WOJCIECH JUZYSZYN
Zimowy Bal
Gdyby Kamilę wrzucono do piekła, to by zamarzło. Nie przez chłód jej serca, chodziło o preferencje temperaturowe dziewczyny. Tak bardzo nie znosiła chłodu, że szatan z lubością dostroiłby kręcidło, by kosztować unikatowego smaku jej cierpienia.
Lody jadła, tylko gdy ogrzewała je farelką. Na łyżwach jeździła zawinięta w koce, wywijała na tafli pod postacią miękkiego kokonu (i z ochraniaczem na zęby, bo kiedyś o barierkę prawie wybiła sobie siekacze). Bałwana lepiłaby, gdyby miała dźwig z ogrzewaną kabiną i automatem z ciepłymi napojami. Wolałaby być spalona na stosie niż iść na krioterapię.
Taka była właśnie Kamilka. Nie mogła hibernować, ponieważ obowiązki domowe i szkolne trwały również zimą. Kamila brumowała. Zasypana w ciepłej norze swej wrażliwej egzystencji oczekiwała nadejścia lata w swoistym stanie z pogranicza jawy i snu. Przemieszczała się, piła wodę, wracała do snu.
W zimie duch jej koślawiał.
Stawał się posępnym mężczyzną, tym w prochowcu, który palił papierosa w ulewnym zaułku za domem rozpusty. Stawał się szklistą zmorą w osnowie delikatnej membrany. Zmorą w rozkrzyczanym bezruchu, która mogłyby prysnąć jak szkło, gdyby chłód zdołał się przedrzeć. Jakoś musiała przeżyć zimę jako brumujący cień.
Odhaczyła w swoim życiu wiele nieprzyjemnych zajść.
Kiedyś poszła na krioterapię i tam odkryła, że również lecznicze zimno jej nie służy. Uskoczyła jak kot od dyszy plującej złem i uczepiła się jarzeniówki pod sufitem. Nie mogli jej zdjąć. Dopiero potem pielęgniarka przymocowała strzykawkę do mopa i wstrzyknęła dziewczynie uspokajacz.
Innym razem bawiła się z sąsiadami w chowanego, w parczku, za dzielnicą domkową. Wpadła do rzeki i zamarzła do postaci lodowego bloku. Kilka dni później odnaleźli ją, przepłynęła aż do nadmorskiej miejscowości i zahaczyła o wystające korzenie drzewa. Dobrze, że się zatrzymała, bo prawie wpłynęła do portu, gdzie rozjechać mogły ją transportowce. Akurat tego dnia pogłębiarki wyrabiały tam dwieście procent normy.
Dali potem w domu kakao i pozwolili nie iść następnego dnia do szkoły. Zapytali, jak przeżyła takie wyziębienie, a ona odparła, że pomimo swej słabości widać jest twarda. Zapytana zaś, jak się czuła, stwierdziła, że dobrze jest przejechać się nad morze.
Miała też ostrą fazę weltschmerzu z wstawką epizodów pisania mrocznej poezji. To było wtedy, gdy na stopę Kamili upadła kostka lodu, która wystrzeliła z zamrażarki przy zamykaniu pełnej szuflady. Charknęła, jakby Rambo skręcił młódce kark w dżungli, wyskakując z krzaków, lecz to tylko mózg skręcił się jak smętna szmata porzucona w otchłani.
Czoło puchło jej jak Edgarowi Alanowi Poe, po bokach głowy włosy straszliwie się stroszyły. I przelewała ból na papier, przepoczwarzona w demonicznego Edgara, gdyż oczy płonęły ogniem cierpienia. Planowała się powiesić, tworzyła wiersze-listy pożegnalne.
Były proste, w Kamili żyłach nie płynął szkarłat liryczny, wiedziała o tym. Wiersze takie jak:
Niby skryte w mroźnej czeluści
Kostki z chłodu rodem
Ich Bezwoń czuć na krańcach świata
Stoję na krawędzi krzesła
Podwieszona sznurem do haka w suficie
I ten kraniec sprawdzić muszę
Ostatecznie pomogła seria ciepłych kąpieli i wypalające język zupki chińskie.
Raz natomiast kuzyn witał u niej i było mu jakoś tak za ciepło. Klik, skręcił ogrzewanie o jeden w dół. Drobny ruch pokrętłem. Potem, gdy już smacznie spał, Kamila klęknęła nad nim, zawiniętym w śpiwór, ulokowała kolana po bokach jego głowy, wzięła głowę w ręce i — klik! Również przekręciła, raz, a dobrze.
Ciała kuzyna nigdy nie odnaleziono.
Kiedy indziej, gdy witała u koleżanki zimą, oddawały się babskim ploteczkom, pleceniu warkoczy oraz robieniu testów, jakimi są postaciami z anime. Potem też czytały horoskopy i wróżyły sobie przyszłość z planet i gwiazd.
Zabawa trwała, póki nie wysiadło ogrzewanie. Koleżanka Kamili na moment ją opuściła, bo zawołali rodzice z piętra. Potem, gdy wróciła na dół, nie zastała już Kamili. Ta nie wróciła również do domu, wsiąknęła.
Dopiero później spostrzegli, że w trakcie poszukiwań nie raz ją mijali i była na widoku, jednak nikt nie skierował tam wcześniej wzroku. Kamila schowała się w piecyku, w którym włączyła lekkie przypiekanie. Jakoś mała Kamilka tam się władowała, upchnięta jak cyrkowiec do pudła.
Otworzyli drzwiczki, ale za nic nie chciała wyjść, ponieważ dom dalej zasnuwał chłód. Pozwolili jej tam zostać. Przesiedziała tak całą noc, ogrzewanie wróciło dopiero o piątej nad ranem.
Zdarzały się też rzeczy bardzo dwoiste, jeśli chodziło o temperaturowe przeboje Kamy.
Raz stanęła nad kraterem Wezuwiusza, który doznał wtedy erupcji, ponieważ wyczuł w niej bratnią duszę. Pogrążyła Włochów w oparach, pyle i lawie, sama trochę płynąc przez lawę, trochę surfując, gdy napatoczyła się skała, cieszyła się widokami oraz „wreszcie odpowiednia temperaturą”. Dotarła tak do zacofanego włoskiego miasteczka, gdzie powitano ją jak boginię ognia.
Wypiła tam od razu dziesięć litrów mleka, spragniona po przygodzie życia.
Przez tydzień pojono ją tam najświeższym kozim mlekiem, ale w końcu strapiona matka zadzwoniła, że Kamila jest potrzebna do lepienia pierogów, więc świeżo upieczone bóstwo ognia wybyć musiało na swe ziemie macierzyste.
Jednym z niewielu pozytywnych przeżyć z zimnem było to, kiedy Kamila pojechała wieczorem po szkole do niedalekiego miasta, by zawieźć siostrze na kolonie telefon, którego zapomniała. Po drodze pizgało niemiłosiernie i Kamila cierpiała, zima pełną gębą. Musiała odbębnić nocleg w podrzędnym moteliku, bo zepsuł się bus i później już nic nie jechało.
Kamila załatwiła formalności, oswoiła się z pokoikiem i wyszła na ganek, wystawiając sobie tam fotel. Siedziała tak pośród wichrów i grzała stopy grzejnikiem. Otaczał ją bąbel ciepła, a mróz wokół furkotał złem. Lodowe olbrzymy zerkały nienawistnie z lasu rosnącego za opuszczoną o tej porze ulicą. A ją, przed nienawiścią lodowej sagi, chronił elektro-mechaniczny czarodziej, tłoczonym ciepłem tworząc sferę ochronną.
Dla takich chwil dziewczyna kleciła jakoś ten żywot.
— Panienko, nie lepiej w domu się ogrzać, czemu tak panienka tu sterczy i marznie? — wymemłał gospodarz oparty o barierkę ganku. Gryzł wykałaczkę, przy czym trzęsła mu się zapuszczona żuchwa z kilkudniowym zarostem.
— Och, bo ja tak pana kocham — wyrzekły miękko dziewczęce usta, zatopione w aurze ciepła.
Nazajutrz właściciel przybył do niej z pierścionkiem zaręczynowym, dziewczyny jednak już nie zastał, opuściła przybytek skoro świt, klucz zostawiwszy w kopercie w recepcji. Cóż za romantyczna ucieczka.
Z powodu zbliżających się świąt w szkole panowała luźna atmosfera. Na matematyce nauczycielka wypuściła uczniów z sali, bo urządziła im w całej szkole escape room o tematyce świątecznej, najeżony logicznymi zagadkami oraz nienawistnymi obliczeniami. Kamili najbardziej się spodobała zagadka, w której hasłem do kłódki słownej było „PIERWSZE”, ponieważ nieopodal na ozdobionej łańcuchami i bombkami ścianie wisiał obrazek z dziesiątkami reniferów zaprzęgniętymi do sań Mikołaja. Kamila zauważyła, że świecą się nosy tylko tych reniferów, które są na pozycjach liczb pierwszych (pierwszy, trzeci, piąty, siódmy…) i spróbowała wdrożyć spostrzeżenie na przestrzeni kłódki.
Ależ dostała po tym aplauz (w jej klasie kultywowano kółko wzajemnej adoracji, ponieważ każden żak wierzył tam, iż jest to jedyna słuszna metoda budowania społeczności, ależ się dobrali).
Z polonistką tworzyli krótkie świąteczne wierszyki. Wystarczyło napisać dwa zdania, rymujące się lub nie, lecz niosące świąteczną moc poezji i pewien humanowy ładunek, i nauczycielka rzucała recytatorowi cuksa z wielkiej torby Mikołaja. Założyła nawet sztuczną brodę i czerwoną czapkę.
Kamila dostała tylko jednego cukierka, bo nie żyła za pan brat z poezją. Ale swojego małego potwora jakoś skleciła:
Czapka na głowie, zapięty pas
Gwieździste niebo nad nami
Pod nami nastroszony las
Ho, ho, ho, tak miło rzuca się prezentami
Czeka nas świąteczny bieg
Dalej, renifery, przez niebo mknijcie na kopytach swych
Z nieba padający śnieg
To skrawki poruszonych myśli mych
Nikt nie przebił jednak wychowawczyni — ta pozwoliła im robić na lekcji, co chcą, więc zbijali bąki, grupowali się i rozmawiali lub samotniczo siedzieli na telefonach. I chce się żyć.
Kamila czytała książkę o nordyckim wojowniku, który z krwawej sagi trafił do naszego świata i musiał nauczyć się piec pierniki, zdobić ciasta lukrem oraz stroić choinkę, ponieważ przygarnęła go mała dziewczynka jako nowego pupila. Choć naokoło dział się lukier i bombki migotliwie, w bohaterze tliły się wyuczone instynkty, wszczynał konflikty, odzywał się w nim pierwotny zew — niestety okazały się to ostatnie święta dla sąsiada głównej bohaterki.
Była to lektura całkiem komediowa. Kamila przed świętami nie brałaby nic ciężkiego. Książkę polecił jej kuzyn, gdy jeszcze żył. Ten kuzyn, któremu zrobiła „klik”. Lubił mroczno-śmieszne treści, stąd ta powieść. Poniekąd sam skończył mroczno-śmiesznie. Igrał, igrał i się doigrał.
Kamila siedziała przy ścianie, po prawej stronie dwuosobowej ławki. Obok siedziała koleżanka i przed nimi dwie kolejne, obrócone do nich. Jak zwykle one oddawały się pogaduchom, a Kamila czytała.
— Nie mam jeszcze nikogo na bal! — Przeżywała jedna nich.
— Ja też. To znaczy, wiecie, paru osiłków się do mnie już przystawiało, lecz ja wolę intelektualistę. Wiecie, na kogo mam chrapkę?
— No, gadaj.
— Na Adama.
— Mmm…!
— Dla mnie może być osiłek. Musi mieć jednak kształtny nos.
— Tak, to ważne. — Zgodziły się.
— Grzegorz byłby okej, ale złamali mu nos na boksie. Musiałam odrzucić jego amory.
— Och, jakie smutne. — Wczuwały się.
— Smutne.
— Bardzo smutne.
— Mój musi umieć tańczyć. Chcę pokazać klasę. Pod naszymi świątecznymi botkami ma aż iskrzyć na parkiecie!
— A chi, chi, chi!
— Cha, cha, chi!
Śmiały się dziewczęco.
Kamila pokręciła lekko głową. Chyba żadne dziewczyny nie rozmawiały tak o chłopcach jak jej koleżanki przyboczne.
— A ty, Kama? Czemu nic nie mówisz? Jak u ciebie z chłopcem? Masz już jakiegoś? — Nachyliła się i poprawiła okulary na wścibskim nosie.
Kamila opuściła książkę, oparła ją o blat. Patrzyła chwilę nieobecnym wzrokiem w przód.
— Myślę, że tak.
— To myślisz, czy masz? — Zazdrość w oczach.
— Tak. Mam.
Wejrzenie spokojnego lica jaśniało pewnością.
Tegoroczny zimowy bal w szkole Kamili przeszedł sam siebie. Znany był później jako Noc Pogrążonej Kochanicy. Uczniowie bawili się, karmili jadłem, pili i tańczyli. Lecz przede wszystkim oczu oderwać nie mogli od Kamili, która kręciła się walcu, połączona najszczerszą miłością z kaloryferem, który przyniosła z domu. Ze swoim chłopcem, wybrankiem serca.
Jej przystojny chłopak. Żeliwny macho z żebrowym kaloryferem na brzuchu, a wręcz na całej połaci ciała. Jej ciepły macho-boy. Żeliwny twardziel. Wszystkie wzdychały, wszystkie zazdrościły. Nie patrzyły nawet na jej żeliwnego chłopca. Patrzyły w jej oczy.
Szczęśliwe. Tak szczerze i prawdziwie szczęśliwe.
Impreza zbliżała się ku końcowi i z dworu rozległy się syreny policyjne. Na halę sportową wystrojoną pod bal weszło paru policjantów i Kamila zachować mogła milczenie. Skuli ją. Okazało się później, że jednak znaleźli ciało jej kuzyna.
Wyciągali ją, bo lekko oporowała, odwracając się i patrząc na porzucony na parkiecie kaloryfer, od którego się oddalała. Poruszone koleżanki zakrywały usta. Nie dlatego, że wtargnęli tu policjanci, nie dlatego, że skuli Kamilę.
Patrzyły w jej oczy.
Szczęśliwe. Tak szczerze i prawdziwie szczęśliwe.
Wojciech Juzyszyn (ur. w 1992 r. w Szczecinie) — prozaik. Ukończył Zachodniopomorski Uniwersytet Technologiczny na kierunku elektrotechnika. Mieszka w Szczecinie. Opowiadania publikował w „e-eleWatorze”, „eleWatorze” i „Twórczości”. Wydał tom opowiadań Efemerofit (2025).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved