Skip to content

PAWEŁ NOWAKOWSKI

R2

— No więc Ananas powiedział wtedy, że miał przygodę na messerschmitcie bf 109a, a wolałby c, ewentualnie b. Przygoda nie wybiera, a przyroda nie wybiela. Las zmienia się co dzień i co noc powiększa o puszki, opuszki, zgrzewki, materace i beton, który wieczorami jest jeszcze mieszanką betonową. Pamiętam, jak sto lat temu kierowca gruszki do wyciągania półzaschniętych rzeźb z nosa perorował z podniesionym czołem i opuszczoną oblubienicą, że „nigdy za dużo wodolejstwa na beton”, gdy ten dojrzewa jak trzynastoletnia zadziwiona panna z suchym czerepem zamiast najzwyczajniejszej na świeczce ekstraklasy S3, szczególnie przydatnej na tradycyjnych klepiskach do wyklepywania sekwenserowych e-bitów na dwie czwarte, zamiast tych skomplikowanych córkop, nikt nie wie komu potrzebnych. Dżez był fajny sto lat temu, gdy czarne fujarki dobrze prezentowały się w biało-czarnej telewiwisekcji, teraz jednak przeszkadza toto korporacjom w korupcyjności, a korpomyszom w jedwabnej koronce z łupin orzechów i innych wymion niewymienionych w żadnych poradnikach dla początkujących korpokotów czy innych kompotów. A najlepsze są z czereśni. Ananas odwiedził matkę w magazynie snopowiązałek i zamusztrował…

— Nie widzisz, stary pierniku z utaśmowioną słodko-kwaśnością i lukrowaną terakotą, że oglądam sporty bez filtra w wiadernościch, wydrążeniach i wyuzdanej faktoformie wiertniczej? Zaraz będzie o botoksie do lat czterdziestu i wioślarkach podwójnie podwójnych, z podwojoną spójnią. Artmiks, Spotos i Admiralis to moje: suma, summa, różniczka, całokształt i zbiór. Zbieram etykiety z puszek z ananasami, brzoskwiniami i kiwi. Wklejam je do specjalnego zeszytu w kratkę wentylacyjną, opisanego na grzbiecie jako: „etykiety z puszek z ananasami, brzoskwiniami i kiwi”, który stoi na tej specjalnej półce, gdzie stoją też albumy ze zdjęciami z Albanii, z fryzurami od odjechanej bani i z typowymi bhutanicznemi fryzami, z graffiti zamiast zwykłych płaskorzeźb, gdzie figuratywność przechodzi w wysublimowaną meandryczność znaczeń, sił i podtekstów, gdy zaskoczone architrawy i gzymsy igrają z rzeczywistością na sześć liter, a reliefy ryją mózg na siedemnaście, tyle że po germanistycznemu. Etykiety różnicują się przede wszystkim jakością laminatu, formatem kodów kreskowych, konturami literności i obramowań pól uprawialniczych, co uwielbiam sprawdzać, przymierzać i organoleptycznie kontemplować w świetle gazowych latarń ulicznych. Na półce jest jeszcze Karmasmutna, bo bezglutenowa i bez zabezpieczeń, jak duńskie sejfy z połowy poprzedniego wieku, gdy czerwone walizki udawały zielone kufry, a niebieskie sakwojaże ciała niebieskie w niebiesiech.

— Pomroczność, przedszarzyzna i zanijakość. A co u domyślniaków nazywających rzeczy po imieniu, osoby po pseudonimach, a epizody po szwajcarskiemu?

— To wiem, to wiem… Tyle że nie wiem, czy dobrze zarozumiałam. Wydaje się, że melodeklamacje są jak reklamacje, tylko inne, ociężałe jak głowa gryfa bez korony i pazurności, ale za to ze złotą wysypką na ramionach z platyny i srebra, inkrustowanych gorczycą i kukurydzą, od prawa do lewa i z północy na południe o czternastej dwadzieścia sześć.

— Nie sądzę, aby to wszystko było do opisania w normalistycznej, modernistycznościowej powieści na tysiąc dwieście stron z apendixem i posłowiem Sokratesa, tego piłkarza z Australii Przedpółnocnej, zwanej przez niektórych Salzburgiem, i okolicznościowymi medalionami. Wyzwoleńczy ruch heraldyczny, z siedzibą pod osłoną nocnika w Mounjaro, wiesz, tego substacjonu pojawiającego się tu i tu, oraz tu, obniżającego glikemikazynę poniżej osi „f” w układzie Calvina-Queneaua, twierdzi, że to raczej opowieść na krótkie, ale koloryzowane serie pamiątkowych tablic, drukowanych na czerwonych wodoodpornych walizkach, zielonych paroodpornych kufrach czy nawet niebieskich mrozoodpornych sakwojażach. Ale czy ja wiem…

— Ruchasz ozorem niczym przewodniczący unii układu planety K2-18b i jej okoliczności. Z tego co pamiętam, jest to postać rodem z bractwa łamaczy nieopieczętowanych kodów, a może nawet z federacji kasty geometrycznościowych algorytmików. Stał on kiedyś pośrodku jakiegoś placu, wszystkie XVII-wieczne wiersze miał w małym palcu, prozę Prerafaelitów lobbował kciukiem, a sztuki mięs wszelakich w graciarni, poniżej osi „u” w układzie Duchampa-Cerquigliniego. Później, po jakiejś czasoporze, poszedł na obiad.

— Rucham.

— I niech tak zostanie. Po wsze okamgnienia.

Paweł Nowakowski — ktoś deklaruje, że torbiel, ktoś inny, że brudna cysta. Na razie jest to czysta bawełna, a wkrótce Wszystkich Świętujących.

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści