MAKSYM MALIŃSKI
Kamień
Mózg wylewał mi się uszami. Kiedy podniosłem powieki, oślepiające światło dotarło do moich źrenic i je zmniejszyło. Spojrzałem na zegarek — była 11.38 czasu lokalnego, byłem w Hiszpanii. Nie potrafiłem sobie przypomnieć, co wczoraj się działo ani jak wróciłem do domu. Od zawsze traktowałem imprezy jako ucieczkę — chwilę odwrotu w stronę czegoś znanego i łatwego do okiełznania. Wbrew pozorom duża część takich imprez jest do siebie uderzająco podobna. Ludzie wraz z upływem czasu i wypitego alkoholu stają się coraz bardziej rozmowni i otwarci. Początkowo bronią się, używają oklepanych konwenansów i kłamią jak z nut, tylko po to, żeby ostatecznie dać upust wszystkim troskom i wyżalić się przyjaznemu nieznajomemu. Tak chyba też było wczoraj… Pamiętam dziewczynę — ale nie tę, z którą teraz dzielę łóżko, ona jest „moją dziewczyną”. Ta wczorajsza była inna, nigdy wcześniej jej nie widziałem, chociaż krążę po Salamance już dłuższą chwilę… Właściwie nie wiem, ile dokładnie minęło czasu, odkąd przyjechałem.
Pamiętam wczorajszą interakcję z Antonim, który zarzucał mi, że wszystko spłycam, że każda rozmowa, którą prowadzę, jest tylko pozorem. Że nie potrafię słuchać. I że śmieję się z rzeczy, które powinny mnie obchodzić.
— Ty zwyczajnie nie chcesz zrozumieć ani siebie, ani nikogo. Ty tylko ciągle uciekasz — powiedział.
Lubiłem z nim rozmawiać, bo zawsze mówił wprost, co myśli. Stał wtedy na środku zatłoczonego placu, z butelką Cruzcampo w ręce i wzrokiem, który nagle zrobił się zupełnie trzeźwy. Nim zdążyłem odpowiedzieć, zniknął w tłumie.
Pamiętam też dziewczynę w czerwonym swetrze, o długich blond włosach, która siedziała obok mnie na kamiennym murku. Gdy ją tylko zobaczyłem, pomyślałem, że należy do typu dziewczyn, którym żaden mężczyzna nie zdoła się oprzeć. A takie są właśnie najbardziej niebezpieczne. Jej włosy pachniały rozmarynem. Rozmawialiśmy o tym, jak dzieci często chowają kamienie do kieszeni — zupełnie jakby chciały zabrać ze sobą kawałek świata.
— Też tak robiłeś? — zapytała.
— Jasne, nadal tak robię — odpowiedziałem.
Podała mi mały biały kamień.
— Na drogę powrotną — powiedziała.
Nie pamiętam, co było dalej.
Leżałem jeszcze chwilę, daremnie próbując poskładać urywki wczorajszej nocy w jakąś sensowną całość. Bezwiednie przytuliłem dziewczynę leżącą obok, bardziej z przyzwyczajenia niż z miłości jako takiej. Moje serce wciąż bolało po stracie, której nie potrafiłem bliżej zdefiniować.
W końcu podniosłem się z łóżka i przeszedłem przez pokój. Pod stopami poczułem chłód kafelków, a na stoliku przy wejściu zobaczyłem pustą paczkę po fajkach, pęk kluczy i… ten sam biały kamień. Wziąłem go do ręki — był gładki i przyjemny w dotyku.
Przez chwilę myślałem, że może to był tylko sen. Ale nie — sen nie zostawia po sobie kamieni. Zaciągnąłem zasłony, bo wiedziałem, że moja pani ceni sobie ciemność w pokoju, kiedy śpi. Przewróciła się tylko na drugi bok, a ja stałem jeszcze chwilę z kamieniem w dłoni, zastanawiając się, czy to już ta droga powrotna. A jeśli tak — to skąd?
Maksym Maliński (ur. w 2005 r.) – pochodzi ze Szczecina. Studiuje kulturę, media i sztuki performatywne w Brnie, w Czechach.
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved