Skip to content

PAWEŁ NOWAKOWSKI

R1

— A wczoraj, gdy szłem laskiem z ukosa, zagajnikiem pod prąd, kniejami z owocownością dzikich gruszków pod pachami, dla ciebie, na smakę, do kompotierów i kondotierów oryginalnych i fasyfikowanych legalistycznie, z pieczątką, podpisem i srebrną czterowymiarową naklejką hologramową, dopadł mnie trzydziestoletni wspomnień. Kiedyś razem z Indykiem i Ananasem byliśmy w więzieniu, tuż po aresztowaniu nas za przemyt papieru czerpanego, którego nie cierpiałem i nie cierpię, ale pół miliona denarów w kieszeni to jednak coś, co zmienia patrzalność na złom. Otóż wtedy, w czasoprzestrzeni, o której mówię, opowiadam, wspominam mimo bielmowawstwa na podczaszkowych zwojach, a przecież mógłbym zapomnieć, wyprzeć, czy po prostu zakłamać widmo, przyczołgał się do nas jakiś niemyty od pięciu minut blondwłosy zwyrodnialec i poprosił o kawałek blachy, bo właśnie skomponował w myślach sonet i chciałby go zapisać dla potomności, trawiąc blachę resztkami własnoręcznych wydzielin, jak przy przyrządzaniu gutenbergowej akwaforty przystało. Mówił, że chciałby, aby jego sonet rozbierali na części przyszli adepci germańskich filmów niskobudżetowych, rozszarpywały kruki na rozwidleniach autostrad klasycyzmu i awangardy, by studenty na trzecim roku oblewali egzaminocjacje muskularnym mydlanym winem, a wszelkiej maści i płciowości profesorostwo pisało ody do niego, jego sonetu i formy akwaforty. Ananas powiedział wtedy…

— Zamknij wreszcie ten ryj! Co mnie obchodzi twoje przyrodnicze przyrodzeństwo przygotowościowo-retrospektywne? To nuda, ułuda, zaślep, kołtuństwo, osadowość morenowo-morelowa i niecerebielstwo czerwone. Oglądam cichy głośnik i chciałbym dowiedzieć się wreszcie co tam u mojego ponadprzystojnego, wyglądającego przez portfenet iberoamerykański jak milion dolarów mariańskich z Murmańska, ukochanego Dronalda. Gdzie dziatki swe, Drony, zostawił na zatracenie, podniecenie i obrócenie w pył, perz, próchno z miejscownika, gdzie plecy tracą swą szlachetną nawę i paprochy w grochy; czy na lotnisku Natolin, czy na sepukową penetrację hydroelektorwni paraatomowej, czy uderzyły się w żyły, kominy krematoriów lub inne giepeesy uporządkowanych rozruchów leptonów, lepiszczy, stereotypowych leptospirozów i ich kuzynów w mono? Dokąd zmierzają współczesne bezzałogowce, co je/ich trapi i czy latanie je uskrzydla, czy tylko wymusza coś, co my współczesne ponadmęskowe kobiety nazywamy cuś?

— Polifoniczność, poliformiczość i politowanie. A co u zwyklaków w czeluściach nawozu, pod wozem i w wozówce?

— To wiem, to wiem… Śpiewali o nich przed twoim niepotrzebnym powrotem ze starczej włóczęgi. U nich bez zmian. Ryją w piachu w poszukiwaniu karpieli i trąbią jak trąbiki nadzwyczajne, poławiające w rwących się na strzęplowostki potokach zielone trębacze, nieznające gramatyczności, bo w żłobku nie jadły żadnego rodzaju pieprzycy siewnej, samosiewnej, zkimśsiewnej, ani nawet solnicy niesiewnej, tylko tej z niewielkiej Małoliczki. Wanda, co nie chciała Wągra, też tam była, mjut piła i na nic zdała się jej leworęczna idea transkrypcji tego na tamto, gdy to i nic, pilnując graniczności, śpią jak zabici w gardzieli lwa salonowego, rodem z ckich magazynów z wnętrzami ryb i łazienek połączonych z pralniami babilońskich kryptowalut, a ten z tą tak i siak sprzeczają się o niepotrzebne sprzęty ułatwiające filatelistom kolekcjonowanie kancerów i wątpliwego pochodzenia frankatur.

— Nie sądzę aby to wszystko było polubownym aksjomatem. Raczej tematem do przypłotowej pogwarki, gdy babcine bakteriozy rodzą dziatwę na zatracenie i delikates męski, by czarne było brązowe, a białe krematoryjnie w proch się zatarło, stolnicowo dezaprobatycznie.

— Dłubiesz w słowach jak jednokomórkowy zarazek spod gnilnej stopy. Mówże jak człek z ziemniaczanki, a nie jak świr z przysiółkowego mansardownika.

— Dłubię. W przeciwnocności do twego krasomnóstwa, o luba, muzo cebularzy i oblanych stoutowem piwem egzminatorów z machania powrozem nocnymi momentami. Już dawno chciałem uwypuklić twą czujność na przecinkowniczość w wysmakowanych wypowiedzialnościach, ale jakoś nie miałem pretekstu i zagotowanego na papiczechu tekstu, gdyż jękliwym jestem chłopem i dziesięcinę okrywam w kalesonach, dla przyszłych pokoleń mieszaczy kontekstu, faktur i poprawności stylistycznościowej.

— Pawełku, jażem gotowa na klaustrofobiczność.

— I niech tak zostanie. Po wsze chwile.

Paweł Nowakowski — ktoś twierdzi, że mycobacterium, ktoś inny, że szczaw. Na razie jest to równanie nietożsamościowe.

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści