Skip to content

PIOTR MICHAŁOWSKI

Strażnik domowego ogniska. 2

 

2.

Podobnie jak dawno temu, niby filmowy angielski sybaryta z epoki wiktoriańskiej, siedział w fotelu naprzeciw kominka, zadowalając się bez reszty obserwacją, jak między szczapami przeciska się narodzony z czerwonego żaru niebieskawożółty płomień. Czasem dokładał następny trzydziestocentymetrowy równo odcięty kloc jesionu lub sosny o piętnastocentymetrowej średnicy i z jeszcze większym zadowoleniem przyglądał się przebiegającemu za brunatno okopconą szybą procesowi wieloetapowej destrukcji, zmieniającej drewno w nicość, zwaną ciepłem. Kiedy otworzył większy przepust powietrza, ogień powstawał z pogorzeliska, oblizując obłą powierzchnię walca, a potem wgryzał się przez korę, wyświetlając jaskrawopomarańczowe szczeliny pęknięć.

Nikomu się nie przyznawał do tej drobnej przyjemności, wstydliwej zabawy, sądząc, że ujawnienie piromanii i fascynacji zniszczeniem będzie uznane w najlepszym razie za infantylizm, a w najgorszym za patologiczne zboczenie i niebezpieczną dla otoczenia anomalię.

Ciepły i migotliwy blask wędrował po wszystkich powierzchniach, kantach i wypukłościach wnętrza, mimowolnie demaskował kurz na stylizowanych na secesję oparciach krzeseł i nogach stolika, a dalej tańczył w odbiciu szyby w szczelinie niedociągniętych zasłon, skąd zwracał światło ze swego fragmentarycznego autoportretu… Obserwacja tych zjawisk, po raz pierwszy tak uważna, bo odczytująca je jako symptomy zamknięcia pierwszego aktu odbudowy życia, wzmagała radość z dokonanego przełomu. Inicjowała zarazem nowy etap, choć niejasno przeczuwał, że ta efektowna inauguracyjna feeria okaże się zarazem finałem, bo na niej cała rewolucja się wyczerpie i wygaśnie. Zresztą i dosłownie — jak ten kominek.

„Wygaśnięcie”? Otóż to. Więc dopóki ogień płonie… Trochę jak znicz na igrzyskach. Ale jego podtrzymywanie wymaga czujnej wytrwałości i wytrwałej czujności, czyli nieustannego dozoru, a tym samym dodatkowej pracy, wysiłku fizycznego. Konieczne będzie dyżurowanie ciągłe, a w każdym razie regularne, bo mierzone jakimś interwałem czasu spalania… kłody. Nie, mówi się inaczej: szczapy albo polana. Jest jeszcze bierwiono, ale to brzmi nie za dobrze. Niewykluczone, że zapowiada się opieka tak absorbująca, iż pochłonie połowę odzyskanej wolności i niezauważalnie stanie się celem samym w sobie.

Tak, dawno nastał już drugi dzień wolności, a wszystko to zorganizował jeszcze wczoraj, przed pierwszym rozpaleniem. Dziś, drugiego już dnia nowego życia jako słomianego singla, na razie funkcjonuje bez zarzutu i przebiega zgodnie z naszkicowanym z grubsza harmonogramem. Przede wszystkim po latach przerwy na nowo opanował sztukę rozpalania — nic trudnego, chodziło o przypomnienie sobie paru podstawowych reguł, ale poczuł z tego powodu taką dumę, jakby zyskał kolejną naszywkę sprawności harcerskiej. Ostatnio kominka używali przed czterema laty, więc odtąd służył wyłącznie za ozdobę salonu, a zdaniem Sary, która zainicjowała jego budowę, miał ponadto nadawać prestiż nieistniejącego bogactwa gospodarzy i peszyć tym niektórych snobistycznie skrzywionych gości.

Był marzec, a więc chwiejna pogoda przedwiośnia, czyli czas na inaugurację kominka zapewne bardzo spóźniony, albo jeszcze bardziej — przedwczesny. Natomiast jak najbardziej odpowiedni jako cezura nie sezonu grzewczego, lecz nowej epoki. Niby luksus i wyższy status społeczny (bo może właśnie od posiadaczy jednorodzinnego domku i kominka liczy się usilnie kreowana przez państwową propagandę „polska klasa średnia”?), ale przecież wymagający stałej obsługi, czyli pracy fizycznej, a nie przyciskania guzików, jeśli to kominek prawdziwy, a nie elektryczna imitacja. A w domu bez lokaja czy gosposi choćby na pół etatu, to już druga strona medalu, czyli mroczne zaplecze pałacowego szpanu. Zwłaszcza jeśli już nikt tego nie ogląda, to czysty absurd; zresztą może obserwowanie przez gościa wszystkich koniecznych piecowych procedur wypadłoby nawet gorzej, bo raczej nie będzie podziwu dla gospodarza, który wykwintnym gestem gmera pogrzebaczem w palenisku, nawet gdyby założył najbardziej arystokratyczne rękawice ze złotym monogramem i herbem rodowym. Więc pewnie żaden to szpan, za to roboty od groma. Najwięcej z paliwem, którego w każdej chwili może zabraknąć, jeśli nie dysponuje się sporym zapasem. W dodatku muszą to być szczapy suche i odpowiedniej długości, nie przekraczające pewnej średnicy i najlepiej wzdłuż rozpołowione. A zatem: piła i siekiera. I jeszcze jakiś magazyn, by nie zamokły. Wszystko to miał w małej szopie za miniaturowym ogródkiem, choć narzędziom na ostrzach wykwitły już rdzawe plamki od zbyt długiego nieużywania. A zapas? Znalazł zaledwie parę w miarę suchych gałęzi i cztery porządne polana ukrywające się złośliwie pod plastikowym kubłem z resztką białego akrylu i grabiami, przyciśnięte skrzynią z drobnymi częściami hydraulicznymi i samochodowymi. Kiedy otrząsał je z czteroletniego zapewne kurzu i odwijał z wilgotnych pajęczyn, spłoszył właścicieli tej otuliny, którzy rozbiegli się po ścianie. Po co to wszystko? Zwątpił wtedy w całe przedsięwzięcie. Chce w domu utrwalać spokój, a tu pająkom sieje zamęt!

O, jaki piękny aforyzm! Ucieszył się ze swej inwencji, ale przelotnie, więc iskra zgasła i nie wybuchła pożarem samozadowolenia. Właśnie! Symbolika ognia! Tak, przecież nie chodzi o trywialne grzanie rąk, nóg i całej reszty. Ani tym bardziej o rozkosz wgapiania się w ogień, czerpaną z obserwacji całej tej dramaturgii płomieni. Nie, nie, sprawa jest poważniejsza, kulturowa i antropologiczna, jakby nawet archetypiczna! Z komina snuje się leniwie dym — postrzegany przez sąsiednie plemiona jako niechybny znak cywilizacji… Przecież były kiedyś Westalki, był Prometeusz, a nie tylko wiejscy piromani z Ochotniczej Straży Pożarnej. A także ci, co błędnie powoływali się na patronat Nerona… Acha, jeszcze Empedokles, który uznał ogień za jeden z czterech żywiołów. Coś tam się jednak zapamiętało z pierwszego roku, przez chwilę żałował, że przerwał studia. Jeszcze: miłość i waśń — było coś takiego, ale ten wątek filozofii lepiej zostawić, starczą same żywioły, gdyż one stanowią żelazny argument. Zatem niech to będzie początek Epoki Ognia. Brzmi nieźle, wzniośle nawet. Ale i zobowiązująco.

Trzeba było jednak zejść z wyżyn mitologii na ziemię i nagromadzić tyle drewna, by starczyło przynajmniej na dobę. Jeszcze pamiętał, ile się tego zużywa, nawet przy minimalnym płomieniu, dokładając oszczędnie, jedynie, by palenisko nie zgasło. Właściwie ogień wymaga kontroli minimum co pół godziny, a zatem angażuje uwagę w stopniu nieporównywalnym z niczym, pewnie i sprawdzaniem wiatru przez żeglarza na wachcie. Jak w tej sytuacji skupić się na jakimkolwiek innym zajęciu?

Największy problem stanowi rozpałka, bo w ogóle nie kupował gazet. A zatem co? Tekturowe opakowania? Trochę ich za mało. Może listy? Jeśli jakieś zostały. Tak, zwłaszcza te od niej. To byłoby zarazem symboliczne, coś jak zacieranie śladów albo przysłowiowe palenie za sobą mostów. Nie, nie, chyba jednak na to za wcześnie.

Całe wczorajsze popołudnie spędził więc w terenie, a potem w drewutni, jak przemianował wydzieloną część szopy czy kanciapy, ale tej nazwy nie akceptował, bo brzmiała przaśnie i degradująco, zwłaszcza gdy chodzi o całkiem zgrabny obiekt małej architektury. Dużo czasu zajęło poszukiwanie drewna, którego niewiele znalazł we własnym obejściu i ogrodzie, więc konieczna była dalsza wyprawa, może trochę nielegalna i piracka, na przyległe nieużytki, które wkrótce zyskają status parceli budowlanych, a tymczasem pozostają niczyje, pewnie czekając na odrolnienie, które oczywiście nie zmieni krajobrazu, a oznacza niewidzialny ruch w papierach. Było to, i długo pozostanie, użyteczne śmietnisko, rozciągające się od drogi po dziką łąkę z resztkami przedwojennych fundamentów porosłymi wysokim burzanem. Na razie teren możliwych poszukiwań imponował rozległością. Stamtąd właśnie pochodziły najcenniejsze zdobycze: jakieś ciężkie drzwi pokryte ostrymi łuskami odłażącej białej farby i siedliskami wszelkiego robactwa. Wymagały sporo wysiłku, zanim zdołał przerobić je na paliwo, dwie drzazgi weszły w palec, na szczęście płytko i bezkrwawo. Stamtąd przytaszczył także dwa ogromne konary jesionu z długim i dość świeżym ukosem złamania przez wiatr albo piorun. Były mocno rozgałęzione i splątane, przez co niewygodne w transporcie; najtrudniej było je przerzucić przez ogrodzenie, bo haczyły o siatkę, a potem bardzo pracochłonne okazało się obłamywanie gałęzi i cięcie na stosownej długości odcinki. Natomiast stosunkowo łatwe i przyjemne było rozłupywanie grubszych pni na pół, ponieważ lubił władać siekierą, piłą mniej, bo pozostawiała bąble na dłoniach mimo rękawic. Wszystko zajęło ponad sześć godzin wczorajszego popołudnia z przerwą na byle jaki posiłek, bo zakupy odłożył na dzisiejsze przedpołudnie. Musiał opatrzyć małą ranę na łydce, powstałą podczas penetracji rumowiska, pewnie po nastąpieniu na jakąś deskę z wystającym gwoździem albo sterczący sztylet stłuczonej szyby. Dopóki zajmował się drewnem, nie czuł ani upływu czasu, ani zmęczenia, a wyłącznie dziwną satysfakcję z tworzenia, powstrzymywał myśl o tym, że rosnący imponująco stos drewna, jako owoc jego wysiłku, będzie dziełem nietrwałym i ulegnie wkrótce całkowitej destrukcji przez działanie ognia, który szybko pożre stos walców i półwalców, by przerobić je na niewidzialne i efemeryczne ciepło. Efektowna wizualnie materia stanie się wprawdzie zgodnie z prawem fizyki energią, ale nic po niej nie zostanie. Popiół i zamęt — jak u Norwida. Nie, wtedy te myśli udało się wyhamować i powstrzymać wszystkie natrętne wanitatywne puenty. Na razie było dobrze. Napracował się uczciwie i dorobek sprawiał niezmierną satysfakcję, bo była widoczna nagroda za dobrą robotę i wszystko grało. Grało — tak myślał wczoraj, czyli pierwszego dnia wolności, kiedy ustawiał przy kominku załadowaną z czubem dziurawą węglarkę, odnalezioną w szopie w starej wannie pod blaszanym wiadrem bez uchwytu i plastikowym pojemnikiem z wyschniętą resztką farby. Dopiero wtedy poczuł zmęczenie, które podważało jakiekolwiek ambitniejsze plany dalszej aktywności. Zmusił się jedynie do zaparzenia herbaty, a z lodówki wygrzebał nadgryziony kawałek sera i połówkę zeschłej bułki, z której po namyśle odłamał jeszcze pół na jutro, a tym samym niemal do końca wysprzątał białe wnętrze, osiągając w nim stan bliski idealnej pustki. Zagryzł bez smaku, bo nie czuł głodu, chciało się tylko pić, więc wystygłą herbatę uznał za dobry pomysł i pochwalił siebie za podjęty wysiłek jej zaparzenia. Dolewał stygnącej wody dwa, może cztery razy, nie liczył, aż wysączył z czajnika ostatnią kroplę, a herbata odbarwiła się do koloru słomy. Zmęczenie wykluczało czynności bardziej skomplikowane. Także uroczyste rozpalanie kominka nie wchodziło w grę, zresztą w takim stanie skazane było na fiasko. Dowlókł się do łazienki, znacząc swój szlak zrzucanymi po drodze ciuchami. Prysznic, siku i lulu. Postanowił zacząć wszystko dopiero nazajutrz — czyli dziś. Otulony w źle rozciągniętą kołdrę i afabularną tym razem ciemność, pozwolił bezwładnie zapaść mrokowi, by samoczynnie „nastał wieczór, i noc, i poranek drugiego dnia”.

Wiadomo, że nastał zgodnie z planem i pozwolił konsumować owoce uczciwej pracy dnia poprzedniego. Teraz dane było zażywać błogiego nieróbstwa, grzejąc się przy własnoręcznie skrzesanym ogniu. Właściwie trudno mówić o grzaniu, bo od wczoraj ociepliło się nieco i po raz kolejny powiało zapowiedzią wiosny, zapewne złudną, co jednak nie zmienia faktu, że kominek tracił racjonalne uzasadnienie, pozostawiając tylko wzniosłą symbolikę.

Było spokojne późne popołudnie po obiedzie — prawie już normalnym, choć dla odmiany może trochę zbyt obfitym, zapewne w ramach rekompensaty za postne śniadanie, bo przed południem odbył wyprawę po zakupy — pierwszy raz w życiu tak ogromne, jakby chodziło o wyżywienie rodziny wielodzietnej. Dość dobrze je zaplanował, by długo nie błądzić z wózkiem alejkami supermarketu, zresztą to nietrudne, kiedy zasoby domowe wykazują stan zerowy, a chodzi o zaopatrzenie na co najmniej kilka dni, może tydzień. Kiedy uważnie lustrował wszystkie półki, produkty same przypominały o swoim handlowym istnieniu, niemal równoznacznym z brakiem koniecznym do wypełnienia w domu. Najpierw duży kawał schabu, poporcjuje go i upiecze, starczy na długo, oczywiście siatka ziemniaków (żółte czy czerwonawe? — żółte) i ryż, będzie na zmianę. Koperek — a co, jeszcze go stać na taki bardziej ozdobny niż smakowy dodatek… Pokaże, choć już nie ma komu, że jednak zna się na kuchni i docenia estetykę. A co z mięsem? Codziennie schab? Nie, jeszcze kilka ćwiartek kurczaka. Dalej: marchew, seler (najlepszy będzie smażony!), sałata, rzodkiewki — będą więc różne warianty surówki. Jeszcze papryka — zielona i żółta, pewnie droga? Nigdzie nie sprawdzał cen, a co tam, kasy na razie starczy, nawet do końca marca, a potem się zobaczy. Przez dwa miesiące próbował zostać vlogerem, ale zupełnie nie wyszło, najlepsze nagranie miało zaledwie 46 wyświetleń, kompletna klęska. To przesądziło, że skończył z internetem i spróbuje czegoś zupełnie innego. Może już od kwietnia trafi się jakaś fucha albo chociaż będzie wiadomo, co z pracą na dłużej, wprawdzie wciąż pewnie wyłącznie dorywcza, ale zawsze to coś, jakoś do przeżycia, po co się martwić na zapas… Jeszcze to, co konieczne: chleb, masło, ser żółty, kawałek pasztetu, dwa rodzaje wędlin, chyba coś tam szwagra, sołtysa, babuni czy teściowej, co za różnica, dwie bułki, nie, lepiej sześć — tu przyłapał się na tym, że wciąż liczy je parzyście, jakby nic się nie zmieniło, a przecież teraz liczą się tylko pojedyncze sztuki. Nie pamięta, co było jeszcze, acha, kilka makaronów na zapas, gdyby skończyły się ziemniaki i ryż; jeszcze owoce: siatka mandarynek, kiść bananów, parę jabłek; w każdym razie powstała z tego Gubałówka, wózek z czubem, potem dwie rozkładane plastikowe skrzynki z uginającym się dnem, z trudem domykany bagażnik, i lodówka nagle tak przepełniona, że gdyby mogła, wybrzuszyłaby swe pancerne ścianki. Stare Audi wciąż na chodzie i w dobrym zdrowiu, jeszcze bak do pełna i żyć, nie umierać…

Obiad był wspaniały, no trochę może przesadzony ilościowo, ale trzeba to uznać jako odszkodowanie za nędzę poprzednich posiłków. Zresztą, trudno tak na poczekaniu wdrożyć się w Nową Epokę i przypomnieć sobie zamierzchłe wzory… kawalerstwa. Neokawalerstwo? Nie, mimo przedrostka brzmi staroświecko, trzeba nadać modniejszą nazwę. Może: Single recycling? Fatalne w wymowie, ale na pewno się przyjmie, jak wszystko co po angielsku.

Były więc zakupy, jakich nie pamięta ze swej przedmałżeńskiej prehistorii, był obiad, który chyba zwolni z obowiązku kolacji, zaraz będzie kawa i jakaś lektura. Czy można wymyślić lepszy program samotnego popołudnia? A wieczorem — jakiś film na Netflixie, albo nie, dzisiaj przecież transmisja siatkówki. No prawda, wszystko to na siedząco, a więc przydałaby się jakaś przerwa z ruchem na powietrzu. Między setami? Bieganie na razie nie wchodzi w grę, najpierw trzeba by dres wyprać, bo drugiego nie ma. Poza tym bieganie męczy, więc zostaje spacer. Szkoda, że nie ma psa, czyli musi sam, a to trochę głupio i pewnie się narazi na wścibskie pytania napotkanych sąsiadów, zwłaszcza tych z psami, a jest ich wokół paru…

Mimo to zdecydował się. Zaraz, by mieć to z głowy, a poza tym pomyślał, że najlepiej teraz, kiedy psia pora jeszcze nie nastała. Ale na krótko — na tyle, by nie wygasł ogień, a najbezpieczniej dorzucić małą szczapę tuż przed wyjściem. I kiedy dokładał do ognia, napadła go myśl destrukcyjna, początkowo uboczna, która jednak wydostała się z nawiasu podrzędności i zagroziła całemu programowi Nowej Epoki: swoją drogą, czy to nie głupie, wygląda na to, że żyje głównie dla kominka, który z luksusowego dodatku staje się głównym przedmiotem troski i opieki, a także regulatorem rytmu życia, odmierzanego czasem spalania szczap. Kominek staje się nowym metronomem, dyktatorem, ba, terrorystą! Czy straż przy ogniu stanowi taką konieczność jak wachta na okręcie? Czy ta nowa fanaberia nie oznacza uzależnienia i dobrowolnej niewoli? By zdławić tę wątpliwość trzeba wyjść jak najprędzej.

Tak, ruch jest konieczny, należy go jakoś opracować i wdrożyć jako stały punkt codziennego programu. Wczoraj było go wprawdzie w nadmiarze, bo każda czynność wymagała pracochłonnego przygotowania, zwłaszcza ten cholerny kominek (zaraz przeprosił go za ten niefortunny przymiotnik), zmuszający do cięcia, rąbania, gromadzenia opału, a w przyszłości pewnie i podsuszania; tak, wczoraj narobił się do syta i z nadwyżką ciągle odczuwaną w krzyżu i ramionach, a więc czeka go nie żaden sport dla zdrowia, tylko beznadziejna harówa… Ale jeśli jogging, to przedtem pranie zasyfiałego dresu… Dobra, na razie wystarczy spacer i regularne dokarmianie kominka, potem coś może się wymyśli.

Wrócił z mikrospaceru, na którym zaledwie okrążył mały kwartał domków z trójkątnym skwerem, i na szczęście nie spotkał żadnego sąsiada, mógł więc delektować się drobnym sukcesem ocalenia samotności. Nie tęsknił do rozmów, które wytrąciłyby go z nowego porządku. Ale znowu jak pryszcz wyskoczyła wątpliwość: czy długo wytrzyma? Wrócił w sam raz, by dołożyć gruby kloc dość suchej brzozy z resztką kory do konającego już ognia. Sprawdził czas: trzydzieści siedem minut. Odczekał, obserwując, jak wybucha płomień, zawsze witany z entuzjazmem. Zaparzył kawę i zasiadł do lektury, było wciąż na tyle jasno, by nie włączać lampki.

Opowieści niepokojące Conrada. Tytuł nienajlepszy na tę okazję, ale innej nieprzeczytanej książki chwilowo zabrakło, a właśnie tę niefortunnie wypożyczył i za tydzień musi oddać, skąd mógł wiedzieć, co się stanie? Zresztą może to akurat najlepsze antidotum, gdy „niepokój” ewidentnie jest cudzy, obezwładniony cudzysłowem i szczelnie zamknięty w fikcji, w dodatku odległej, niby dziki zwierz w klatce.

Pięć opowiadań, może być. Bohater pierwszego nazywa się Karain, jest charyzmatycznym wodzem i piratem, niby rządzi zatoką, ale nie dostrzega swej zależności od holenderskich kolonialistów. Dobre, ciekawe, rzeczywistość wystarczająco daleka historycznie i geograficznie, co podkreśla egzotyka krajobrazu. Potem jakiś Jean-Pierre Bacadou żeni się z jakąś Susan i mają czworo dzieci, ale nienormalnych. No, to już takie sobie, raczej dołujące. Trzecia opowieść, Placówka postępu jest znów o kolonii, tym razem w Afryce, gdzie skupuje się od tubylców kość słoniową za nędzne paciorki. W porządku: krytyka kolonializmu, choć nieco satyryczna. Najlepsze czwarte: Alvan Hervey zapewnił żonie dostatnie życie i prestiżową pozycję społeczną, bo po mieszczańsku kreował pozory wzorowego małżeństwa. Ten fałsz, w końcu zdemaskowany, staje się powodem rozstania: żona odchodzi do kochanka, pozostawiając pożegnalny list. Klasyka melodramatu. Ale zaraz, zaraz, chyba skądś to zna. Tak, jeszcze sprawdzi, ale widział adaptację filmową, pod tytułem Jej powrót, albo jakoś tak, z Tyszkiewicz i Zelnikiem, tak, to było według Conrada… Chwileczkę, list? Właśnie! Kiedyś zostawiały właśnie jakiś list, ale to było dawno…

Ostatni łyk już dawno zimnej kawy i ostatnie opowiadanie: Laguna. Ramowe: biały odwiedza Malaja, a ten opowiada mu o porwaniu dziewczyny, która…

Tyr-tyr-tyr — jakiś pojazd za oknem. Tyr-tyr, trochę jak traktor, coś z nim nie tak. Zatrzymuje się przed gankiem. Ktoś do niego? Każdy ewentualny gość ma teraz status intruza. Nie!

A jednak. Wysiada. Aż dwóch! Jeden zwyczajny, w szarej kurtce, ale drugi chyba w mundurze! I zaraz plum-plum dzwonek. Otworzyć?

Otwiera. Rzeczywiście dwóch, na całą szerokość framugi. Wyższy w cywilu, ciemnozielonej kurtce, zbyt obcisłej, bo mięśniak, z siwiejącym rudawym zarostem i zaawansowaną z przodu łysiną, rekompensowaną z tyłu kitkiem, zagiętym na podniesionym kołnierzu. Drugi w mundurze, znacznie niższy, choć podwyższony policyjną bejsbolówką z długim daszkiem.

— Komisarz Dobrecki, Komenda Powiatowa. — I niemal równocześnie, wyćwiczone jak w balecie klapniecie odznakami. I trochę jak w klasycznym kryminale, tyle że chyba trafili tu omyłkowo, no cóż, zdarzają się mylne tropy, choć w scenariuszu muszą mieć jakieś ukryte uzasadnienie, w życiu — niekoniecznie.

— Aspirant Gańczarek. — To ten mundurowy.

— Krzysztof Mieliński? — Znów tamten.

— Taaak. — Wydusza zdziwioną odpowiedź.

— Syn Bernarda i Anieli, urodzony w Goleniowie 14 kwietnia 1984?

— Zgadza się…

— Poproszę dowód osobisty. Możemy do środka? — Było to pytanie jedynie w intonacji, bo weszli, nie czekając na odpowiedź, zresztą nie zamierzał im w tym przeszkadzać, choć może, gdyby dysponował czasem do namysłu, byłby nawet zaprotestował, lecz został zaskoczony wizytą, a zaskoczenie to miało moc paralizatora.

— Taaa, oczywiście, proszę — wyszeptał pro forma, gdy już byli w przedpokoju. — Tak, zaraz przyniosę… Ale czy mogę wiedzieć, o co chodzi?

— Zaraz się pan dowie — wtrącił mundurowy, ale tamten ważniejszy niedbałym ruchem głowy nakazał mu milczenie.

— Chcielibyśmy się tu… rozejrzeć…

Pozbierał się trochę i pomyślał, że właśnie nadszedł stosowny moment na protest:

— Chwileczkę, a mają panowie jakiś… nakaz — wydusił z trudem i nie mogło to zabrzmieć ani stanowczo, ani nawet poważnie.

— Proszę nie utrudniać. W każdej chwili możemy dostarczyć, ale teraz liczy się czas. Zresztą to nie przeszukanie, na razie tylko… powiedzmy, rekonesans.

Tymczasem jednak mundurowy zwiedzał już mieszkanie, zaglądając do wszystkich pomieszczeń, ale niczego nie dotykając. Prędko wrócił i pokręcił głową, sygnalizując komisarzowi — nie wiadomo co, bo możliwości było kilka: że nie znalazł niczego podejrzanego, że nie znalazł tego, czego szukał albo ukrywającego się zbiega… Albo — Sary? Aspirant wrócił z rekonesansu i przeczącym ruchem głowy odpowiedział na pytające spojrzenie swojego szefa.

— Jeszcze kominek. Używał pan ostatnio?

— Tak…

Komisarz znów niemo, nieznacznym ruchem nosa, wskazał podwładnemu, by sprawdził, a ten otworzył okopconą szybę, szarpiąc się chwilę z ryglem, i wsadził pół głowy do środka, niemal ocierając uszami o krawędzie. Wyjął i zameldował:

— Czysto.

A on, poczuł przelotną dumę, sądząc, że to pochwała za wzorowe wysprzątanie paleniska, co zresztą było nieprawdą, bo podczas czytania zapomniał dołożyć i ogień wygasł, pozostawiając zgliszcza, zanim zrozumiał właściwy sens meldunku. Komisarz obejrzał jeszcze dokładnie pod światło szufelkę i pogrzebacz, nie znajdując na ich końcówkach śladów krwi.

— Sam pan mieszka? — W tym pytaniu dosłuchał się nutki powątpiewania albo ironii.

— Nie, z żoną.

— Sara Agnieszka z domu Stolarska, lat 37?

— Zgadza się… — potwierdził zdziwiony ścisłością wyrecytowanych bez pomocy notatnika personaliów, których sam tak dokładnie by nie odtworzył.

— A gdzie żona znajduje się teraz?

— Nie mam pojęcia! — wyrwało się niepotrzebnie i był to znacząco rozpaczliwy wybuch, który dla tamtego stanowił zachętę do ataku. By złagodzić podejrzany ton, którym wyraził swą żałosną niewiedzę, dodał: — Nnno, nie wiem, wyszła po prostu… — I znów za późno zorientował się, że tym razem zabrzmiało to jak przepraszające usprawiedliwianie się, a więc niewiarygodnie, a tamten czeka z wyrozumiałym uśmieszkiem i wciąga go w jakąś pułapkę…

— Taaak. Więc twierdzi pan, że wyszła… „po prostu” — zacytował z wyraźną już ironią, więc dalej będzie się czepiał słówek i trzeba uważać!

— No tak, bo często wychodzi. U nas to normalne, nie musimy się sobie tłumaczyć, dokąd, bo taki mamy układ… To chyba naturalne? Partnerstwo. Chyba nie jest zabronione? — Ostatnie zdanie wypadło zaczepnie, a nawet bezczelnie i mógł je sobie darować. Właściwie, po co ma się tłumaczyć, przecież naprawdę nie wie i, do cholery, wolno chyba nie wiedzieć! Czemu ten glina sugeruje, że to podejrzane, czemu nie wierzy? Co to za gierki?

— I nie zostawiła żadnej wiadomości?

— Nie.

— A kiedy pan ją widział ostatnio?

— No wczoraj. Nie, właściwie przedwczoraj…

To była wpadka. Już tracił rachubę czasu, trzeba uważać. A tamten znów zatriumfował uśmieszkiem i ochoczo przyczepił się do słówka:

— Więc jak: wczoraj, czy przedwczoraj? Nie jest pan pewien? Cierpi na zanik pamięci?

— Pomyliłem się, oczywiście przedwczoraj, przedwczoraj wieczorem. Na pewno.

— W takim razie dlaczego pan nie zgłosił zaginięcia?

— Jakiego zaginięcia? To, że nie wiem, gdzie jest, nie znaczy jeszcze, że zaginęła!

— Tak pan sądzi?

— No przecież nie minęło jeszcze…

— Zgadza się, nie minęło. Ale jako troskliwy małżonek, czy nie powinien pan się zainteresować tym, przyzna pan, niecodziennym przecież zniknięciem?

Pomyślał, że istotnie, powinien. Ale formalnie wszystko gra i zgodnie z prawem nie musiał. Długa chwila konsternacji, chyba z tamtej strony również. Przerwał ją mundurowy, otwierając notatnik:

— Co pan robił w dniu wczorajszym między siedemnastą trzydzieści a dwudziestą drugą zero siedem?

Z trudem, ale zgodnie z prawdą, zrekonstruował przebieg swej wczorajszej samotności, lecz zrozumiał, że nikt nie może go potwierdzić, a więc brak mu alibi. Wiedział to z licznych filmów i tylko czekał, aż ów brak zostanie mu wytknięty. A jednak to się nie stało. Obaj intruzi zamilkli na parę sekund, a potem wymienili znaczące spojrzenia. Co będzie? Aresztują go? Jest podejrzany? O co?

— Ma pan jakiś garaż, piwnicę, szopę?

— Tak. Tylko szopę. Magazynek właściwie.

— Musimy tam zajrzeć. Proszę nas zaprowadzić i otworzyć.

Wziął klucz z szuflady w przedpokoju i wyszli, ale tylko z aspirantem, którego komisarz wysłał ruchem głowy. Na szczęście, co pomyślał znowu z dumą, wewnątrz był już jako taki porządek, oczywiście nieidealny, ale jak na graciarnię, zadowalający. Zauważył jakby kiwniecie głowy aspiranta rozglądającego się wkoło, choć niekoniecznie oznaczało to podziw, może nawet nie akceptację. I coś jeszcze: pod prawą ścianą równo ułożony stos drewna. Zauważył teraz, że starczy go najwyżej na dwie doby…

— Dziękuję, można zamknąć — skwitował aspirant i wrócili do domu. Komisarz już krążył po przedpokoju, jakby się zbierał do wyjścia, ale jeszcze się zastanawiał. Wreszcie zamknął wizytę puentą pochodzącą z klasycznego repertuaru, a jednak w tej sytuacji zaskakującą:

— Pojedzie pan z nami.

— Jak to? Dlaczego? Jestem o coś podejrzany?

Wtedy odezwał się mundurowy:

— W celu identyfikacji… zwłok.

Łup! Chyba trochę się zachwiał, ale nie mógł wydusić słowa. Porucznik obserwował tę reakcję i zrugał spojrzeniem aspiranta. Sprostował, próbując wykreślić ostatnie słowo:

— W celu identyfikacji.

Ale nie wykreślił. Słowo wybrzmiało i wciąż huczy jak suszarka, odbija się echem w membranach uszu i nabiera coraz dosłowniej grobowego tonu.

 

cdn.

Piotr Michałowski (ur. w 1955 r. w Bydgoszczy) — poeta, eseista, literaturoznawca, krytyk literacki i teatralny. Mieszka w Szczecinie. Nominowany do Nagrody Literackiej „Jantar” (2021). Ostatnio wydał tomy wierszy: Głosem prawie cudzym. Z poezji okołokonferencyjnej (2004), Rytmy, albo wiersze na czas (2007), Pierwowzory i echa. Od Kochanowskiego do Barańczaka (2009), Cisza na planie (2011), Dzień jest wierszem, świat kolorem (2021); poemat: Zaginiony w kreacji (2018); zbiór opowiadań Światy równoległe (2022), powieść Urbs ex nihilo. Raport z porzuconego miasta (2024) oraz książki naukowe: Granice poezji i poezja bez granic (2001, 2003), Głosy, formy, światy. Warianty poezji nowoczesnej (2008), Mikrokosmos wiersza. Interpretacje poezji współczesnej (2012), Narożnikowo, centralnie, pogranicznie. Szkice szczecińskie i europejskie (2014), Z narożnika mapy (2017).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści