właśnie uczył Żabiński: szacunku i rozumienia zwierząt. I jego żona Antonina też. Oboje jako autorzy, popularyzatorzy zoologii i biologii, by tak rzec — praktycznej. Związanej bowiem z bezpośrednimi relacjami ludzi i zwierząt (tak notabene nazywała się ostatnia książka pani Antoniny, wspomnieniowa opowieść Ludzie i zwierzęta).
Tomiszcze Teresy Czerniewicz-Umer mówi o tym wszystkim — choć nie wprost — ale też, trochę niepotrzebnie — więcej; autorka dała sobie bowiem zadanie przesadne. Choć początkowo chciała chyba napisać rodzinną sagę przede wszystkim. Co zrozumiałe i z tego powodu, że i ona do rodziny Żabińskich należy (jest wnuczką siostry dr. Jana), ale również ze względu na oryginalność tej rodziny. I jej postaci bujnie wrośniętych w genealogiczne drzewo (swoją drogą, wyrysowane dokładnie na wewnętrznych stronach okładki).
Co prawda, żadna z tych osób nie osiągnęła sławy i chwały takiej, jak słynny dyrektor ZOO, ale byli to (i są) ludzie częstokroć wybitni, zasłużeni, ciekawi, a zarazem — i to może niemniej interesujące — stanowiący razem tyleż typowy, co odmienny od innych, fascynujący bogactwem szczegółów, portret zbiorowy polskiej inteligencji. Tej o dalekich, sięgających XIX wieku rodowodach. Mamy więc u Czerniewicz-Umer sagę, ale też — pisaną trochę z pozycji dzisiejszego feminizmu, lecz ze zrozumieniem dla minionych epok, ba, nawet z szacunkiem dla nich, choć nie zawsze były kobietom przyjazne — historię wielu kobiet. Zwłaszcza trzech sióstr Jana: Hanny, Józefy (Ziutki) i Marii (Maniusi). Co układa w dziejowe ramy zamknięty rodzinny konterfekt; choć każda z nich inaczej żyła, inaczej los je doświadczył.
Oczywiście jednak jest to książka poświęcona głównie Janowi Żabińskiemu. Tak dalece, że prócz bogatego obrazu jego życia zawodowego i osobistego daje nam autorka wgląd w jego życie duchowe (a na pewno uczuciowe!). Co niezmiernie ciekawe — nie może się też jednak powstrzymać od masy zbędnych szczegółów, godnych zgoła nie biografii, a naukowej monografii (wymienia dosłownie każdą uczelnię na której wykładał, każde odznaczenie, które dostał, każde pismo, do którego pisał, itd., itp.). A że ma przy tym ambicję bycia kompendium historycznym, nie darowuje czytelnikowi i takich detali, jak dokładny opis wyrobu naukowych i… bojowych preparatów (dr Jan działał w konspiracji już za cara, lecz i podczas wojny, a potem walczył w powstaniu warszawskim), nie rezygnując przy tym z drobiazgowego przedstawiania takich oczywistości — przynajmniej dla polskiego odbiorcy — jak podstawowe informacje o życiu codziennym w latach okupacji oraz prawie (raczej bezprawiu), w związku z którym Niemcy to życie zabijali (podaje fakty, cytuje dokumenty bezpośrednio niemające z tematem nic wspólnego).
Czyżby robiła to z myślą o (potencjalnych) czytelnikach zagranicznych? Być może, jej książka jest wszak swoistą odpowiedzią — mówi o tym zresztą sama — na film Azyl (2007), hollywoodzką wersję wojennej historii Żabińskich. Dziś już dość dobrze znaną. Choć za sprawą filmu niezbyt mądrze. A jest to opowieść o tym, kiedy to Jan z małżonką, mieszkając wciąż na terenie resztek ogrodu zoologicznego, w zbudowanym tam dla nich przed wojną „domu dyrektora”, przechowywali Żydów. A przewinęło się ich przez ten dom ok. 300! Nie bez przyczyny Alina i Jan dostali — już w roku 1965 — tytuł „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata” i zasadzili (choć tylko Jan osobiście) własne drzewko oliwne w Yad Vashem. Film tę historię po amerykańsku strywializował, a i wielokrotnie przekłamał. Jak było naprawdę (a było o wiele bardziej naprawdę) opowiada zaś właśnie książka Żabińscy…
Uczciwie, bez taryfy ulgowej dla swoich bohaterów. Czytelników lubiących ciekawostki o uczuciowych tajemnicach relacji małżeńskich, zainteresuje z pewnością śmiały — jak na sagę rodzinną — a na pewno szczery zapis intymnych związków dr. Jana z kobietami; i to wieloma, bo był, mówiąc delikatnie, kobieciarzem, do czego żona… przywykła, choć obyło się bez aprobaty. Szczególnie zajmujące, choć gorzkie, są również fragmenty dotyczące posądzeń, a i wynikłego stąd procesu, jaki wytyczono Żabińskiemu w związku z oskarżeniem go o… kolaborację z Niemcami! Wyszedł z tego obronną ręką, ale cała sprawa mówi wiele o jego współpracownikach (wielu z nich pomógł wcześniej w życiu, bezinteresownie), a i o ludziach w ogóle; zaryzykuję też tezę, że szczególnie wiele o naszych rodakach.
Życie Żabińskiego oglądane z daleka wydaje się pasmem sławy i sukcesów, ale to powodzenie było po prostu plonem ogromnej pracy i poświęcenia. A plon życia miał prawo odbierać jako gorzki. Naukowiec, społecznik, patriota (ciężko ranny w powstaniu), popularyzator wiedzy, znany w całym „zoologicznym” świecie (był laureatem wielu nagród i właścicielem tytułów na uniwersytetach od Europy po Azję), zawsze uśmiechnięty, przyjazny innym, uczynny wobec każdego, komu mógł pomóc, w kraju — prócz medialnej popularności (głównie zresztą tej przedwojennej, kiedy był prawdziwą gwiazdą prasy) — nie doczekał się splendorów. A państwowego odznaczenia wysokiej klasy dopiero po śmierci.
*
Na koniec coś, co dotyczy nie tyle treści, ile formy książki. Fatalnej. Łamana jest bowiem ona oryginalnie, jest i światło na stronach, rozdziały numeruje się na brzegu strony, a ich tytuły są duże, fajnych fotografii też sporo (choć z czasem coraz mniej), tyle że szerokość i gęstość druku (podstawowy dano dziwnym wytłuszczeniem, a cytaty — często tak obszerne, że na całą stronę — ledwie widoczną pseudokursywą) sprawia, że niektóre partie książki przypominają tak zwaną blachę. Dla oka — wyzwanie. Dla poczucia estetyki — koszmar.
[Teresa Czerniewicz-Umer, Żabińscy. Cóż to była za rodzina, Czytelnik, Warszawa 2026]
2.
Co my właściwie wiemy o Gogolu?
My, tutaj, w Polsce, którzy tak chętnie, od lat, czytamy Martwe dusze i wystawiamy w naszych teatrach Ożenek i Rewizora. Zwłaszcza Rewizor jest z nami nieustannie, wiecznie żywy, do bólu żywy.
Toteż w każdej epoce, zaczynając od XIX wieku, pojawiał się na polskiej scenie (prapremiera odbyła się — jeszcze za życia autora! — w roku 1850 w Krakowie), popularny już w II RP, ale i w epoce stalinizmu — gdy przedstawiany był jako zjadliwa satyra na carat i zapowiedź rewolucyjnych zmian — a zaraz po niej, na fali odwilży w PRL-u, jako krytyka stalinizmu, i potem, w masce aluzji, że niby rzecz arcyradziecka, no i współcześnie, do dziś; za każdym razem znajdujemy w nim bowiem coś, co wydaje się nam aktualne. Dla nas, tu i teraz. A przy okazji pokazuje nam — „oszczercom Rosji” (że użyję cytatu z Puszkina) — taką Rosję, jaką chcemy widzieć, bo nauczyliśmy się widzieć, tym bardziej, im bardziej ona sama nam w tym pomaga, potworniejąc na naszych oczach. Rosję mroczną, straszną, bezwzględną wobec człowieka, z którego Państwo (władza) wyrywa duszę, człowieka bezradnego indywiduum, sprowadzonego do roli trybiku w maszynie, która go miażdży okrutnie, do rdzy ostatniej. Ale też tę Rosję, która drzemie w nas samych, i budzi się czasem, zmieniając nas w postaci z Gogola.
No ale on sam, ten Gogol, kto zacz?
Uważany był za Rosjanina, bo i czuł się rosyjskim pisarzem, i był z tego dumny. Ale czuł się też Ukraińcem — dokładniej: Małorusinem — jako że na Ukrainie się urodził, język ukraiński znał i miał wielki sentyment do swojej ziemi i kultury. To przecież on, Nikołaj Gogol — Nikoła Hohol — napisał powieść Taras Bulba, ukraińską wersję (choć poprzedniczkę) Ogniem i mieczem Sienkiewicza. Równie okrutną w wizji XVII wieku na „stepie szerokim”, ale też — nawet w porównaniu z pierwszą częścią Sienkiewiczowskiej Trylogii — skrajnie nacjonalistyczną; wypraną z jakichkolwiek sympatii do Polski, gdy w Ogniem i mieczem jest przecież wiele sentymentu do Kozaków.
Książka Sylwii Frołow Zagadka Gogol mówi o tym wszystkim obszernie i bardzo ciekawie, pokazując zmienność poglądów jej bohatera na sprawę swojej przynależności narodowej, ewoluującego od poczucia dumy ze swoich korzeni i odrębności od Moskali, aż po poddańczą, „chachłacką” wierność wobec Rosji; ze wszystkimi tych postaw niuansami. No i na tle ówczesnych sporów przedstawicieli „ludów ziem ruskich”, którzy starali się jakoś sprostać światopoglądowym wyzwaniom swojego czasu, skłaniając się to ku jednej (autonomicznej), to ku drugiej (imperialnej) stronie.
Z dzisiejszej perspektywy — czasów wielkiej wrogości między Kijowem i Moskwą — wybory Gogola zdają się jednak, zwłaszcza współczesnym Ukraińcom, przykładem zdrady; nie tyle już nawet kulturowej, ile narodowej. Co zresztą łatwo zrozumieć, jeśli się pamięta, że wieszcz Ukrainy — jej wielki patriota — Taras Szewczenko żył przecież w tych samych czasach, co Gogol. A wybrał zupełnie inaczej. Gogol był tego świadomy. Próbował jednak i swój wybór wytłumaczyć, uważając po prostu — jak zresztą wielu jego rodaków później, w czasach ZSRR — że Ukraińcy są po prostu częścią wielkiego słowiańskiego państwa, którego centrum stanowi Moskwa. No, w jego czasach to po prawdzie Sankt Petersburg, bo tam była stolica imperium. Inna rzecz, że właśnie Petersburga szczerze nienawidził. Za jego dworskość, pseudoeuropejskość, chłód i intrygi. To z Petersburga uciekał więc, gdzie tylko mógł, chętnie do Moskwy, gdzie czuł się znacznie lepiej, ale i w swoje rodzinne strony, gdzie żyła i zawsze tęskniła jego matka oraz siostry.
Współcześni Ukraińcy Gogolem tak czy owak się jednak nie szczycą, a Rosjanie — choć znajdują w nim przykład postawy właściwej i dobrej dla „chachłów”, czyli trzymania się wiernie kolan Matuszki Rossiji — owszem, chwalą go sobie jako wielkiego rosyjskiego pisarza, prekursora swojej współczesnej powieści i dramatu — czynią to jednak ostrożnie. Jako że już za życia Gogola posądzali go o to właśnie, że Świętą Rosję kala, tworząc — ku uciesze świata zachodu — jej fałszywy obraz.
Sylwia Frołow ciekawie zaczyna swą opowieść o Gogolu, bo od wytłumaczenia się z własnego… nazwiska — faktycznie niepolsko brzmiącego — i wynikłej stąd sytuacji, w jakiej ją ono — polską autorkę mającą rosyjskie korzenie — stawia. Ale że jest to właśnie sytuacja kogoś, kto wie, czym jest taka wielokorzenność i dokonane — w związku z nią, lub bez względu na nią — kulturowe wybory, tym wiarygodniej brzmi jej próba opowiedzenia o tym.
Zagadka narodowych wyborów Gogola — przywołana tytułem — nie jest wszakże jedyną zagadką, którą pozostawił po sobie ten niewątpliwie wybitny pisarz, ale też dziwny, trudny — również dla siebie — człowiek. I kto wie, czy to właśnie nie jest najbardziej wartościowa część nowej książki jemu poświęconej, odkrywającej śmiało — czy raczej mierzącej się ze śmiałymi odkryciami innych — tajemnice autora Ożenku. Związana z jego ukrywanym homoseksualizmem — to rzecz wciąż niepotwierdzona, lecz będąca czymś więcej niż tezą — oraz z pogłębiającą się z latami chorobą psychiczną, być może tylko typową „dwubiegunówką” albo depresją, której inne choroby Gogola „pomogły” się rozwinąć, niewykluczone jednak, że po prostu schizofrenią, która doprowadziła w końcu do przedwczesnej śmierci Gogola (uwaga: w wieku 42 lat). Zagadka pozostaje nierozwiązana, choć wypowiadali się na ten temat różni lekarze, od Gogolowi współczesnych po dzisiejszych, diagnozujących na podstawie jego zachowanych listów i licznych relacji z epoki.
Ba, zagadką jest i to, z jakiego właściwie powodu Gogol umarł. Obsuwając się w swoją śmierć z niezrozumiałych dla ówczesnych medyków przyczyn, z dnia na dzień, coraz głębiej, jakby właśnie się w mrok zapadał. Są i zagadki związane z jego pochówkiem (nie zachowała się bowiem… głowa pisarza), podsycane jego własną fobią dotyczącą tego, iż zostanie pochowany żywy, na co jego ekshumacja ponoć mogłaby właśnie wskazywać. Tyle że dziś już tego nijak dowieść się nie da.
Mam skądinąd pretensję do autorki tej naprawdę interesującej i dobrze napisanej biografii Gogola (z całym mnóstwem cytatów — dobranych jednak smacznie i trafnie, a zarazem dobrze oddających epokę), że nie podjęła jakieś własnej próby rozwiązania choć niektórych zagadek. Jakby zabrakło jej samodzielności sądu, a przecież nie pisała pracy naukowej, lecz biograficzny esej.
Mówiąc o „niektórych” zagadkach, nie mówię tu nawet o sprawach przynależności narodowej, to rzecz do naszej własnej oceny, ani też o tym, czy naprawdę pochowano go żywcem, to dziś tylko sensacyjna plotka, ale choćby o wspomnianych już przyczynach śmierci. Frołow zostaje tu bowiem przy opisie i relacjach świadków, dodając do tego kilka opinii ludzi współczesnych poecie (tak Gogol sam o sobie mówił skądinąd, a Martwe dusze uważał za… poemat), ale są chyba jakieś przyjęte, najbardziej wiarygodne, zdania na ów temat?
I u nas trwały spory o przyczynę śmierci Mickiewicza (nie brakowało takich, co podejrzewali otrucie), w sumie jednak pozostano — nie tylko oficjalnie — przy gwałtownie przebiegającej cholerze. Może i z Gogolem było zwyczajniej? Widać jednak autorce bardziej pasowała „zagadka”…
Choć i bez niej znalazła przestrzeń do nakreślenia intrygującej sylwetki twórcy, bardzo w gruncie rzeczy nieszczęśliwego jako człowieka, a do ostatnich chwil życia — wśród przyjaciół, pochlebców, nienawistników i ciekawskich — samotnego. Gęsto cytowane listy Gogola — i listy do niego kierowane — wzbogacają dodatkowo zarówno portret jego samego — jako pisarza uwikłanego w życie i literacką misję (chciał stworzyć kolejne tomy Martwych dusz, ale ich rękopisy… spalił) oraz pozbawionego bliskich młodego, a tak szybko się starzejącego mężczyzny — jak i świata, który go otaczał. Otaczał właśnie — carską władzą, bezwzględnością ówczesnej cenzury, Rosją tępą i okrutną, a zarazem wybijającą się właśnie na wyżyny kultury i sztuki, mającą w swoich elitach ludzi naprawdę światłych i mądrych (patrz owe listy). Rosją, którą kochał, i od której uciekał — do Europy. Zwłaszcza do Włoch. By tam za Rosją tęsknić. Oj, nie był z niego człowiek, którego dałoby się przypisać jednemu miejscu. Dlatego właśnie tak uwielbiał podróże, a dokładniej — bycie w podróży. Podróżą się leczył, zapominając w pędzie, w ruchu, o swoich demonach…
I pod tym względem wielu z nas, współczesnych, może się z nim pewnie utożsamiać. Zbyt zagorzałym podróżnikom zwracam jednak uwagę, że każda podróż ma jakiś kres, przed którym i Gogol nie tylko uciec nie zdołał, ale i pędząc przed siebie, zatracił w sobie i moc własną, i sens podróży.
[Sylwia Frołow, Zagadka Gogol. Biografia, Marginesy, Warszawa 2026]
Paweł Albo Poczytalion (ur. w 1965 r. w przysiółku Szczecin Dąbiego) — z wykształcenia ornitolog. Mieszał w Kantucky i Bismarck (Niemcy), dziś: Niezbyt Dobra koło Szczecina. Miłośnik starej Broni (imię psa, dokładniej: suki). Publikował w prasie krajowej, polonijnej, milenijnej i codziennej („Głos Louisville”, „Głos Pomorze”, „Kurier Szczeciny”), magazynach poświęconych niezdrowemu żywieniu („Piwariat”) i pismach literackich (m.in.: „Czas Chałtury”, „Nestor”, „Wsypa”, „Faza”, „Kwartalnik Artystyczno-Krytykancki”). Wydał m.in. wiersze i epitety Życie skocznikiem (2007), powieść ontologiczną Wandalizm. Motyw kobiecego samobójstwa w poezji współczesnej (2013) oraz wszystkie oszczędności z konta dolarowego w PKO S.A.
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved