Skip to content

ROMAN CHOJNACKI

Wizja lokalna

dla Hani i Waldka Włodarczaków

Odwiedziłem moje martwe rodzinne miasto. Miałem jakieś
niejasne powody, ale o tym nie teraz. Martwy odwiedziłem
moje martwe rodzinne miasto. Pełne słońca, echa, sklepów i
samochodów. Pełne pustki. Środek miasta wypełniali cisi,
bezbożni ludzie, bezdomne bramy, dzieci i psy, a ucichłe
kościoły miały wysokie wieże. Lśniły. Patrzyłem na nie. Ślepy.
Skróciły się. Może z braku wiary. Gdy byłem żywy w moim
Mieście, kochałem się w Monice Vitti i jej pięknej kopii,
spacerującej ulicami Narutowicza i Chrobrego. Któregoś dnia
zauważyła, że łażę za nią i powiedziała tajemniczo, że jednak
musi ze mnie zrezygnować. Było trudno? Tak, było trudno.

Moje martwe rodzinne miasto liczy dziś więcej mieszkańców,
niż gdy je opuszczałem. Najwięcej na cmentarzu, znanym ze
studni, którą osuszyć miały łzy zwiedzających. Jest przestrzenny.
Przyrósł wewnątrz, spuchł. Leży na nim i leniuchuje wielu ludzi.
Na tym cmentarzu leżą moi martwi rodzice. Gdy zbliżałem się do
ich grobu, odwrócili ode mnie zamknięte oczy, a przybiegły nie
wiadomo skąd porywisty wiatr zgasił zapalony dopiero co znicz.
Pomyślałem, by położyć się wzdłuż ich grobu, ale ktoś, kto stał
u końca alejki, patrząc na mnie, pukał się w czoło, uniósł ręce do
ogniska słońca, krzyknął, że to głupi pomysł, że lepiej będzie, jak
dam im żyć i bym nie wracał tu więcej. Pewnie miał wiele rzeczy
na myśli, ale ja nie o tym teraz. Przy starej kaplicy zaczepił mnie
jakiś usmarkany dzieciak. Zrobił zeza i powiedział, że pamięta mnie,
jak wyjeżdżałem z miasta ponad pięćdziesiąt lat temu. Chciałem
dać mu parę złotych na cukierki, a on na to, że co najwyżej mogę
mu skoczyć na klatę i spytał czy wiem, że w moim martwym mieście
żyło kiedyś bardzo dużo świń, ale z czasem wybili. Ze szczurami nie
poszło nikomu już tak łatwo.

W kawiarni pod filarami w Rynku tylko pustka i cisza. Pod filarami
klęczały cienie bezdomnych. Czasami podnosiły się z kolan i tańczyły.
Ocalała jakimś cudem wiekuista lampa już nie świeciła pod filarami,
wyprowadziła się. Wszystkie ładne kobiety i niemrawi mężczyźni
chyba też. Przed filarami stał dawny król, cały brązowy. Podobno
są gdzieś nasze wspólne zdjęcia. Było mi go żal. Myślę, że bolał go
krzyż, może głowa? Czekał. Nie wiedziałem, czy go pozdrowić, czy
przeprosić.

Moje drugie rodzinne miasto leżało tylko trochę na północ
od pierwszego. Urodziłem się w nim drugi raz. Pomogła mi siostra
matki, ciocia Maria, którą nazywano Marycha. Przez miasto płynęła
rzeczka imieniem Obra, której oba brzegi wzięły w areszt Wały
Żegockiego. Na wzgórzu nad Wałami stał sąd i areszt. Szeptano, że
w areszcie byli wrogowie ludu, czyli wichrzyciele, i ci, którym
odrąbano ręce. Gdy byłem starszy, spotykałem w jego okolicach
dziewczyny o kolorowych nogach i w krótkich spódnicach. Lub
bananowych. Podobno co pewien czas rozpacz popychała z Wałów
w spokojną toń Obry jakiegoś włóczęgę i nie było nikogo żywego
w rzeczce, kto mógłby pomóc; martwi nie wiedzieli, jak pomóc tym
innym martwiejącym.

Nie miałem trzeciego rodzinnego miasta. Jakoś tak omijały mnie.
Rzuciło mnie w bezdomny świat. Mieszkałem w kilku krajach i
miastach. Kiedyś dopadła mnie miłość o imieniu Alina i tak jest
do dzisiaj. Długo mieszkaliśmy za wielką wodą; Kanada chciała
mnie nawet przyjąć do roli marnotrawnego syna, ale byłem trudny do
utrzymania w pamięci. Umiała jednak być czuła i troskliwa. Lubiłem
ją, lubiłem śnieg i mróz, i zapachy samotnych sklepów w odległych
prowincjach. Wypełnionych szczerbatą porcelaną, wypchanymi
kojotami, szakalami i resztkami pionierskich dyliżansów. Także
zdjęciami nienarodzonych w klasztorach dzieci. Lękiem napawały
mnie manekiny, lustra, mazidła pacykarzy, pełne dziur, krwi i łez
orenda i wypłowiała, pachnąca stęchlizną odzież Inuitów i Wendatów.

Już nie szukam rodzinnych miast. We wsi, w której mieszkam,
poznałem sporo bardzo żywych ludzi, ale przecież wsie są już mało
rodzinne. Ludzi z mojej wsi chyba martwi to, że piszę. Kilka dni
temu przeszukałem dziurawe kieszenie pamięci z nadzieją, że coś
się w nich zachowało. Zapomniałem, że zaszyłem je kilka lat temu,
i pewnie coś, co chciałem w nich zachować, zmurszało, skieszeniało.
Tamtego poranka stałem tyłem do okna, sikorka skarżyła się na
pogodę, z dala wyła syrena, z bliska moje przerażone serce.

Roman Chojnacki (ur. w 1954 r. w Lesznie) — poeta, krytyk literacki, redaktor. Sekretarz literacki Teatru Nowego w Poznaniu (1980-1988); redaktor działu literackiego czasopisma „Student” (1980-1981); prezes koła młodych ZLP w Poznaniu (1980-1981); korepetytor w Konsulacie USA w Poznaniu (1983-1986); współpracownik i autor podziemnej prasy „Solidarności”; internowany w Wojskowym Obozie Specjalnym w Rawiczu (1982). W roku 1988 wyemigrował do Kanady, skąd powrócił jesienią 2018 roku. Mieszka w Dąbrówce Leśnej, wsi na obrzeżu Puszczy Noteckiej. Stypendysta Departamentu Stanu USA (1986); laureat nagród literackich, m.in.: Najlepszy Debiut za Głos pierwszy (1977), podziemna Nagroda im. 3 Maja za Apel poległych i inne wiersze (1984), Medal im. Stanisława Grochowiaka (1976), nagroda Fundacji Nelly i Władysława Turzańskich (Toronto 2006). Tłumaczony m.in. na języki: angielski, francuski, hebrajski, ukraiński i węgierski. Opublikował: Głos pierwszy (1973), Dla tego życia (1977), Z pozoru cisza (1980), Apel poległych i inne wiersze (1983), Od „mówienia wprost” do „nowej prywatności”. O poezji lat siedemdziesiątych (1984), Noc (1986), Wiersze nienapisane (Poznań — Toronto 2000), Tak (Lublin — Toronto 2003), Lekcje przyrody (Kraków — Toronto 2006), Iratlan versek (Budapeszt 2008, przeł. Gabor Zsile), Aleppo (Toronto — Berlin 2010), C’est ainisi (Rzeszów — Toronto 2011, przeł. Bogusław Biela), Do prywatnego użytku (Rzeszów — Toronto 2014), Poemes non ecrits (2015, przeł. Bogusław Biela), Dla tego życia (Poznań — Toronto 2018), Pasterz słoneczników (2021), Gołąb cukrowy (2023), Struga (2024), Wybór pism na temat życia z punktu widzenia śmierci (2025).

Leszek Szaruga: Kanibale lubią ludzi

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści