MACIEJ MELECKI
Odniesienia
Siedzieć nieruchomo, półleżąc, w przedziale bez pełnego światła, spłowiały od
Licznych zetleń, zmatowiały od potu, nie do wytrzymania napięcie między
Kąśliwością szczerzącej się w narożniku mary a dręczącym przepływem ostatnich
Godzin, wstrzymany na chwilę zewłok kroku, nieco obok, jakby nieustannie
W poprzek, wymacawszy mulistość dnia, choć gnilność jego dna szpachluje każdą
Lukę na tej rozpostartej powłoce, gdzie grążą cię zasiniałe cienie, kiedy ma się tylko
Na podorędziu zdziesiątkowaną pulę marnych wyborów, z których każdy jest
Chybionym rozpoznaniem, w przęśle węzła zadławiającego od wewnątrz ten szczep.
Roszczenia i oszczerstwa słane z jednego miejsca. Żądanie kolejnych wypłat.
Chronicznie rozjątrzona postać, przestrzelona zygzakiem próżni, wiecznie domagająca
Się zadośćuczynienia, ów spionizowany spłacheć torsji, oczadzona mać, powleczona
Grzybnią rojeń, kurczowo trzymająca się chwiejnej poręczy swojego widzimisię
Będzie teraz już odchodzić w swój kloaczny niebyt. Przeładowany chciejstwem
Każdy punkt poboru. Szaropienny kołpak razów. Przechylony transmisyjny maszt
Na płaskim szczycie celuje ponad nami, kiedy zachodzimy go od tyłu i boczną
Ścieżką, wzdłuż drucianej siatki ogrodzenia, wychodzimy na stok, by pozostać w tym
Nieruchomym piruecie przez kolejny zachód słońca niedosięgłymi dla powiadomień
O zbliżającym się krachu, gradobiciu tam w dole. Przebłysk dociera z opóźnieniem.
Parność intensywnie przyspiesza marskość. Pleni się stugłowa małość. Karby
Kolejnych ujawnień przenikają najbardziej grube mury i nieuchronnie nasadzają się
Na gesty czy miny, sterując przeciwnościami losu na tyle prędko, że zatrzymanie
Staje się zarzewiem dla nowych przetasowań planów na kolejny pusty tydzień
Rozbratu z tamtejszymi lewitacjami, dlatego pełno jest nowych ujawnień narzędzi,
Tak doskonale przecież niepotrzebnych. Dawniejsze figury, jakie przybierał czas,
Stawały się natychmiast pokątnością dla danych momentów, będących w istocie
Skromnymi porywami, dzięki czemu żyło się bez poczucia permanentnego okalania
Ciernistym wałem, jakby żadne teraz nie było blokadą dla przegubu ciągu
Wyłaniających się zmian, lecz pierzchły w swoje osiwiałe dale kikuty takich
Rozpoznań, stąd te obecne wypłaszczenia i połowiczne przeniesienia w chwilową
Szadź względnego spokoju, jak na tyłach dworca, gdzie zewnętrzny rumor gaśnie
W palenisku mikrych spraw, przesiadek w obłoczną falistość jednokierunkowych
Przeciążeń ziemistym bagażem i ładunkiem ubitego w korcu urny prochu. Oto
Fermentacja nowych poczynań wzięta pod lupę bacznego obserwatora rozchylania
Się wszelkich łuków aż po zniknięcie ich w gęstwinie samoczynnych wchłonięć przez
Gruzłowaty spad. Drągi strącające cię z rozpiętej między śmietnikiem a wieżą ciśnień
Liny, po której przechodzisz bez rozwartych ramion, w okamgnieniu oczadzenia tą
Spłonką splecionych szwów, machinalnie przekreślany przez niewidzialne polecenia
Zbłąkanych w sobie, lecz nieustannie przez siebie podziwianych, gorzkich pomyleńców.
Rundy tych przejść kończą się i zaczynają tym samym. Wypiętrzone przekopy. Szatkujący
Trach. Bezpardonowe przesunięcia. Domagania się, w konsekwencji, jeszcze większych
Strat, bez żadnych już innych sposobności, w rozwłóczonym bezliku poronienia,
Przydawaniu sobie pożądanych praw, rozchybotany na szarym krańcu, mieliźnie tego
Odchodzenia, nieustannie odpowiadając tym wezwaniom troiście spotworniałej postaci.
Zgniły wyż
Przepalona, wystrzępiona końcówka szarówki prędko przetyka płytki ślad
Zostawiony na rozmokłym klepisku ostatniego wirażu, w tym samoczynnie
Kolistym ruchu po obręczy zacieśnionych kierunków, dławiących swym spylonym
Kruszywem, ową treścią obmierzłego czasu, zastygnięciem przy porowatej
Poręczy dalszego przechodzenia w stromy niebyt. Nie ma mnie w żadnej innej
Zawierusze. Potrojony stoję między kamiennym progiem a przyuliczną
Barierką i nie mogąc znaleźć żadnego sztywnego oparcia, zginam się mimowiednie
Pod niskim naporem dookolnego szczętu, jaki z przeciwstawnych stron wizgami
Kanceruje mi mózg. Zgniły wyż odmyka przetoki i ropą porasta żylastą linię
Horyzontu, przegrodziwszy dostęp do jedynej przesieki prowadzącej poza
To zaczadzone smogiem pustkowie, w arytmii turlającej się po dnie serca
Kostki lodu, zgrzebnym napędem będąc dla chromych wyborów, przytykanych
Jak bełt do skroni, przed podjęciem decyzji o dalszym wypiętrzaniu się tej
Błędnej marszruty, kiedy pastewny ugór chwili okazuje się możliwie jedynym
Miejscem chronicznego odstępowania od perforującej mety, która, ponacinawszy
Nadgarstki wszystkich odmów, dokonuje stale wykroju kształtu końca, jaki
Dopasuje potem każdemu w swym cienistym odwzorowaniu, jakby stała tej
Wytracającej zmienności była tylko początkiem kolczastej spirali. Przewyższa
Cię ten zmasowany krach. Rozkrawa zewłok nagłego ustania. Decentruje to
Wszystko stożek szybkiego zaniechania, nikt bowiem nie zrównuje się z
Macierzą niczego, zdzielany płachtami użytecznych wskazań, samemu sobie
Wytycza jej swoje granice, karbowany chęcią gromadzenia jeszcze większych
Połaci kątów i metraży, ażeby taki stan mógł go utrzymywać w wietrznym
Pionie swego labilnego przywidzenia, ciążącego w pospólny odmęt dobywania
Sprzętów i akcesoriów. Patrole okulałych mar, wywrzaskujących swoje denne
Pretensje, wskazujące na uchybienia w rubrykach i wciąż domagające się
Coraz to nowych danych, zarzucają cierniste stryczki na każde gesty tłumaczenia,
Przypierając do spękanych ścian swoich racji, tak jakby nie żyły w półobrocie
Swojego zaniku, nikczemnie parszywe, bez resztek kośćca, w przekrwionym
Tumanie swojej chciwej ułudy. Kłębiasty zew dalszego sprzeciwu rośnie w poprzek
Ich magmatycznej drogi. Jedyny odzew to odwet. Przybój wyrwanych klamek
I zawiasów. Piaszczyste przewężenie rozwidla czyhająca tuż za rogiem przepaść.
Zwichrzenia
Masyw ciągłego przedrążenia kumuluje się w przenośnych zaspach,
Wyznaczających błędny szlak przechodzenia na drugie strony tego samego
Poronienia, kiedy jesteśmy w sidłach komunikacyjnych awarii, ogołoceni
Z kierunków docelowego opuszczenia tego zbitego mrozem terenu.
Nakładanie się przeoranych obrazów do niczego nie zbliża, w każdym z nich
Dyndają rdzawe ogniwa łańcucha, nikt od tego nie robi się bliższym czy cięższym,
Tak samo jest odgrodzony sfałdowanym cieniem, swoim chromym poletkiem
Kolejnego uskoku w przeludnioną czeluść. Mgławica tej jaźni sunie nisko nad
Wykrotami, zagarnia najmniejsze gesty odmowy, nie ma mnie poza żadną
Inną przeponą tego ochrypłego czasu, gdyż zachłanność owego rozziewu jest
Siarczystym obrotem o bezstopniowy kąt padania na dno tej szpuli, w której
Trawią nas nacieki bezwonnych kwasów. Stupor każdego wyprzedzenia. Ominięcie
Nie przyspiesza niczego. Kasowanie racji nie odmyka innych ujść. Niewidzialne
Przemieszczenia opalizują narożniki konkretnych sczeźnięć, wywołując z tego
Negatywu kontrasty przepadłych upostaciowień ukazujące nie tylko niepokonywalne
Odległości między jednym przybytkiem a drugim skrętem w bok, lecz również samo
Tylko czekanie na, nieziszczalne w efekcie, drobne obietnice poprawy, która jest
Głuchym omamem na końcu zawisłego nad nami kija. Oddzieleni od siebie latami
Nieuwagi, doświadczalnymi torami losowych turbulencji, brakami i nadmiarami
Mamy jeden wspólny wiraż, którym możemy ominąć porowate rafy poleceń
I nagłych wmuszeń, będąc stłoczonymi w rozedrganym oku tego miejskiego cyklonu,
Niczym podrzucony granat, na paręnaście sekund przed domknięciem komuś innemu
Ust, skądkolwiek więc pojawia się ta ciżba przetok, odruchowo drepczemy
W miejscu, by się rozgrzać w tym szlamie po kostki, obok głównego przecięcia
Dwu transmisyjnych pasów tego legowiska dla przyjezdnych utrąconych przez
Koliste prądy swoich wodnych żył. Spieniona faza zwidu. Potracona wewnętrznie
Grań. Widlastość każdego odstąpienia nie kończy się na krawędziach uchodzenia spod
Taśmy mety, biegnie wszak przed każdym twoim śladem, rozniecając na stawidłach
Ogarki prędkiego bezdechu, gdyż grążą nas skute za ścian echa, owi roznosiciele
Pomoru w każdej sekundzie tutejszego zmarnienia, jak w pokancerowanej szynie
Przeniesienia na drugi koniec spłowiałej bandy, wiodącej nas przez pozostałe uroczyska,
Aż po kurant pierwszego docisku uprzężą. Odkształcenia stanu ciągłej zatraty nie
Pokażą nigdy jej zatrzymanej postaci, w zamaszystym zdzieraniu powłok przybywa tylko
Kolejnych warstw tutejszego miału. Kontury stają się przeto ciasno nałożonymi kryzami,
Kruszeje więc ten grawerunek dawniejszych azymutów i akomoduje się przyrost ruchliwej
Pustki w każdym gramie tutejszego znijaczenia. Utlenione arkusze blachy najpierw są
Nitowane, owalnie zaginane, a potem wypełniane od środka ołowiem, dzięki czemu stają
Się drogowymi walcami. Oto narzędzia dalszego rozpłaszczenia, naszego pionowego lassa,
Zarzucanego na sztachety dookolnego przywidzenia, byśmy mogli bardzo blisko obcować
Z tym, czego, w tym istoczeniu, gruntownie nie ma, mimo wyrazistego wykroju danego
Szczegółu, tak szybko rozpływającego się po każdym dotyku. Rozwidlenia krzywej
Prowadzą do zwichrzenia jej końca, lecz nie można go gdzie indziej zobaczyć, gdyż
Żadnego indziej już nie ma. Kawałkowane rozsupłania zestalają się w coraz to nowe
Dźgnięcia, wywołujące wstrząsy u spodu około mgnienia, wyciszonego mieszkania żrącymi
Kursami niżów, rozdanych razów i przyjętych ciosów, wypuszczonych sieci i zbijanych
Z desek krętych pochylni, pod którymi i na których przebiegają ciarki naszych wyładowań,
Poszerzających okalającą próżnię o zwały kolejnych stoczeń, w atmosferze mrowiącego
Ustania w tym bezdrożnym korcu przeszywających nawisów ostatniego już przekierowania.
prezentowane wiersze pochodzą z przygotowywanego tomu Chłodnie, który ukaże się jesienią 2025 roku
Maciej Melecki (ur. w 1969 r.) — poeta. Mieszka w Mikołowie. Wydał tomy wierszy: Te sprawy (1995), Niebezpiecznie blisko (1996), Zimni ogrodnicy (1999), Przypadki i odmiany (2001), Bermudzkie historie (2005), Zawsze wszędzie indziej — wybór wierszy 1995-2005 (2008), Przester (2009), Szereg zerwań (2011), Pola toku (2013), Inwersje (2016), Prask (wybór wierszy w języku czeskim, 2017), Bezgrunt (2019), Trasa progu — wybór wierszy 1995-2020 (2020), Druzgi (2021), Przeciwujęcia (2024) oraz tomy prozy: Gdzieniegdzie (2017), Nigdzie indziej (2021).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved