Skip to content

KAZIMIERZ BRAKONIECKI

Dziennik berliński. Dzień piąty

Cała noc „chińska”: w świadomym śnie czytałem powieść chińskiego autora, jednocześnie byłem tym autorem, samą fabułą oraz sobą samym tym realnym, ale co to znaczy realnym w tym świecie? Dziwnie się czułem po przebudzeniu.

Poranek w szronie, ale za to słoneczny. Wiatr zmienił kierunek z zachodniego na północnowschodni. Bardziej zimowy. Widzę te zmiany, gdy patrzę na dym unoszący się z niższego skrzydła willi. Ponownie wybieram się do muzeum Käthe Kollwitz (1867-1945) z domu Schmidt. Miejsce urodzenia — Königsberg.

Kollwitz całe swoje dorosłe życie spędziła w Berlinie, mąż jej był lekarzem ubogich mieszkańców rozrastającej się niebywale stolicy II Rzeszy. Wschodnioniemieccy dygnitarze od sztuki uczynili ją patronką nowej socjalistycznej i realistycznej sztuki plastycznej. Dlatego za czasów PRL-u i u nas nie było problemów z jej recepcją (zresztą znikomą). Z malarstwem enerdowskim zetknąłem się wielokrotnie i zauważyłem, że oprócz oficjalnej sztuki zaangażowanej i realistycznej tolerowaną tradycją w tym państwie był „miękki ekspresjonizm”, czyli nieprzesadna deformacja oraz kontrolowana (w tym szeroko pojętym nurcie realistycznym) swoboda kolorystyczna. Czułem, że użycie ciemniejszych barw i bardziej dynamicznej wizji miało skłaniać odbiorcę do krytycznego oglądu i oceny świata (nie)przedstawionego (niedostępnego prawdzie z powodu cenzury i ograniczeń formalnych). PRL był oazą wolności artystycznej w porównaniu z NRD, ZSRR czy Czechosłowacją! Dlatego pogardzaliśmy tymi enerdowcami, a nawet ich bunt w 1953 roku, rozjeżdżony gąsienicami sowieckich czołgów, pomijaliśmy w dumnej wyliczance, najczęściej polskich (poza 1956. na Węgrzech oraz 1968. w Czechach) zrywów przeciwko reżimowi. Kiedy na podstawie dowodu osobistego dotarłem w połowie lat 70. do bratniego kraju niemieckiego, zaskoczony zostałem wyższym niż w Polsce poziomem życia, autostradami (jeszcze hitlerowskimi) i, jak mi się zdawało, lepszym, bardziej sympatycznym stosunkiem ludzi do ludzi (czyli Niemców do Niemców).

Muzeum otwarte, ładne, przytulne, nowoczesne. Graficzne prace Kollwitz spełniają mit artysty humanistycznego, zaangażowanego, współczującego i pragnącego swoją sztuką pokrzepić serce człowiecze, jeśli nie natchnąć go do walki o zmianę tego świata. Podłożem jej sztuki była pietystyczna i zarazem wolnościowa (na fundamentach religijnej etyki) chrześcijańska atmosfera w domu rodzinnym w Königsbergu, którą szczególnie silnie przekazał młodziutkiej Käthe jej dziadek ze strony matki Julius Rupp, charyzmatyczny kaznodzieja Wolnej Gminy. W 1885 roku udała się na studia artystyczne do półtoramilionowego podówczas Berlina. Ale tak naprawdę stała się berlinianką w 1891., kiedy wyszła za mąż za lekarza Karla Kollwitza. W styczniu 1919 roku mianowana została rzeczywistym członkiem Pruskiej Akademii Sztuki.

Gdy obcuję z taką prospołeczną, protestującą przeciwko cierpieniu, biedzie i wyzyskowi lewicową sztuką o silnym ładunku emocjonalnym, to od razu rozmyślam o dramacie Niemców z I połowy XX stulecia. Oto charakterystyczne zdanie z przemowy Adolfa Hitlera w 1935 roku: „Moje sumienie ma tylko jednego wodza: nasz Volk!”. Niby to wszystko prawda, ale skąd ten potwornie apokaliptyczny klimat, nihilizm siły, nienawiść i okrucieństwo? Powiada się uczenie i złośliwie, że babka Hitlera, będąc służącą u bogatego Żyda, zaszła z nim w ciążę. A więc jego ojciec, o czym wiedział Adolf Hitler, był mieszańcem. To może ta tajemnica kryje się u źródeł tej absurdalnej i szalonej nienawiści Hitlera do Żydów, a więc ważnej (odrzucanej, pogardzanej, wstydliwej) cząstki samego siebie? Symptomatyczne są dwie wypowiedzi Hitlera z okresu spotkań z Hermannem Rauschningiem. Jedna, że „walka o światową dominację toczyć się będzie pomiędzy Niemcami i Żydami”. Oraz druga: „Żyd stale pozostaje w nas”. Coś istotnego nieustannie wymyka się racjonalnej analizie. Jest to poza tym epoka buntu synów przeciw ojcom, epoka irracjonalnych ludzkich mas w ruchu, spanikowanych mas w lęku przed Nieznanym. Utrata zbiorowego i indywidualnego bezpieczeństwa? Kryzys tradycyjnych autorytetów religijnych, państwowych, moralnych? Irracjonalna Panika, która masy wprowadza w ruch? W tym ruch wojenny, w którym masy odkryły swoją bezsiłę wobec anonimowej zagłady na froncie, lecz i masową siłę własnego oręża? W Rosji i Niemczech? Nie wyłącznie, bo na przykład we Francji wydarzyła się sprawa Dreyfusa, oficera niesłusznie oskarżonego o szpiegowanie (bo był Żydem), która wywołała tak wiele emocji oraz podziałów pomiędzy ludźmi. W końcu została wyjaśniona i prawda zwyciężyła, a Dreyfus został zrehabilitowany. Okazało się, że i w dostatniej Francji, a nie wyłącznie w rozdzieranej zaburzeniami despotycznej Rosji, możliwa jest potworna agresja i masowa nagonka, rozkwit najgorszych uczuć, narastanie klimatu utraty bezpieczeństwa poprzez odwoływanie się do symboliki zagrożenia ojczyzny. Francja mogła stać się, i częściowo stała się jako państwo Vichy, wzorcowym państwem antysemickim. Faszyzm pojawił się wszędzie, ale nie wszędzie miał takie bogate, poskręcane irracjonalnie powody rasistowskie, antysemickie, historyczne jak w Austrii, Niemczech, na Węgrzech. W krajach pokonanych. Smutek, że niektóre z małych, ponoć upokorzonych państw znów śnią o imperium, choćby najmniejszym (np. nieszczęśni Węgrzy czy Serbowie).

Fritz Biberkopf zaatakowany w knajpie przez komunistów wołał, że on jest po prostu za porządkiem, ale według nich, skoro sprzedawał hitlerowską gazetę, był zwolennikiem narodowego socjalizmu. Hitler w II połowie lat 20. oraz na początku 30. przedstawiał siebie jako patriotycznego idealistę, oddanego Niemcom polityka, któremu leży na sercu opanowanie chaosu, demoralizacji, przywrócenie wiary w Volk (naród), że opowiada się za moralną rewolucją i oczyszczeniem obyczajów, polityki i zlikwidowaniem korupcji oraz oczywiście tragicznego w skutkach traktatu wersalskiego. Bez przerwy wołał o jedność i scalenie Niemiec (Rzeszy) oraz wyplenienie tej materialistycznej i chorej rasy żydowskiej (czasami taktycznie o niej nie wspominał, lecz kto czytał „Mein Kempf”, wiedział, o co chodzi). Hitler sam pisał swoje przemówienia, ćwiczył je długo przed lustrem, wyglądał na mównicy jak gestykulujący i robiący miny aktor niemego kina, ale niemy nie był — wręcz przeciwnie. A dzięki wprowadzonym właśnie nowinkom technicznym, jak wynalazek nagłośnienia, mógł hipnotyzować masy, którymi pogardzał. Twierdził, że może im wszystko przekazać i sprzedać, że może je uwieść, a jeżeli go zdradzą i nie staną na wysokości narodowego zadania, to niech giną. Co się po kilku latach stało. Hitlera stać było na bezwstydne głoszenie, że czeka na Chrystusa („Ich warte auf dem Christus”), na końcowe „Amen” w przemówieniach państwowych w 1933 roku, lecz jako Volkskanzler szybko wprowadził terror, zawieszenie praw, dyktaturę, którą zresztą legalnie przeprowadził w stukocie butów maszerujących batalionów S.A. na tle płonącego Reichstagu. Niemcy mieli dosyć chaosu, czekali na nowego cesarza, nowego Bismarcka, Wilhelma, na nowego zbawcę, który wprowadzi porządek, dobrobyt, przywróci szacunek Niemcom, odbierze to, co utracone. I doczekali się chorego na nienawiść, szalonego Mesjasza.

Wydaje mi się, że wspomnienia Sebastiana Haffnera z lat 1914-1933 świetnie oddają tamtą schizofreniczną scenerię niemieckiej rzeczywistości zsuwającej się w przepaść euforycznej nienawiści. Czy w tym dramacie było coś specyficznie niemieckiego? Myślę, że tak i myślę, że ówczesne kino świetnie wyraziło tę ucieczkę od wolności. A Hitler? To nie Hitler założył NSDAP. Hitler, ten czy inny, i tak by się w wersalskich Niemczech, pulsujących poczuciem upokorzenia, oddanych poszukiwaniu wroga, poruszanych pragnieniem zemsty, znalazł. Deprymujący ten determinizm, ale widzę tamte wydarzenia jako nieuniknione. I do drugiej wojny by doszło, może wyłącznie środkowoeuropejskiej, do zajęcia Polski, przynajmniej tej jej części poznańskiej, śląskiej i pomorskiej — dawnych pruskich zaborów. W 1918 roku pojawienie się odrodzonej Rzeczypospolitej było ciężko zapracowanym cudem, ale jej skomplikowana kompozycja terytorialna i narodowościowa groziła i tak zawaleniem się państwowości. Gdyby niemieckim komunistom udało się po przegranej wojnie zwyciężyć (przegrali w starciu z Freikorpsami przywołanymi na pomoc przez rządzących i przestraszonych rewolucją socjaldemokratów!), nie byłoby państwa polskiego, powstałby Niemiecki Kraj Rad i zaraz potem Związek Sowiecki Socjalistycznych Republik Europejskich, a Kollwitz grałaby pierwsze skrzypce w sowiecko-niemieckim proletariackim związku plastyków. Po okresie krótkiej euforii Stalin i tak zabrałby się za czystki w partiach komunistycznych, awangardowe obrazy ekspresjonistów i abstrakcjonistów-anarchistów byłyby palone, a pisarze jak Mann czy Benn i tak by udali się do Wielkiej Brytanii na emigrację. Może i Kollwitz zmuszona zostałaby w przypadku drobnego odstępstwa od ortodoksji komunistycznej do emigracji lub zamilknięcia.

Upadek Republiki Weimarskiej był przesądzony. Jak nie Hitler, to ktoś podobny, o bardziej konserwatywno-nacjonalistycznym światopoglądzie, odniósłby zwycięstwo. Chociażby dlatego, że jak mówiono, „Kajzer odszedł, a jego generałowie zostali”. Hitleryzm okazał się radykalnie czymś groźniejszym niż nacjonalistyczna prawica. I dlatego, gdy patrzę na te sugestywne drzeworyty i rysunki węglem Kollwitz poświęcone zamordowanemu 15 stycznia 1919 roku komuniście Karlowi Liebknechtowi, na te sakralne hołdy składane świętemu rewolucji (jak zamęczonemu Jezusowi), to nie mogę się wyzbyć drżenia emocji. Wygrana komunizmu w Niemczech i połączenie z bolszewikami rosyjskimi to pożoga Europy oraz kolejna martyrologia Polski. W tym jednak przypadku faszyzm hitlerowski nie podpaliłby ani Niemiec, ani Europy. Marna pociecha, że i tak świat zniszczyłaby tyrania, despotia. Ten wymarzony komunizm nie stałby się europejski, lecz sowiecki. Symbolem zgody hitlerowsko-stalinowskiej stał się IV rozbiór Rzeczpospolitej we wrześniu 1939 roku.

Kollwitz radykalizowała się od lat 90. XIX wieku. Ilustrowała Hauptmanna, wojnę chłopską z okresu reformacji, fascynował ją proletariat, macierzyństwo, tematy ostateczne jak śmierć. A wszystko to w tonacjach czarno-białych, „gotyckich”. Z lat 20. pochodzą jej słynne drzeworyty zatytułowane Wojna, Proletariat. Kiedy wybuchła I wojna światowa, dotychczas pacyfistycznie nastawieni francuscy i niemieccy socjaldemokraci wpadli w patriotyczny amok. Podobnie jak Kollwitz, która zaakceptowała chętnie ochotnicze pójście na front swojego syna Petera, a nawet uznała jego rychłą śmierć na polu bitwy w Belgii jako konieczną ofiarę za Vaterland. Dopiero po dwóch latach, po bezmiarze nieszczęść, które wyrządziła wojna, zmieniła zdanie i dostrzegła w wojnie nieszczęście, którego nic nie usprawiedliwia (w 1916 roku w swoim dzienniku zapisała, że „zostaliśmy oszukani”). Nieszczęście to stało się bodźcem do wielu słynnych rzeźb i grafik, w których matka opłakuje utratę syna. Czy tylko ironią losu można nazwać fakt, że jej wnuk, też noszący imię Peter, syn drugiego syna Hansa, zginął na froncie wschodnim we wrześniu 1942 roku? Z tej jej osobistej rozpaczy zrodziły się słynne Piety (matki opłakujące śmierć syna).

Charakterystyczne, że jej proletariuszki zawsze przypominają ruskie baby okutane chustami. Wpierw pomyślałem, że to przypadek, ale nie, fascynacja Rosją, nieskażonym cywilizacją folklorem i ruskim chłopem, modna była w środowisku artystycznym całej zachodniej Europy. Symbolem tej fascynacji był Tołstoj (Rilke widział w nim zbawcę), a w pewnych kręgach Dostojewski. Po rewolucji bolszewickiej, w której cały cywilizowany na lewicowo świat Zachodu widział, a raczej chciał widzieć, spełniony ziemski Eden, jeszcze bardziej wzmocnił się ten kult Rosji (cierpiącej i przecierającej dla ludzkości szlaki w przyszłość). Teraz nam łatwo wyśmiewać tamte mrzonki i pobożne życzenia. W każdym razie nie brakowało wówczas pomysłów na utopie ani ludzi chętnych wprowadzać je (krwawo) w czyn.

Na sprzedawanym w muzeum plakacie zgromadzono 25 autoportretów Kollwitz. Tylko na jednym z nich młodziutka artystka uśmiecha się. Na pozostałych, z okresu dalszej młodości, wieku średniego i starości, artystka przedstawia siebie w dramaturgii zamyślenia, powagi, cierpienia, nieszczęścia. Jakby cały ciężar świata niosła na swoich barkach. Szybko postarzała, zgarbiona, w narzuconej chłopskim gestem chuście, jakby szczęście nie było możliwe w obliczu niedoli świata, z powodu swojej specyficznej urody (mocna szczęka) oraz właśnie ucharakteryzowana na „ruską babę” (jako symbol w jej oczach odwiecznego cierpienia) sprawia wrażenie bogini nieszczęścia i rozdzierającego serce wyobrażenia fatalnego, żeńskiego losu „babuszki”. Kollwitz w lustrze artystycznym swoich lat przemieniła się w wizerunek skrzywdzonego „ludu” i najważniejszej części tego ludu, która potrafi kochać — matki (rodzaju ludzkiego). Artystka w listopadzie 1927 roku bawiła w Rosji Radzieckiej, a w 1932 roku na jej 65 rocznicę urodzin władze sowieckie zorganizowały największą z dotychczasowych indywidualną wystawę jej prac w Moskwie i Leningradzie (jako uznanej za czołową artystkę awangardy rewolucyjnej na Zachodzie). To, co było rewolucyjne na Zachodzie (czyli oskarżanie systemu o nieludzkość), na Wschodzie było oskarżane o kontrrewolucyjność (bo Kraj Rad = Raj Krat był piękny i dobry).

Pierwsze autoportrety noszą daty 1889/1899, artystka ma dziewczyńskie rysy, na jednym się uśmiecha, to ten z plakatu. I teraz te po 1920 roku — surowość rysów, cierpienie i wręcz zwierzęcość, elementarność rysów, takie średniowieczne, ale celowe, uproszczenie twarzy do maski. Ale nie bestii, tylko tej reprezentantki smutnego, cierpiącego gatunku ludzkiego. Käthe Kollwitz nie była ładna. Ale przejścia osobiste oraz upadek rewolucji w Niemczech zmieniły jej zaangażowaną i deklamatorską grafikę w bardziej dramatyczny i osobisty wizerunek egzystencjalny. Wcześniej rysowała nagie, ciężarne proletariuszki, które widziała w gabinecie swojego męża lekarza. Teraz sama stała się ofiarą życia, historii. To jej upodobanie do mrocznych stron rzeczywistości nie dziwiło współczesnych, bo to była norma (np. w „nowej rzeczowości”). Tak, najbardziej wstrząsnęły mną jej autoportrety, a nie te walczące o rewolucję drzeworyty. Szczególnie malowany węglem z 1938 roku (Selbstildings im Profil nach rechtsAutoportret z prawego profilu). Od razu pomyślałem o autoportrecie Rembrandta. Czysta, naga prawda o życiu, które nikogo nie oszczędza. Bezosobowe cierpienie matki-wdowy-człowieka-istoty stworzonej. Sacrum-profanum. Ból odczłowieczony. Człowiek — naga małpa. Nagie zwierzęce istnienie. Wydane na łup i ból.

Rzeźba z brązu Wieża matek (Turm der Mütter, tylko 27 cm, 1937/1938), powtórzenie z licznych grafik motywu matek broniących dzieci. Podobno hitlerowcy odrzucili tę pracę z wystawy pod pretekstem, że w III Rzeszy, a to już był ten czas, państwo opiekuje się dziećmi i matki mogą być o nie spokojne. To samo by ją spotkało w niemieckim ZSRR. Kollwitz nie była prześladowana przez nazistów, ale zdecydowanie odsunięto ją na boczny tor. Macierzyństwo stało się jej kolejnym wielkim i obsesyjnym tematem. To była z jednej strony wojująca o pokój artystka, sławiąca kobiety, dzieci, a z drugiej — wnikliwie penetrująca ciemne strony życia i ludzkiej psychiki (typowe niemieckie tematy jak śmierć). Rozpaczające matki, żony, siostry po stracie mężów, ojców, braci. W jej rzeźbach zamknięta została niemiecka tragedia I wojny światowej, której Niemcy nie byli rzeczywiście winni, ponieważ na jej rozpętanie złożyło się wiele czynników, w tym parcie do wojny sztabów wojskowych wszystkich zainteresowanych konfliktem państw.

Kollwitz i Ernst Barlach (on pierwszy był w Rosji i przejął się rosyjskim ludem, uprościł formę, zintensyfikował uniwersalny wyraz cierpienia, który tam dostrzegł i to na pewno on wpłynął na tę część jej twórczości naznaczonej hołdem ewangelicznemu ubóstwu i cierpieniu) stworzyli chyba najbardziej wzruszające monumenty poświęcone ofiarom tej wojny, która nam, Polakom, przyniosła niepodległość, a Niemcom utorowała drogę do kolejnej. Barlach podług tej „zwierzęco cierpiącej” twarzy Kollwitz wykonał maski (jakby żywe odlewy pośmiertne) dla swojego zespołu rzeźb pomnika ofiar I wojny światowej w Güstrow. W Neue Wache na Unter den Linden, która teraz chroni prochy ofiar wojny i tyranii (za NRD ofiar faszyzmu oraz militaryzmu), od 1993 roku stoi powiększona kopia jej wstrząsającej rzeźby kobiety opłakującej zabitego syna (wykonanej w 1937 roku). To Pietà. Bose stopy rozpaczającej matki. W Kolonii widziałem w kościele ewangelickim antonitów, w bocznej kaplicy ku czci ofiar wojen 1914-1918, 1939-1945, rzeźbę zawieszonego na łańcuchach, lecącego anioła z twarzą zatroskanej Kollwitz. To kopia rzeźby „Unoszącego się” Barlacha z katedry w Güstrow. Oryginał został tu i tam zniszczony przez hitlerowców.

Kiedy tak patrzyłem na zbiorowy portret kobiet w chustach z dziećmi (to są malutkie rzeźby, którym paradoksalnie nie brakuje patosu wielkiego formatu statui) z 1937 roku, które żegnały żołnierzy, to pomyślałem o dewizie: „Jedna Rzesza, Jeden Bóg, Jedna Ojczyzna”, albo o tej z sierpnia 1914 roku: „Bóg jest po naszej stronie, wygramy”, o tej wojskowej klamrze: „Gott mit uns”, o tych wszystkich mszach bogoojczyźnianych we wszystkich językach świata, a wówczas zrobiło mi się nieswojo, gdyż uświadomiłem sobie, że na zawsze narodowy Bóg, czy to niemiecki, czy rosyjski, czy arabski, czy hinduski, czy polski, wplątany jest w rzeź, która przedstawiana jest jako święty, patriotyczny obowiązek. Nie oburzam się, to nieuniknione, wpisane w nasze dzieje, a jednak odczuwam smutek. Czy Kollwitz zająknęłaby się na temat cierpiących Polek, polskich dzieci, naszej narodowej tragedii? To była lewicowa, patriotyczna artystka niemiecka. Ale, ale, dobry człowieku! Czego się po niej spodziewałeś? Że zrobi drzeworyt zatytułowany Nie będzie Niemiec Polakowi pluł w twarz?

Wieczorem lektura Taylora historii Niemiec. Okazuje się, że jest to pozycja wyraźnie antyniemiecka, pisana tuż pod koniec II wojny światowej (I wydanie w 1945 roku). Taylor zmienił w późniejszych latach swoją koncepcję, w której głosił, że do hitleryzmu musiało dojść. Znów przypomniała mi się fascynująca książka Kryzys ideologii niemieckiej George L. Mosse’a (polskie wydanie 1972), w której założenia ideowe narodowego socjalizmu autor śledził na podstawie rozwoju specyficznie niemieckiego pojęcia, „völkisch” (od volku): od romantyzmu po kryzys demokracji weimarskiej.

Dawno nie czytałem tak antyniemieckiego dzieła historycznego: „Nikt nie będzie potrafił zrozumieć Niemców, kto nie weźmie pod uwagę ich lęku związanego z uczeniem się przez nich i naśladowaniem Zachodu. W tym samym stopniu nikt nie zrozumie Niemców, jeśli nie weźmie pod uwagę ich determinacji w wyniszczaniu Wschodu”. Słowiańskiego Wschodu, to jasne. To na samym początku dzieła. Mam nadzieję, że dobrze przekładam. Nie mam słownika przy sobie. I dalej o Lutrze, co sam przeczuwałem: „Luter nienawidził sztuki, kultury, intelektu i szukał ucieczki do wyobrażonej i dawnej Germanii, która byłaby romantyczna, irracjonalna, antyeuropejska. To w Lutrze umiejscowiony jest romantyzm z jego uczuciowością, niemieckie narodowe odczucie inności, a nade wszystko wyniesienie uczucia ponad myślenie, które jest tak charakterystyczne dla nowoczesnych Niemiec. To w Lutrze niemieckie uczucie po raz pierwszy utwierdziło się i w ten sposób ono utwierdziło się przeciwko rozumowi, cywilizacji, przeciwko Zachodowi. (…). Luteranizm, pierwszy kierunek w Reformacji, stał się i pozostał najbardziej konserwatywną religią; chociaż głosił absolutną supremację wolnego sumienia, to głosił taką samą absolutną supremację nad nim ziemskiej (terytorialnej) władzy. Luter przyznał Niemcom świadomość narodowej egzystencji i dzięki tłumaczeniom Biblii narodowy język. Poza tym przyznał prawa boskie każdej ziemskiej władzy. Posłuszeństwo było pierwszym i ostatnim obowiązkiem chrześcijanina. Państwo nie mogło nie mieć racji, ale cokolwiek państwo zarządziło, to chrześcijanin mógł wykonać bez niebezpieczeństwa dla swojego sumienia i rzeczywiście im bardziej pobożna była jednostka, tym bardziej ochoczo podejmowała się agresywnych i pozbawionych skrupułów poleceń księcia, rzecznika przecież Boga. Luter stworzył niemiecki naród, ale naród podzielony. Dał Niemcom duchowy indywidualizm, lecz na stulecia zniszczył ich polityczną niezależność. Pozbył się średniowiecznego marzenia o uniwersalizmie, ale skierował Niemcy w stronę partykularyzmu. Nauczył Niemców wierzyć w wolność, lecz nauczył ich również tego, że wolność można jedynie znaleźć w służbie księciu. Stworzył niemiecki język, lecz posłużył się nim do ataków na rozum i do wyrażenia histerii”. Z tą dominantą uczuciową, to nie wiem, czy to całkowita prawda, ponieważ wystarczy wspomnieć filozofa nacjonalistę Fichtego lub samego spekulatywnego Hegla, który koniec historii (taki ówczesny Francis Fukuyama), czyli koniec ewolucji samowiedzy Ducha obiektywnego, osadził w widzialnym państwie pruskim. Inny Fukuyama, już dwudziestowieczny, to rosyjsko-francuski badacz i entuzjasta Hegla Alexandre Kojève, który koniec historii dostrzegł w rewolucji francuskiej oraz czynach Napoleona, a wreszcie w reżimie Stalina (którego ponoć był wielbicielem i agentem we Francji). Myśliciele uwiedzeni przemocą tyrana, absolutnego państwa! Nie brakowało ich nigdy, począwszy od Platona po Sartre’a lub Heideggera.

 

cdn.

Kazimierz Brakoniecki (ur. w 1952 r.) – olsztyński poeta, pisarz, tłumacz poezji francuskojęzycznej, animator kultury, kurator wystaw sztuki polskiej XX wieku, współzałożyciel i jeden z liderów pisma, stowarzyszenia oraz fundacji Wspólnota Kulturowa „Borussia”. W latach 1995-2018 dyrektor samorządowego Centrum Polsko-Francuskiego Côtes d’Armor Warmia i Mazury w Olsztynie. Otrzymał m.in. nagrodę im. Stanisława Piętaka (1991), paryskiej „Kultury” (1996), Ministra Kultury (2002), Laur UNESCO (2007), Literacki Wawrzyn Warmii i Mazur (2008). Ostatnio opublikował: tom prozy Historie bliskoznaczne (2008); książki eseistyczno-podróżnicze: W Bretanii (2009), Dziennik berliński (2011), Notes kurlandzki (2017), Dziennik olsztyński (2022); dziennik literacki Cudoziemiec (2018) oraz tomy wierszy: Ciałość (2004), Europa minor (2007), Glosolalie (2008), Obroty nieba (2010), Chiazma (2012), Terra nullius (2014), Amor fati (2014), Obrazy polskie (2017), Erodotyki (2018), Twarze świata (2019), Oumuamua. Atlas wierszy światologicznych (2022), Lekcja poezji dla zaawansowanych (2023).

Roman Chojnacki: Wizja lokalna

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2025 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2025 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści