KAROL SAMSEL
Praktyki. 16
czerwiec 2026
„Może wcale nie poezja jest tym, czego potrzebujesz? Może wcale nie potrzebujesz poezji? Mało tego, może wcale nie potrzebujesz literatury? A już tym bardziej wszelkiego literaturoznawstwa z całym jego zakłamaniem… Może całe życie potrzebowałeś czegoś — najzupełniej innego — transcendencji, jedności, spójności, porządku i wolności, radości — wszystkiego tego, czego zatem literatura nie mogła Ci dać jako zaślepiony samą sobą oraz modnym przekonaniem na swój własny temat — zakon. Dlatego być może całe życie tak rozpaczliwie walczyłeś o antyliteraturę? Stając się wrogiem wszystkich? Zadaj sobie w tej sytuacji jedno pytanie, skoro od dziesięciu lat antyliteratura jest Twoim największym — pragnieniem, nawet nie uznanie, ani nawet nie rozumienie — może nie masz już niczego wspólnego z pisarstwem, warsztatem, rzemiosłem, praktyką, literacką predylekcją, cały być może jesteś zaprzeczeniem marzeniem każdego pisarza o tworzeniu? Może od dawna więc uważasz te marzenia za kościoły bez Boga? Może dlatego tak przeklinasz ową poezję i tę literaturę, przeklinasz ją, obrzucasz wyzwiskami, bo nie jest ci w stanie już niczego dać — całkowicie się przed tobą skompromitowała — jako instytucja zupełnego samooszukiwania, więc początek wszelkiej poetyki tkwi w samooszukiwaniu — i ostatecznie to zrozumiałeś? Przeklinasz więc skompromitowanych, którzy nagradzają kompromitujących się. Tyle że ty wcale już nie potrzebujesz literatury. Znalazłeś istotę jedności poza literaturą, co więcej — potrafisz to zapisać — i to jest najlepsze! — w sposób niezrównany: jednocześnie literacki i pozaliteracki…”. Co, jeżeli całe życie poświęciłem czemuś, co występowało jedynie w zastępstwie tego, czego poszukiwałem naprawdę? Może nie „w zastępstwie”, to zbyt mocne określenie. Występowało „pod postacią”, sub specie. Myślę, że tak właśnie było — stąd pragnienie antyliteratury, które przepala mnie od środka i równocześnie, zwłaszcza dzisiaj, eksploduje we mnie: mędrzec okazuje się błaznem, błazen okazuje się mędrcem, ale to jest prawdziwa istota mądrości — studiujemy nie te księgi, które nam zapisano… Dobrze, czas uspokoić się, wracam do korekty Primy, sprawę literatury należy doprowadzić do końca, wypełnić całą strukturę Praktyk, zacząć nowe życie. Czuję ogromną ulgę. Literatura — w najmniejszym stopniu — nie jest jednak tym, czego całe życie poszukiwałem… Szukałem „nirwatury”, jeżeli można tak powiedzieć, i właśnie ją odnajduję, oby wraz ze mną także odnajdywał ją mój czytelnik, rozumiał, że również dla niego literatura powinna okazać się czymś zakłamanym i duchowo bezużytecznym. Pozostaje mi jedynie wierzyć, że patrzymy dzisiaj na siebie z tych samych poziomów — i nikt z nas nie nabierze się już na iluzję, na której można strawić lata: jest wymowna i przekonująca — iluzję antyliteratury… Otóż, ja pielęgnowałem ją w sobie dziesięć lat — Autodafe 1-9, przede mną ciągi dalsze, „wielkie sprostowania jeszcze większego poematu”, Autodafe 10-13.
Jak mam znaleźć dla was jakiekolwiek słowo zrozumienia, skoro — ucztujecie na ruinach, nie widzicie w tym nic złego, i nie macie zamiaru niczego przerywać, ani — tym bardziej kończyć? Czujecie się odpowiedzialni jedynie za swój sabatikon, nie za naród — mówicie, nomen omen, że życie to sabbatical, roczna przerwa w pracy, jaką jest twórczość kosmiczna… Może powinienem zacząć stosować leki antropozoficzne? Poza paroksetyną i pregabaliną? Przygotowuję na dzisiejsze warsztaty literackie w Ostrołęce wykład o Emily Dickinson, następnie wracam do pracy nad Primą. Być może kiedyś pokora podyktuje mi rozwiązanie takie, jak alkohol i alkohol uznam z pokorą za jedyną możliwość wyjścia ze śmiertelnego potrzasku, w który wtrąci mnie los — ale w tej chwili moja człowiecza pycha (niech będzie błogosławiona) pozwala mi wierzyć w etykę i metafizykę, również w to, że jestem wyższy nad alkohol, który jeszcze trzy lata temu całkowicie nade mną panował. Bielszy nad śnieg — o tak, taki dzisiaj jestem, w 2026 roku bielszy nad śnieg i tym mam zamiar właśnie się chlubić… Nigdy nie byłem aż tak biały, aż tak nieskazitelny, mimo że przecież aż tak nieczysty. Nieczysty, a jednak bielszy nad śnieg. Środowiska literackie od kilkudziesięciu lat żyją w kredowym kole uznania — a ja znajduję się nie na marginesie, a właśnie — poza kredowym kołem, bo na marginesie trzyma się nędzarzy, poza kredowym kołem trzyma się demony, diabły, wszystkich więc, których kultura się boi, a ja właśnie to tworzę — piszę antyliteraturę poza kredowym kołem i antyreligię poza kredowym kołem. Korekta Primy. Czuję, jak gdybym wyrywał każdą deskę podłogi domu, który budowałem, pokój po pokoju i dokładnie wszystko czyścił, zanim z powrotem umieszczę na swoim miejscu. Z niepokojem patrzę na „korytarz”, bo czy w nim również powinienem przejrzeć każdą deskę oddzielnie? Oczywiście — to bowiem dopiero czyni życie życiem.
Ale kredowe koło, w którym salon literacki organizuje swe sabaty i zgromadzenia, symbolizuje również uwięzienie i unieruchomienie w czasie, takie przynajmniej znaczenie znajdujemy u Herberta, kredowe koło salonu literackiego to pułapka uwięzionych w czasie żywych skamielin literatury: skamielinowe nagrody kredowego świata kamiennych myśli. Zastanawiam się, czy nie napisać pracy na temat neosarmatycznej osobliwości dyskursów krytyki literackiej po 2015 roku: neosarmatyzm jako cecha dyskursu literackiego, a także krytycznego, w tym — neosarmatyzm kobiecy (chodzi tutaj o feminosarmatyzm). Myślę, że jestem czarnym diamentem pośród całkiem urodziwych skalnych minerałów i przyjemnych kryształów solnych. Jak najczystsza odmiana węgla ma dać się zmineralizować — jak ma ustosunkować się do gratulacjonizmu wypełniającego od góry do dołu — „literacką masę organiczną” w Polsce? Robię wszystko, ażeby nie można było powiedzieć, że Polska — to kredowe koło, Warszawa — to kredowe koło, Ostrołęka — to kredowe koło. Ale też by nie mówiono: Kraków — to kredowe koło, Poznań — to kredowe koło, Katowice — to kredowe koło. A co jeśli jestem suką płaczącą za srebrami, które nigdy do mnie nie należały? Czy malowaną aktorką, malowaną pieniędzmi z firmy rodzinnej, do której nie należą — żadne kwoty, które, jak zawsze uważała, uczciwie zarobiła? Tak, płaczę za srebrami, które nie należały do mnie nigdy, pozostali również płaczą za srebrami, które nie należały do nich nigdy i by zatuszować tę prawdę, prawdę o tym, że nic nigdy do nikogo nie należało — przyznają sobie nagrody i wyróżnienia. Nie, co masz wziąć sobie, weź czym prędzej i idź dalej… Nie płacz za srebrami, które nigdy do ciebie nie należały, w kredowym kole, w którym nigdy nie miałeś się znaleźć. Nawet gdyby miało być to kredowe koło samego Uniwersytetu Warszawskiego.
Współczuję ludziom, którzy dzięki uznaniu czują się pełniejsi i prawdziwsi, „czy rzeczywiście czujesz się pełniejszy, prawdziwszy, tylko dlatego, że zostałeś doceniony?”. Myślę, że w Warszawie nic się nie zaczyna i nic się nie kończy: to jedynie odcinek mojego życia spędzany na pełnym oceanie, ale Warszawa nie jest „mi portem”, ani z niej nie wybijam, ani do niej nie dopływam. Sama ma się oczywiście za Alfę i Omegę, Początek i Koniec. Ciało za to jest już ze wszech miar najważniejsze, jest naczyniem, lustrem, które brudzimy na co dzień — pożywieniem, brudem, krwią, spermą, ziemią. Nie jest ważne nagradzać je, albo uznawać, albo czcić. Najważniejsze to opróżniać to naczynie i myć. Codziennie rano pozbywać się z niego płynu, i nasienia, i kału, by wypełniło się nową energią, nie zapychać jej pożywieniem i powietrzem, nie zatykać ani wodą, ani ciepłem, zimnem, nie, ciału wszystko w granicach: naczynie nie jest po to, by bić w nie żywiołami. Ciało jest unikalnym, dosyć gąbczastym naczyniem napełniającym się cudownym sokiem, wilgotną, odżywczą treścią, stąd wszyscy uwielbiają to ciało ssać. Moje ciało ssie bez przerwy, nigdy nikt go nie połyka, raczej się je przeżuwa ze smakiem, delektuje, żując, dopóki nie odda wszystkich soków, całej wilgoci — następnie wypluwa się cały wyzuty, pozbawiony już smaku delekt, by znowu jak deszczułka napełnił się nowego dnia… To poniekąd wampiryzm, wykorzystywanie mnie wprost niczym instrumentu, molestowanie intelektualne, a także estetyczne. Nieustanna inspiracja dla innych — staję się ofiarą molestowania intelektualnego. Wykorzystanego porzuca się mnie i zostawia, bym znowu wypełnił się niepowtarzalną treścią intelektualną. Nikogo nie powinno dziwić, że czuję się wręcz jak wilczyca, która karmiła Romulusa i Remusa: tamci potem odchodzą, zakładają swój Rzym, zdobywają najważniejsze literackie nagrody, a wilczyca zostaje tym, czym była. Jest jej niepotrzebna ludzka chwała, gloria, całe to wspominane już Hypocrisis splendor. Wilczycy potrzeba pełnych sutków, by wykarmić zdobywców — tak jak mi — pełnych, obrzmiałych jąder… wypełnionych nasieniem… Jestem wilczycą z nasienia, przyszłego Romulusa oraz przyszłego Remusa karmię właśnie nasieniem, codziennie rano myję swoje naczynie — z nasienia, płynów i kału. Wszystko to robię bez świadków — ostatni zainteresowani mnie opuścili, bowiem dużo ciekawsze były dla nich poetyka literatury i poetologia, okazało się, że są wypełnione pełnią technik manipulacyjnych i na poetykę literatury, również Poetykę Arystotelesa składają się wyłącznie techniki manipulacyjne, a literatura to wyłącznie — manipulacyjny pozór mistyki jakiegoś wyższego rzędu. Mistyka znana na Ziemi z literatury, znana z języka, jest zatem tylko jakimś mniej lub bardziej pomysłowym opracowaniem manipulacjonizmu. Dramat mistyczny, to, co za niego brałem do tej pory, na przykład Słowacki, to właściwie dramat manipulacyjny. Nic zatem, czego szukam, nie ma żadnego związku z literaturą. To może metaforyczny żart — uznanie, że literatura jest odpowiedzią, a wręcz — pytaniem i odpowiedzią. Nie żartujmy już w taki sposób, mamy przecież i swój wiek, i swoją wiedzę, i swoje poczucie rzeczywistości. Pojmuję, wreszcie, jak ten wstyd określić, jest słodko-gorzki. Wydaje mi się zarazem, że wchodzę w słodko-gorzką erę całego swojego życia. Myślę, że zaczynam reprezentować nowy, słodko-gorzki romantyzm, takiego jeszcze nie było w ostatnich setkach lat w Polsce, ani przed XIX wiekiem, ani po XIX wieku… Najbardziej słodko-gorzki miesiąc roku to wrzesień — i zdaje mi się, że właśnie zaczynam wrzesień całego swojego życia…
Karol Samsel (ur. w 1986 r.) — poeta, krytyk literacki, filozof, doktor habilitowany nauk humanistycznych, doktor filozofii. Zastępca dyrektora w Międzydziedzinowej Szkole Doktorskiej UW, adiunkt w Zakładzie Literatury Romantyzmu i kierownik Pracowni Historii Dramatu 1864-1939 Wydziału Polonistyki UW, członek Polskiego Towarzystwa Conradowskiego. Laureat nagrody imienia Władysława Broniewskiego (2010) i zdobywca statuetki imienia Wandy Karczewskiej (2011). Redaktor działu esejów i szkiców w kwartalniku literacko-kulturalnym „eleWator”. Mieszka w Ostrołęce. Wydał m.in. tomy wierszy: Dormitoria (2011), Altissimum-Abiectum (2012), Dusze jednodniowe (2013), Więdnice (2014), Prawdziwie noc (2015), Jonestown (2016), Z domami ludzi (2017), Autodafe (2018), Autodafe 2 (2019), Autodafe 3 (2020), Autodafe 4 (2021), Autodafe 5 (2022), Fitzclarence (2022), Autodafe 6 (2023), Choroba Kolbego (2023), Autodafe 7 (2024), Autodafe 8 (2025), Autodafe 9 (2026), Cairo Declaration (2025) i powieść Nie-możliwość Piety (2023).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved