PAWEŁ ALBO POCZYTALION
Sierpień ‘25
1.
Żydowska wojna wydana została po raz pierwszy w roku 1965, mówiąc najdelikatniej — z ogromnymi problemami. W Polsce był to czas ideologii Moczara, patriotyczno-partyzanckiej, antyniemieckiej doktryny, którą rodzimi komuniści wkupywali się w łaski narodu, szczując przy okazji na rodzimych Żydów. Obfity plon tych poglądów i działań przyniósł niechlubny dla PRL-u Marzec 1968 roku, wyjechały wtedy z Polski — bynajmniej niedobrowolnie, choć często też i z ulgą — tysiące Polaków żydowskiego pochodzenia, w dużej mierze inteligencji.
Wśród emigrantów był też Henryk Grynberg, który opuścił zresztą kraj już wcześniej, co dodatkowo przyczyniło się do fatalnego klimatu wokół jego debiutanckiej książki. Ale wysoce pochlebna o niej opinia Jarosława Iwaszkiewicza, wiele wówczas mogącego prezesa Związku Literatów Polskich, odwróciła krytyczne tendencje i o Żydowskiej wojnie mówiono już — przynajmniej w świecie literackim — z entuzjazmem. A było o czym mówić, jako że wspomnieniowa, autobiograficzna proza Grynberga dotyczyła wyjątkowo drażliwego tematu: losu polskich Żydów podczas okupacji, losu uzależnionego od ich polskich sąsiadów. A pisał o tym Grynberg bez taryfy ulgowej. Mając ku temu wszelkie podstawy. Jego rodzina — ojciec, matka, mały brat i on sam, niewiele starszy od brata — ukrywali się na wsi mazowieckiej, dzieląc los innych Żydów, zależnych od swoich sąsiadów. U których się czasem ukrywali, a czasem przez nich ginęli — zadenuncjowani, albo zabici przez nich samych. Jak braciszek Henryka — oddany „na przechowanie” do młynarza, i ojciec, zamordowany siekierą przez chłopa, gdy niósł swej rodzinie zdobyte gdzieś mleko.
Żydowska wojna była książką w dużej mierze literacką; „wtedy każdy chciał być pisarzem” — konstatuje samokrytycznie Henryk Grynberg w posłowiu do jej najnowszego wydania, tłumacząc, że stąd właśnie znalazły się w niej wówczas „elementy fikcji”. Tyle że fikcja ta wynikała również stąd, że pisarz nie znał jeszcze w roku 1965 całej prawdy o losie swojej rodziny i innych Żydów ze znanych sobie wiosek i okolic. Prawda, odkryta po latach, w którą — niemal dokumentalnie — zmienił w nowym wydaniu ową fikcję, jest jednak jeszcze bardziej bolesna niż tamta fikcja. Tu dodać zresztą trzeba, że między pierwszym wydaniem — oraz kolejnymi, w wielu językach świata — a tym, które trafia do naszych rąk teraz, był jeszcze dokumentalny film Miejsce urodzenia (1992) Pawła Łozińskiego, w którym mieszkający w USA pisarz przyjeżdża do kraju, by poznać tę prawdę osobiście — w dramatycznym finale dokonuje zaś ekshumacji kości swojego ojca, pochowanego w bezimiennej polnej mogile; zachowała się w niej także pusta butelka po mleku.
Żydowska wojna raz jeszcze to książka przejmująca. Tego ostatniego słowa nadużywa się często, zwłaszcza gdy mowa o relacjach z wojny i Zagłady. Prawie spowszedniało. Ale w tym wypadku wybrzmiewa w nim to wszystko, co jest jego istotą. Nie tylko dlatego, że fakty są przerażające; ale i dlatego, że ludzka życzliwość i empatia — bo przecież bez pomocy ryzykujących swe życie sąsiadów nie udałoby się przeżyć tym, którzy mimo wszystko przeżyli — pojawia się w tej relacji rzadziej niż interesowność, bezduszność i obojętność, a także okrucieństwo. Owszem, okrucieństwo czasów, lecz i ludzi. Powiedzmy szczerze: głównym zagrożeniem dla ukrywających się w lasach i po wsiach Żydów bywali nie tyle Niemcy, co Polacy. Żeby jednak oddać Grynbergowi pełnię jego autorskich zasług: pisząc bezwzględną prawdę — nie oskarża. Nie stygmatyzuje „złych Polaków”. Opisuje tylko. I aż. Przedstawiając potworną zwyczajność Zła, które dewastuje ludzkie sumienia. Łatwość, z jaką człowiek zmienia się w mordercę, a częściej — w świadka. Który może i westchnie czasem współczująco, ale głównie patrzy swego.
Henryk Grynberg wciąż mieszka w USA, a w nowym, mocno zmienionym i poprawionym wydaniu swojej głośnej książki — do której dołącza mało u nas znane albo i w ogóle nieznane części: Zwycięstwo i Ojczyzna (opowiada w nich dalsze swoje losy — których tużpowojenny okres okazał się dla polskich Żydów zwycięstwem bardzo gorzkim) — nie sili się już, tak jak w debiucie, na literackość. Ale pisze pięknie: bez emfazy, klarowną, prostą polszczyzną, raz po raz pozostawiając czytelnikowi miejsce i czas na własną refleksję i wyobraźnię. Sporej trzeba odwagi, żeby ta wyobraźnia nie cofnęła się przed prawdą. Ale to prawda niezbędna, byśmy zrozumieli nie tylko „tamte czasy”, ale i — niestety — naszą współczesność, a przy tym nas samych.
[Henryk Grynbreg, Żydowska wojna raz jeszcze, PIW, Warszawa 2025]
2.
Trudno mieć pretensje do Margaret Atwood, że jej powieść — zekranizowana w formie serialu (i jego dalszych ciągach) — Opowieść podręcznej odsunęła w cień inne jej literackie osiągnięcia. Cóż, popularność bywa zmorą wybitnych twórców, zwłaszcza gdy nie stoją za nią ich najlepsze dzieła, ale te, których walor podbija koniunktura czasu. W przypadku Opowieści podręcznej był to czas wojującego (w słusznej zresztą sprawie) feminizmu. I bez wątpienia dobrze się tej walce przysłużyła.
Tyle że w dorobku kanadyjskiej pisarki jest tyle innych, znakomitych książek — powieści, tomów wierszy (w ogóle u nas nie znanych) oraz opowiadań. Mnie akurat te ostatnie wydają się jej najlepszymi utworami. Łączy w nich bowiem w jedno klasyczny kunszt starej, dobrej narracji, przenikliwą inteligencję — służącą do obserwacji psychologicznych, ale też społecznych, tudzież zdystansowane i cierpkie poczucie humoru, z wyobraźnią fabularną i urodą samej opowieści.
Tom tym właśnie się cechujących opowiadań, zatytułowany tajemniczo Kamienne posłanie, wydano już parę lat temu, ale wciąż można na niego trafić na księgarskich półkach (zwłaszcza tam, gdzie handluje się „tanią książką”), ma też od niedawna postać audiobooka (świetnie czytanego przez Marię Seweryn).
Kamienne posłanie nie tylko tytułem wskazuje na swoją pełną tajemnic formę, bo choć jest zbiorem opowiadań realistycznych w istocie, wpisanych w rzeczywistość mocno i ze szczegółami, to ujmuje czytelnika nieoczywistą, z lekka fantastyczną aurą. Strzegąc przy tym czujnie granic między tym, co „rzeczywiste” a tym, co „zmyślone”, domniemane. Co tworzy melanż horroru fantasy (stylizowanego na… literaturę popularną) i prozy obyczajowej z najwyższej półki.
Są tu bowiem i wilkołaki, i dusze zmarłych, i wampiry, i upiory, zbrodnie i mroczne intrygi, ale wszystko to w otoczce pastiszu, na dodatek — drwiny nie tyle z konwencji, ile z naszych do niej przyzwyczajeń.
Kiedy odkryjemy sekret przejścia między oboma strategiami, ukaże nam się przenikliwa narracja współczesna — boleśnie krytykująca nasze społeczne uprzedzenia (zakorzenione właśnie w dawnych lękach i mitach), brak tolerancji (dziedziczony po „wiekach ciemnych”), naszą skłonność do agresji podsycanej przez media, będące na usługach Zła (a w efekcie — nas samych). Atwood bawi się — można by mniemać, że lekko — tak skonstruowanym obrazem rzeczywistości, w której ulegamy tanim podnietom popkultury, lecz ton jej opowieści jest w istocie bardzo ostry. I brzmi jak ostrzeżenie. Przed fanatyzmem, psychologicznym okrucieństwem, brakiem empatii wobec Innego, a choćby tylko i po prostu Drugiego.
Wszystko to splecione jest niezwykle zgrabną, srebrną (bo tajemniczą) nicią — bohaterowie jednych opowiadań są nam za chwilę ukazywani w kolejnych, z innej już perspektywy, przez co historie nabierają rozmaitych kontekstów, a całość dodatkowych znaczeń. Ciemna strona ludzkiej natury rozbłyska więc czasem niespodziewanym światłem, łudząc swą urodą, by po chwili ukazać nam swe inne jeszcze, tym razem groteskowe oblicze. Postacie nakreślone przez Margaret Atwood są czasem demoniczne, często niezwykłe, ale w istocie bardzo bliskie nam samym. Ich ambicje, obsesje i niekończące się próby zmienienia rzeczywistości w swój własny świat stają się przez to bardzo ludzkie, a zarazem niepokojąco zrozumiałe. Bo świat, który chcielibyśmy urządzić „po swojemu” to świat groźny. Nie tylko jednak dla Innych. Również dla nas samych.
Atrakcyjna, bogata w konteksty, przyjazna w lekturze książka, w której współczesność odbija się jak w wielkim, czarnoksięskim, ale czarnym zwierciadle.
[Margaret Atwood, Kamienne posłanie, Wielka Litera, Warszawa 2020]
3.
Autor Historii czytania — Alberto Manguel (ur. w 1948 r.) — był lektorem ociemniałego Jorgego Luisa Borgesa i — jak sam Borges właśnie — dyrektorem Biblioteki Narodowej Argentyny.
Któż więc lepiej niż ktoś taki jak on, bibliofil i erudyta, a przy tym ceniony i płodny pisarz — prozaik, eseista — mógłby sprostać podobnemu zadaniu jak napisanie książki takiej jak ta? Tyle że mieć „papiery” na taką robotę to jeszcze nie jest gwarancja sukcesu. A Manguelowi — mieszkającemu dziś we Francji — powiodło się naprawdę pięknie. Jego Historia czytania nie jest bowiem żadnym tam, gęstym i nudnym, zbiorem faktów i dat, ale żywą, pełną emocji opowieścią.
Zarówno o książce — w różnych jej formach — jak i jej czytelniku. Przez wieki, a i tysiąclecia. Rzecz zaczyna się bowiem od glinianych tabliczek, wiązanych ze sobą w jedno dzieło, jeden zbiór, dalej zaś autor pisze o zwojach papirusu i pergaminu, rękopiśmiennych kodeksach, które pierwsze przybrały znany nam dziś kształt książki, o inkunabułach, czyli pierwszych książkowych drukach, a kończy na e-bookach czytanych na ekranie.
Klimatu osobistego tej opowieści dodaje zaś to, że Manguel przemawia do nas w swoim własnym imieniu, jako pisarz — a więc współautor książek — ale przede wszystkim czytelnik właśnie, i to czytelnik zagorzały. Opowiadając o swoich pierwszych, dziecięcych doświadczeniach z lekturą, ale i o tym, jak rodziła się jego pasja bibliofila, która zaowocowała zresztą nie tylko Historią…, o której tu mowa, ale też wieloma innymi pozycjami, świadczącymi o jego skali zainteresowań i wiedzy przedmiotu: m.in. Pożegnaniami z biblioteką, książką o pakowaniu i przenoszeniu książek (Packing My Library), o ciekawości, którą budzą książki jako… ciekawostki (Curiosity), a także o potworach, co wychodzą spomiędzy książkowych okładek. Jest też Argentyńczyk współautorem Słownika miejsc wyobrażonych (2019), będącego bogatą dokumentacją fikcyjnych, literackich krain i miast.
Okrasza zaś to wszystko mnóstwem anegdot o sławnych autorach, czytelnikach, lecz i wydawcach, i drukarzach, tworząc przy okazji swoistą historię w historii, bo Historia czytania to dzieje pewnej obyczajowości, która legła u źródeł naszej kultury wraz z podstawami nauki pisania i czytania.
Inna rzecz, że może najciekawsze dla pożeraczy książek, do których wymierającego gatunku jako Poczytalion się oczywiście zaliczam, jest szeroko przez Manguela ukazany — a zapomniany przez wieki — zwyczaj czytania książek… na głos. Prawdę mówiąc, tylko tak je początkowo czytano. A czytanie w myślach, dziś powszechne, było bardzo długo uważane za dziwactwo, a przynajmniej — wielką oryginalność. Było też zwyczajnie trudne, gdy usta nie poruszały się choćby w ślad za słowem przeczytanym przez oczy. Czyż nie pamiętamy tych chwil własnej nauki czytania, gdy pomagając sobie w lekturze, dukaliśmy mozolnie odczytywane wyrazy, co w słuchających nas wzbudzało czasem śmiech.
Pierwszym, który ciche czytanie (czytanie w myślach) uczynił narzędziem swojego lekturowego poznania, był św. Ambroży, a po nim św. Augustyn, który podpatrzył u swojego mistrza owo niezwykłe zachowanie.
Alberto Manguel, opisując narodziny tej nowej metody, a i przygody książki w ogóle, nie ogranicza się bynajmniej do przytaczania anegdot, ot tak, dla samej ich barwności czy niezwykłości. Pisze bowiem o nich w szerszym znacznie kontekście, jako o szczególnej relacji intelektualnej między nadawcą — autorem — a odbiorcą — czyli czytelnikiem — za pośrednictwem książki. Która — pomnożona w tysiące i miliony egzemplarzy — sprawiła ten cud, który uczynił ją fenomenem naszej kultury: otóż każda książka, każdy jej egzemplarz, stanowi jakby osobistą, intymną więź z tym, kto ją stworzył. A tu dodać trzeba, że każdy pisarz — każdy wydawca — czerpie przecież z dorobku tych, co przed nim, a więc łańcuch pośrednictwa się wydłuża.
To jest, oczywiście, wiedza, która przychodzi do nas z czasem. Ale czyż każdy z nas nie zna tego wspaniałego uczucia, odkrytego i doznanego już w dzieciństwie, że pisarz mówi właśnie do nas bezpośrednio, tu i teraz, dzięki temu cudownemu wynalazkowi, jakim jest książka, ta jedyna w sobie „budka telefoniczna”, przez którą możemy ze sobą rozmawiać — ponad czasami, ponad granicami— z Platonem, Dickensem, Sienkiewiczem — w każdej chwili, gdy tylko weźmiemy ją do ręki. I z myślą, że powstała tylko dla nas i jest tylko nasza.
[Alberto Manguel, Historia czytania, PIW, Warszawa 2025]
Paweł Albo Poczytalion (ur. w 1965 r. w przysiółku Szczecin Dąbiego) — z wykształcenia ornitolog. Mieszał w Kantucky i Bismarck (Niemcy), dziś: Niezbyt Dobra koło Szczecina. Miłośnik starej Broni (imię psa, dokładniej: suki). Publikował w prasie krajowej, polonijnej, milenijnej i codziennej („Głos Louisville”, „Głos Pomorze”, „Kurier Szczeciny”), magazynach poświęconych niezdrowemu żywieniu („Piwariat”) i pismach literackich (m.in.: „Czas Chałtury”, „Nestor”, „Wsypa”, „Faza”, „Kwartalnik Artystyczno-Krytykancki”). Wydał m.in. wiersze i epitety Życie skocznikiem (2007), powieść ontologiczną Wandalizm. Motyw kobiecego samobójstwa w poezji współczesnej (2013) oraz wszystkie oszczędności z konta dolarowego w PKO S.A.
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved