MUSA ÇAXARXAN CZACHOROWSKI
***
Jesienią gdy wszystko tak płynie
bez opamiętania na odlew
ciała mężczyzn otwierają się
niczym bezbarwne rybie pyszczki
usiłują zaczerpnąć powietrza wrosnąć
w niezmienną przestrzeń horyzontu
ale wtedy właśnie opuszcza je pewność
i ta jedna chwila bezradności
wywiewa im twarze do czysta
Jesienią gdy wszystko tak leci
że trudno odróżnić liście od włosów
a kamienie wrastają ptakom w skrzydła
dotykam mego ciała
oczami wygładzonymi od światła
tylko one potrafią zrozumieć
coraz ciaśniejszą wyobraźnię żył
jeszcze czuję ten chłód
przesypującej się krwi
Nie zostawiajcie mnie moje oczy
***
Wierzę,
zawsze wierzyłem,
podobnie jak czyniła to
moja matka.
Wierzyła tak naturalnie,
jak oddychała, po prostu,
bez wątpliwości
i zastanawiania się,
jedynie z potrzeby życia.
To nie była wiara
zdolna przenosić góry.
To była wiara cicha,
bez świątyń i witraży,
wiara z zawierzenia.
„Idź z Bogiem”,
mówiła mi w drzwiach,
„Zostań z Bogiem”,
mamrotałem zaczerwieniony
i szybko odchodziłem.
Miałem kilkanaście lat,
wstydziłem się kolegów,
ich śmiechu i docinków:
„Patrzcie, to ten,
co chodzi z bogiem!”.
Mój ojciec wierzył,
chociaż się nie przyznawał.
Pragnął jakiegoś dowodu,
pragnął mieć pewność,
że jest w co wierzyć.
Jakby czekał, aż Bóg
poklepie go po ramieniu
i powie: „Hej, człowieku,
otom ja! Uwierz!
Naprawdę warto”.
Czasem pytał mnie:
„Jest Bóg, czy go nie ma?”.
Dręczył się tym,
bojąc zaprzeczyć,
obawiając potwierdzić.
„Czyżby nasze życie
nie było dowodem?
Mielibyśmy rodzić się
i umierać po nic?
Jak kamienie?”, odpowiadałem.
Dzisiaj oboje
stoją już przed Bogiem.
Wierzę w to równie mocno
jak w rozliczenie,
jak w zmartwychwstanie.
Wierzę we wszystko,
co zostało nam dane,
od początku do końca,
bez czasu, bez granic.
Obca
Była zima, był zmierzch, czarne ślady na śniegu
jak skrzepnięta krew, jak sczerniałe usta.
A reszta taka biała, taka wygładzona,
bez życia, z chłodnego marmuru maska.
Ona, panie, obca, wcale nie stąd była,
przyszła jakoś ostatnim latem, po łąkach chodziła,
taka dziwna, ponoć z ptakami gadała,
biegała za nimi, jakby też latać chciała.
Ona, panie, oczy takie straszne miała.
Jak się w kogo wpatrzyła, to na wylot widziała,
ale nic nie mówiła, tylko tak patrzała,
aż się w człowieku każda kosteczka telepała.
Ona, panie, o każdym już dobrze wiedziała,
kto popił, kto ukradł, a która zdradziła.
Bali się jej ludzie, choć zbytnio nie zawadzała,
ale, panie, ona obca, wcale nie stąd była.
Myśmy, prawdę mówiąc, nawet jej nie szukali.
Przyszła, to i poszła. Widać, poniosło ją dalej.
No, ale znalazła się, tam, na polanie.
Krzaki wkoło całkiem były połamane
i ziemia cała skopana i zryta, choć ona nieruszona,
w rękach wstążki miała jakieś powkładane,
twarz spokojną i białą, tylko oczu nie było…
Pewnie coś je wyrwało, jakaś nieczysta siła.
Co z nią teraz zrobić, jak człowieka pochować?
A gdzie są te jej oczy, co one zapamiętały?
Ludzie się zamartwiają, że coś im się przygląda,
patrzy prosto w duszę i dręczy, i boli.
Po co ona tu przyszła, kto ją wołał?
Nie wiem… Ja też przychodzę i odchodzę,
z ptakami rozmawiam. Wiem o tym, o tamtym,
Bogu opowiadam. Czy mam jeszcze oczy?
Czy mam jeszcze serce? Odlecieć?
Kto mnie z wstążkami pochowa…
***
Stęskniły się nasze oczy za twoją zielenią,
za twoim bezustannym falowaniem, trawo, o trawo!
Nasze nogi spragnione są twojego dotyku,
nasze konie przebierają niecierpliwie kopytami,
nasze owce rozglądają się za pożywnymi kępami,
a nasze kobiety szykują już nowe piękne stroje
i nowe pieśni, aby cię powitać, trawo, o trawo!
Wypatrujemy dnia, gdy zwiniemy duszne ciemne jurty,
złożymy na wysokie wozy i opuścimy zimowe siedliska.
Znowu będziemy przemierzali twoją przestrzeń,
zapatrzeni w słońce wędrujące po błękitnym niebie,
zanurzeni w jego dobroczynne ciepło, połączeni
całymi sobą ze stepem, który karmimy swoimi ciałami.
Trawo, o trawo!
***
Patrzę na rzekę, jak płynie,
nie zatrzymuje się, na nic nie czeka.
Po prostu płynie. Jest tylko rzeką,
nie kamieniem, nie drzewem, nie ptakiem.
Kamień zaś jest jedynie kamieniem,
podobnie jak drzewo jest włącznie drzewem,
a ptak ptakiem.
Są w harmonii wszechświata tym, czym są.
Niczym więcej i niczym mniej.
Tylko człowiek może być czymkolwiek zechce:
jeśli zapragnie, to nawet rzeką,
drzewem, kamieniem albo ptakiem.
I tylko człowiek nie dorasta do swojej roli.
Musa Çaxarxan Czachorowski (ur. w 1953 r.) — dziennikarz, poeta, prozaik, tłumacz, wydawca. Redaktor naczelny kwartalnika „Przegląd Tatarski”, redaktor prowadzący „Rocznika Tatarów Polskich”. Rzecznik prasowy Muzułmańskiego Związku Religijnego w RP, przedstawiciel MZR w RP na Dolny Śląsk. Autor kilkunastu zbiorów poetyckich, tłumaczeń bajek tatarskich oraz licznych publikacji związanych z tematyką tatarską i muzułmańską, w tym przekładu Koranu (2018, 2020, 2021). Wiersze oraz opowiadania publikował m.in. w czasopismach: „Akcent”, „AlTaBaş” (Niemcy), „Autograf”, „Format Literacki”, „Idel” (Tatarstan), „Kazan Utları” (Tatarstan), „Kultura”, „Lietuvos totoriai” (Litwa), „Magyar Napló” (Węgry), „Mädäni Jomğa” (Tatarstan), „Odra”, „Poezja”, „Prowincja”, „Tatar Dünyası” (Tatarstan) i „Vár Ucca Műhely” (Węgry).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved