ROMAN CHOJNACKI
List z Werony
dla Danieli i Ryszarda
Przybysze mili nie starajcie się pogodzić tych Capulet i Montague
oni wszyscy byli podejrzanego sortu szemraną fikcją dlatego
my jako rada miejska od lat próbujemy zrobić z tym porządek
Cordelia Caliban ci niby lordowie to szubrawcy a wy jesteście z
kraju tych dziwnych zapatrzonych w serce w dodatku wierzycie
my nie wiemy w co my już nie chcemy o tych ludziach pamiętać
ostatnich ulicznych pacykarzy zamknięto w przytułkach dla stolti
pomyleńców carabinieri i polizia municipale mają jasne rozkazy
wobec cytatuantów którzy pewnie będą osaczać i czarować was
frazami z pism podejrzewanego od setek lat o plagiaty staroświeckiego
pierdoły z Albionu kamienie Cypriana dawno wyniesiono z naszych
parków dlatego pewnie słońce ma się dzięki bogu dobrze cyprysy
rosną że ho ho a nazwiska tych bzdurnych impostori dawno sczezły
na zardzewiałych bramach ich domów Romeo i Julietta to już nawet
nie warto wspominać szkoda słów.
Tak jest w nas złość nie pozdrawiajcie Montague i Capulet ale nie
przeklinajcie miłości jest miarą czasu nie wskazówką historia ma
nerw i dryg ponoć wyda w końcu wyrok wszak przeczytała całe Pieśni
nad Pieśniami Plath Clausewitza zięcia Croce manifesty Greenpeace
i Zieloną Książkę Kadaffiego buone intenzioni ma si spaglia nie znamy
akcentów przecinków ani kropek waszej duszy i waszego języka
dlatego piszemy ten list in una volta sola. Ave.
Dieta amerykańskich poetów
dla Christophera Merrilla
W niektórych, głównie szeptanych wersjach biografii amerykańskich
poetów, zadziwiają źródła ich wiary w słowo i gest, a nade wszystko,
skład ich codziennej, wyjątkowo niewyszukanej diety.
W przypadku Whitmana była to, zrywana gołymi rękami i tysiącami
słów, trawa, a gdy mu jej zabrakło, tarnina, chwasty i zarośla ludzkich
dusz. E.L. Masters kochał krzyże. Pochłaniał je żarłocznie, te sterczące
dumnie, wpatrzone w niebo, i te niekiedy upadłe na cmentarzu nad
Spoon River. Był tak zachłanny, że w końcu lasy wokół Lewistown,
Illinois, słały mu listy z prośbą, by się do nich nie zbliżał.
Sylwia Plath? Podobno na śniadanie zjadała pół funta miodowych
gruszek, skrawki Hughsa paznokci i kilka mrówek, śpiących w próchnie
okien jego domu w Devonshire. Cummings pożarł wszystkie mirtowe
lata życia Kitty, Joy Davidman karmiła się grzbietami dzieł Marksa,
Brodski smażył szczury Manhattanu, a Reznikoff nie jadł prawie nic.
Więcej dowodów? Tłumacząc niedawno krótki wiersz Steava Meadora
„Poranna kawa”, pojąłem, jak łatwo jest popijać kawą opisywane przez
siebie rośliny i drzewa, z dwoma zafajdanymi piwoniami, dupkowatym
dereniem i żałosnym bzem włącznie. Bez czkawki, bez okaleczeń mowy.
Dlaczego piszę o tym wszystkim? Piszę o tym wszystkim dlatego,
że znany amerykański poeta ma jutro odwiedzić nasz dom w starym
kraju, do którego wróciłem u kresu swej wędrówki przez Poznań,
Toronto, Kościan, Hartford, Orangeville i Stary Rachów.
Chris Merrill zadzwonił i mówi, że chciałby nas odwiedzić, ja powiedziałem,
że jasne, że cieszę się i zapraszam, i że w ogóle. Po chwili uświadomiłem
sobie, że nie wiem, czym mam go ugościć, wiedząc, że jest bardzo
powściągliwy w swojej diecie, niepijący, spokojny, raczej szczupły i bez
dwóch zdań, międzynarodowy, ciekawy, spokojny, czyli amerykański.
Pomyślałem, czy podać porową zupę, po niej kurze łapki, pierogi czy
dietetycznego tatara? A co z deserem? Eklery, pączki czy duszący pył
traw, lip i dębowych lasów? A może tylko powiew wiejskiego powietrza,
arię z „Halki” śpiewaną wraz z poznaną niedawno watahą wilków?
Chciałem później zaprosić gościa na spacer po Black Water, pobliskim
polu golfowym, ale przypomniałem sobie, że on przecież zna Czarną Wodę
z kroplami czerwieni, tę płynącą niedaleko Abu Ghraib. Zna więc smak
niejadalnych, latających w tę i we w tę śmierdzących śmiercią kul.
Zabrakło mi odwagi.
P.S.
Kilkugodzinna wizyta upłynęła normalnie, postnie. Skręcało mnie z głodu.
Chris mówił mało, pytał o wszystko. Spodobał mu się obraz Plath jedzącej
Teda paznokcie. Następnego dnia leciał do Tirany, a stamtąd do Nablus.
Obiecał, że po powrocie do Iowa napisze do mnie. Napisał.
maj, 2022
Roman Chojnacki (ur. w 1954 r. w Lesznie) — poeta, krytyk literacki, redaktor. Sekretarz literacki Teatru Nowego w Poznaniu (1980-1988); redaktor działu literackiego czasopisma „Student” (1980-1981); prezes koła młodych ZLP w Poznaniu (1980-1981); korepetytor w Konsulacie USA w Poznaniu (1983-1986); współpracownik i autor podziemnej prasy „Solidarności”; internowany w Wojskowym Obozie Specjalnym w Rawiczu (1982). W roku 1988 wyemigrował do Kanady, skąd powrócił jesienią 2018 roku. Mieszka w Dąbrówce Leśnej, wsi na obrzeżu Puszczy Noteckiej. Stypendysta Departamentu Stanu USA (1986); laureat nagród literackich, m.in.: Najlepszy Debiut za Głos pierwszy (1977), podziemna Nagroda im. 3 Maja za Apel poległych i inne wiersze (1984), Medal im. Stanisława Grochowiaka (1976), nagroda Fundacji Nelly i Władysława Turzańskich (Toronto 2006). Tłumaczony m.in. na języki: angielski, francuski, hebrajski, ukraiński i węgierski. Opublikował: Głos pierwszy (1973), Dla tego życia (1977), Z pozoru cisza (1980), Apel poległych i inne wiersze (1983), Od „mówienia wprost” do „nowej prywatności”. O poezji lat siedemdziesiątych (1984), Noc (1986), Wiersze nienapisane (Poznań — Toronto 2000), Tak (Lublin — Toronto 2003), Lekcje przyrody (Kraków — Toronto 2006), Iratlan versek (Budapeszt 2008, przeł. Gabor Zsile), Aleppo (Toronto — Berlin 2010), C’est ainisi (Rzeszów — Toronto 2011, przeł. Bogusław Biela), Do prywatnego użytku (Rzeszów — Toronto 2014), Poemes non ecrits (2015, przeł. Bogusław Biela), Dla tego życia (Poznań — Toronto 2018), Pasterz słoneczników (2021), Gołąb cukrowy (2023), Struga (2024), Wybór pism na temat życia z punktu widzenia śmierci (2025).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved