Skip to content

PAWEŁ ALBO POCZYTALION

Wrzesień ‘25

 

1.

Mikołaj Grynberg — pisarz i fotograf (choć może bardziej: piszący fotograf) — ceniony i nagradzany za książki dotykające (właśnie: dotykające, bo dotkliwe) tematu Zagłady, zwłaszcza z polskiej, czy też polsko-żydowskiej perspektywy. Tym razem jednak dał nam kawałek prozy bardzo osobistej, co nie znaczy, że nie uniwersalnej.

Co więcej, uniwersalnej właśnie przez jej osobisty ton, jako że dzieląc się z czytelnikiem okolicznościami i emocjami, których doświadczył w związku ze swoim ciężkim zawałem i rehabilitacją po nim, wpisał się przecież w szerokie doświadczenie społeczne: zawał jest przypadłością cywilizacyjną, zmorą i traumą przeżywaną (jeśli nie przeżytą) przez tysiące ludzi w Polsce (w ciągu roku bywa ich podobno ok. 80 tysięcy).

Ale Rok, w którym nie umarłem, to zapis szczególny zarazem. Bo jego intymność dotyczy nie tyle samej choroby (czy raczej skutku choroby serca), ile spojrzenia na siebie samego i zmiany stosunku do życia, jakie ona u autora wywołuje. Żeby była jasność: Grynberg nie jest w tym jakoś przesadnie oryginalny, przeciwnie — jego przemyślenia i reakcje są dość typowe dla ocalonych przed śmiercią zawałowców, a też w ogóle, ludzi, którzy wrócili do zdrowia po ciężkiej chorobie.

Życie — jakby na nowo odzyskane — staje się dla nich, jak i dla niego — skarbem, i to właśnie przez swoją prostotę, radość z bycia samego. A ucieczka przed kostuchą ukazuje im codzienność z innej perspektywy, oddalając od nich problemy codzienności i tzw. wielkie sprawy, które nagle stają się błahe, mniej ważne.

Ale że Mikołaj Grynberg pisze o tym prosto i szczerze, na ogół bez patosu (choć nie unika pewnej czułostkowości, która staje się wadą jego książki pod koniec relacji z ozdrowienia), ten brak odkrywczości nie tylko nie razi, lecz i wzmaga empatię wobec autora-narratora. Przekonuje do jego myśli i zachowań.

Tym bardziej że wielokrotnie bierze je sam w swoisty nawias, uśmiechając się, że to wszystko takie proste i oczywiste, a przez niego — jak przez większość nas — długo lekceważone. Tak długo aż, no właśnie, aż przychodzi ten moment, a po nim — te miesiące. Banalność nowego spojrzenia na życie staje się wtedy nie banalnością już czy naiwnością, a jedynie słusznym punktem widzenia siebie samego i świata.

Najlepsza w książce jest jednak i tak jej część pierwsza (skądinąd pierwsza umownie, bo podziału na części tu nie ma), dotycząca przebiegu wydarzenia, jakim był zawał, i wynikłych stąd kontaktów ze służbą zdrowia.

Grynberg nie oskarża nikogo, nie piorunuje, że popełniono w tej mierze błędy (ratownicy medyczni potraktowali jego ciężki zawał jak… histerię), nie wyżywa się też przesadnie na bezduszności medyków, którzy nie zawsze poświęcali mu wystarczającą uwagę. Przeciwnie, wykazuje się co do tego zrozumieniem (moja śmierć, mówi, byłaby tylko jednym z wielu przypadków), choć ironia, z którą opisuje niektóre sytuacje, ma w sobie wiele czarnego humoru, a lęk, który one wywołały, potrafi ukazać z dystansem, skądinąd gorzko-melancholijnym.

Dzieli się też jednak pięknie opisanym uczuciem wdzięczności (miłości!) do tych lekarzy, którzy ocalili mu życie. Swoim profesjonalizmem i mądrością. Scena, w której opisuje rozmowę z jednym z nich, świadomym tych wszystkich uczuć kardiochirurgiem, to prawdziwa perełka i swojego rodzaju nowość w tego typu literaturze. Grynberg nie wstydzi się swoich przeżyć i opisuje je bez intelektualnej kokieterii, a pokazując reakcję lekarza, z którym się tymi przeżyciami dzieli, daje też świadectwo prawdziwej istoty tego, czym jest — może być — prawdziwa, dobra relacja pacjenta i doktora. Rozumie to lekarz, któremu pacjent Grynberg wyjawił swoją do niego miłość. Warto o tej scenie pamiętać, kiedy zdarzy nam się mieć pretensje do służby zdrowia w ogóle, a do jakichś kiepskich i nieczułych „doktorów” zwłaszcza.

Nie kryję jednak, że im bliżej końca książki było, tym szybciej przerzucałem strony; narracja stawała się bowiem coraz cieplejsza i słodka (prozdrowotne zalety jazdy na rowerze, serdeczne przekomarzanki z żoną), zmieniając książkę o ostrym doświadczeniu z pogranicza życia i śmierci w blady pamiętniczek o zdaniach równie miałkich jak to: „Zaczynałem nowy etap życia”. Jasne, życiu to wystarczy, ale trochę to mało, jak na refleksję doświadczonego twórcy.

[Mikołaj Grynberg, Rok, w którym nie umarłem, Agora, Warszawa 2025]

 

2.

Louis Bayard jest autorem w świecie docenionym za literacki kunszt, ale i używającym go do pisania powieści „do czytania”, co czyni go autorem popularnym i poszukiwanym na rynku. Najgłośniejsze jego dzieło — Bielmo, jedyne skądinąd, które ukazało się w Polsce, zdyskontowało tę pozycję autora i popularność jego książek ekranizacją na tyle spektakularną, że choć oceniono ją dość nisko, to doborowa obsada (m.in. Christian Bale i Gillian Anderson) i gatunkowa atrakcyjność tego historycznego kryminału wywindowała go do czołówki najchętniej oglądanych w serwisie Neftlix w roku 2023.

Filmu nie oglądałem, ale książkę polecam. Nie tylko jako świetną robotę gatunkową, ale i bardzo zręczną, chwilami wręcz świetną literacko. Bayard posługuje się w niej bowiem językiem kunsztownie oddającym język i styl epoki, czyli końca XIX wieku w Stanach Zjednoczonych, będących jednak wciąż pod wpływem wykwintnej angielszczyzny.

Co o tyle ważne, że narracja jest tu pierwszoosobowa, mamy bowiem do czynienia z dziennikiem, spisywanym przez głównego bohatera — emerytowanego detektywa Augustusa Landora, a i z listami niejakiego… Edgara Allana Poe — w powieści młodego kadeta, studiującego na West Point, w przyszłości (o której jednak w książce ani słowa!) jednego z głośniejszych, klasycznych dziś pisarzy z gatunku grozy i horroru. Bayard ze smakiem podszywa się pod ich charakter i styl pisanej wypowiedzi, co sprawia że Bielmo. Niezwykły przypadek Edgara Allana Poe ma wszystkie przymioty dobrze przyprawionej prozy „z myszką” (co jasno sugeruje już podtytuł), jest jednak na tyle nowocześnie skonstruowane, że bez wątpienia zaspokoi gusty miłośników współczesnego kryminału. Tym bardziej to widać, gdy przekonamy się, że autor wodzi nas za nos prawie do końca, łudząc podobieństwami do dawnej, zakurzonej już nieco powieści detektywistycznej. Z całym jej demonicznym złem i okropnościami rodem z literackiego „gotyku”.

Nie chcę jednak spoilerować (ach, jakież modne to dziś — w dobie seriali — słowo), więc o szczegółach w tej mierze więcej nie napiszę. I powiem tylko, że racjonalne (no, w miarę racjonalne) rozwiązanie zagadki odkryte zostaje dopiero po wielu fabularnych zakrętach. A po drodze mamy do czynienia również z romansem w oparach tajemnicy, ujętym jednak na tyle pastiszowo (Edgar A. Poe ukazany jest w tym wątku dość zabawnie), że ktoś, kto nie przepada za prozą w stylu Wichrowych wzgórz czy Dumy i uprzedzenia, żachał się nie będzie.

Nie ulega skądinąd wątpliwości, że swoją atrakcyjność buduje powieść Bayarda głównie na osadzeniu narracji w niezwykłym jak na tego rodzaju historię miejscu. West Point — słynna amerykańska szkoła wojskowa dla oficerów — nie było chyba nigdy wcześniej scenerią kryminału. I to tak rozbudowanego obyczajowo, jako że w tym arcywojskowym środowisku facetów w mundurach rozgrywa się akcja dość pikantna, w której erotyka ociera się o makabrę (i na odwrót), a całość ma też wymiar interesującej obserwacji społecznej z lat narodzin amerykańskiej potęgi.

Główna postać książki, starzejący się detektyw, który szuka schronienia w samotności na odludziu — skądinąd w okolicy tej wojskowej akademii — jest wprawdzie typem — przynajmniej początkowo — żywcem wziętym z licznych kryminałów z takim właśnie bohaterem w roli głównej, ale w miarę czytania powieści, a już zwłaszcza u jej końca, dowiadujemy się o nim rzeczy, które burzą ten gatunkowy, smaczny zresztą, porządek. A jego samego ukazują w mocno zaskakującym świetle. Które zresztą nadaje całości tego dodatkowego wymiaru, czyniącego z niej coś więcej niż zwykły kryminał w historycznym kostiumie.

Wyostrzmy więc wzrok mimo Bielma, a może właśnie dzięki temu, że sugeruje nam tę częściową ślepotę tytuł, i wypatrujmy w całej opowieści jej niewidocznych na pozór niespodzianek i głębszych znaczeń.

Nie cytuję zwykle blurbów, promujących książkę — zwykle na okładce — ale tym razem to uczynię, bo jej autorem jest wyborna pisarka Joyce Carol Oates: „Louis Bayard jest pisarzem obdarzonym niezwykłym talentem: językowym, fabularnym oraz tym tajemniczym połączeniem śmiałości i kunsztu, które sygnalizuje, że oto narodził się wielki pisarz”.

[Louis Bayard, Bielmo. Niezwykły przypadek Edgara Allana Poe, przeł. Tomasz Bieroń, Zysk i s-ka, Poznań 2023]

Paweł Albo Poczytalion (ur. w 1965 r. w przysiółku Szczecin Dąbiego) — z wykształcenia ornitolog. Mieszał w Kantucky i Bismarck (Niemcy), dziś: Niezbyt Dobra koło Szczecina. Miłośnik starej Broni (imię psa, dokładniej: suki). Publikował w prasie krajowej, polonijnej, milenijnej i codziennej („Głos Louisville”, „Głos Pomorze”, „Kurier Szczeciny”), magazynach poświęconych niezdrowemu żywieniu („Piwariat”) i pismach literackich (m.in.: „Czas Chałtury”, „Nestor”, „Wsypa”, „Faza”, „Kwartalnik Artystyczno-Krytykancki”). Wydał m.in. wiersze i epitety Życie skocznikiem (2007), powieść ontologiczną Wandalizm. Motyw kobiecego samobójstwa w poezji współczesnej (2013) oraz wszystkie oszczędności z konta dolarowego w PKO S.A.

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści