MAKSYMILIAN TCHOŃ
Mój pozytywizm, moja wina
Błądzimy po labiryntach uczuć
schwytani w pajęczynę myśli
pod pejzażem nieba
ukrzyżowani na cztery strony świata
i zbawieni owacją
w wojnie secesyjnej asymetrii
posiadając papużki
nierozłączki faliste
Na stelażu Miast
nędznicy słowa i albatrosi milczenia
podejrzani o życie w pełni
między szczytami marzeń
migocący blaskiem gwiezdnego karła
u depresji mórz
w senacie ustanowionym z westchnień
u wrót do lepszej przyszłości
w powojennych gruzach ego
atomowi szpiedzy
W lamperii ściennych malowideł
a za nami sejf
w książęcym zamku
na wysokiej Górze
Przemienienia
Cudownie rozmnożeni
i pragmatycznie podlegli
nicości
w boskiej chwale
(jedynie) odczytujemy życiorys
tragicznie przerwany
lub wydłużony kojącym balsamem
na ból istnienia
Podlegli wagnerowskiej uwadze
aprobujący sacrum i wetujący profanum
nadajemy ton chwili upojenia
podczas uwertury
kształcimy się gniewem
Z orientalnym imieniem
smaku potęgi n
danym na początku
i taneczną pasją
dotrzymania kroku
Kształcimy się pokorą
z siłą ducha, aby góry przenosić
Jutro urodzeni
mocodawcy turkusu cienia
w kolorze ni chiaroscuro
ni sepii
Wykształciliśmy wiarę
w lepszą połowę siebie
Porzuciliśmy pradawną sztukę zadawania
trudnych pytań
Może tam, gdzie stały ląd
opuścimy ręce i zakotwiczymy
nie poszukując nic innego
jedynie trochę słownego lukru
i lingwistyczny paradygmat
rotacji mentalnych
Górskie widowisko
W wysokich górach
piła suchą wodę,
kiedy przez wiatry Historii osuwa się śnieg,
bo najlepsze wiersze są w górach,
bo jest tam wszystko, co kocham;
bielma geometrycznych malowideł
odgrywają spektakl poczęcia
na łonie matki Ziemi,
bujna trawa zatapia się
w rosie przeźroczystej,
w przejrzystej kompozycji woni kwiatów
wyraziście ujmują zmysły
Tam w powietrzu kręgi
toczą stworzenia cudowne,
a finezja ich ruchu budzi
doznania niewymowne,
uroki klarowne
potęgą opieczętowane
I ciągnę za sobą pocisk-lawinę
wymierzony w bliskich,
dojmujący, nie do zniesienia
rumor mgiełek
echem niesie się
od niechcenia,
słów czereda,
bo najlepsze wiersze są w górach,
bo jest tam wszystko, co kocham
Ta niedoceniana preambuła
przez żywioł
pod znakiem zodiaku
wodnik, strzelec
koziorożec
umartwiają się,
krzyki niezwiędłych róż —
i poradlone czoło,
kiedy wszystko ginie,
śpiewam hymn
Dies irae,
bo wszystko, co kocham,
tam spoczywa i nie są to deszcze jesienne, niespokojne,
I zwaloną tchnieniem
burzy nadaremną
uwerturą
pienią się
myślą suwerenną
buczynowe, tęczowe
Siklawy
Walls (na Brackiej)
Nielegalna ławica
kąpie się w Prawdzie
Łowisz grube ryby:
mięczaki, lwy morskie,
rozgwiazdy
*
Suweren Miłości
żąda planu na śmierć i życie
W wyższej izbie
szczęścia i radości orzeka się
wyrok pełnomocny
*
Przemysł zbrojeniowy przeżywa
renesans, pilnie zatrudnię nowe
mocne słowa, by jako pociski
ciężkiego kalibru
degradowały ideały.
Jestem radnym Czterech pór roku:
a) Uchwalam i pochwalam
wspólnotę węgla i stali
w Kraju pełnym Rad
zimą, gdy bieli się stos
a robotnic słowa mało
b) Kontroluję lokalną władzę
kiedy cytryna dojrzewa
gdzie kwitną kasztany i bzy
a deszcze niespokojne potargały sad
c) Reprezentuję mieszkańców
latem, na schadzce pod pełnią księżyca
kiedy ronisz łzy na boku
(ależ dalekiego, choć tak bliskiego)
Trójkąta Bermudzkiego
(bo wszędzie mi źle bez ciebie… i z tobą też źle mi)
d) Moje interpelacje
obejmują stan błogosławiony
równolegle do sceptycznego
źródła poczęcia
W pogoni za lepszej jakości życiem
w wyłomie niepewnego jutra
Będziemy na diecie
ale w podróży służbowej
do gwiazd
nie używając swoich pływów na oceany
a siły przyciągania księżyca
bo znają go tylko z jednej strony
i łamią się wszystkie cztery szczeble Drabiny Jakuba
Ochronią nas Pierwsi i Ostatni
cały naród patrzy na ręce
blask Historii bije, wieczorny spektakl zabija
albo wnosi o areszt
za przekroczenie piękności
Informacje z kraju
otwiera
Wiosna Ludów
Szata Dejaniry
Wybuduję domek w górach
w Ciemnych smreczynach
obok suchej limby
wzdychania, jakby żale
ty też możesz być poetyki drwalem
Będziemy kochać swe
dzieci ziemi i podziwiać
ptaków nieziemski lot łakomy
Zero złudzeń odludny wiek przezorny
kulturą piersi płci pięknej obalony
W wydaniu raju
ubiegając się o przeręble
na polu i w lesie. Obiecane echo
wiatr gromem burzy
niesie
I czystość pedantyczna
jak lęk, jak żal, jak dech tęsknoty
wtulił się w Genuę
Święte miasta wciąż
ratują łzy siklaw Horror vacui
Maksymilian Tchoń (ur. w 1987 r.) — poeta. Absolwent Filologii Polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wiersze publikował m.in. w: „Akancie”, „Epei”, „Poezji dzisiaj”, „Wyspie”. Wydał tomy wierszy, m.in.: Http (2015), Potępiony (2016), Ziemia złych wyroków (2019), 40 i 4 (2022), Kto zatrzyma perseidy (2023), Tragarz nadziei (2025) oraz tom esejów Rezerwat znaków przestankowych (2018). Tłumaczony na: angielski, francuski, hiszpański, portugalski, rosyjski, ukraiński i włoski.
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved