Skip to content

KAZIMIERZ BRAKONIECKI

Dziennik berliński. Dzień szósty

Obudziłem się spocony na myśl, że ten przyjemny pobyt w Berlinie, który miał wieńczyć „moje pojednanie i przyjaźń polską-niemiecką”, wywołuje we mnie niezaleczone do końca, jak widać, obsesyjne obawy. Zaraz, zaraz, jakie są aktualne, niepokojące powody polityczne do rozjątrzania nieufności? Na pewno jest nią idea wybudowania Centrum przeciwko Wypędzeniom, a ja nie zgadzam się na żadne tego typu upamiętnianie przez Niemców ich krzywd (europeizacja narodowej winy w kostiumie uniwersalnej ofiary), ponieważ jeżeli mają prawo do pamięci i nostalgii za utraconymi na własne życzenie kresami wschodnimi z powodu rozpętanej przez nich totalnej wojny, to tego typu instytucjonalne tej pamięci zadośćuczynienie przywraca bezczelną więź pomiędzy obecnym państwem niemieckim a III Rzeszą, która pohańbiła wszelkie pisane i niepisane prawa. A na to nie mogę się zgodzić, na takie Niemcy, które chciałbym, aby były mojego kraju najważniejszym partnerem politycznym i gospodarczym w Unii Europejskiej. Poza tym to nie były wypędzenia, lecz przymusowe wysiedlenia na podstawie traktatu o kapitulacji, zwycięstwie nad zbrodniczym i pokonanym reżimem-ustrojem. A może najlepszy okres za nami? Tego, jak się powiada, kiczu pojednania? A jednak mnie to męczy. Czuję się Europejczykiem. Nie chcę powtórki z historii.

Do kolejki, wysiadka w centrum i spacer ulicą Kanta (po I wojnie światowej jednej z najsłynniejszych, gdyż usianej kabaretami, ulic stolicy, teraz pospolitej) do stacji Charlottenburg — sporo po drodze restauracji wietnamskich, chińskich, tureckich. Po raz pierwszy mijają mnie tłumniej Polacy ze swoim znakiem rozpoznawczym, czyli użyciem słówka-wytrychu „kurwa”. Podczas wcześniejszych pobytów dwukrotnie zaglądałem do pałacyku, aby popatrzeć na obraz C.D. Friedricha Das Mönch am Meer (1808-1810) jako na ekstremalne spełnienie romantycznego malarstwa metafizycznego krajobrazu. Prawie abstrakcja, przestrzenna kurzawa szarych błękitów i malutka sylwetka postaci kontemplującej spektakl przyrody. Nie można oderwać oczu. Dużo mówi się o powstaniu malarstwa abstrakcyjnego na początku XX stulecia jako nieuchronnego efektu wyzwalania się plamy barwnej z odniesień realistycznych do przedmiotu począwszy od impresjonizmu; dodaje się do tego mistyczne teorie sztuki z pogranicza matematyki i wiedzy tajemnej (Mondrian i Malewicz), zapominając o romantycznych źródłach medytacji plastycznej, które realizowane były jako syntetyczne przeżycia przyrody, w których ruch (np. u Turnera), albo czasami, odwrotnie, kontemplacja (bezdennego kosmosu — Friedrich) miała kolorystyczno-muzyczne założenia (nie zawsze przecież świadome). Stąd późniejsze orfizmy albo symboliczno-muzyczne malarstwo takiego symfonika rytmu, znaku i koloru jak modernistyczny Cziurlonis.

Wsiadam w S5 i dojeżdżam do Spandau na zachodnich kresach aglomeracji. Spandau to niegdysiejsza słowiańska Szpandawa. Wychodząc z dworca, poczułem się jak, nie przymierzając, w Bartoszycach — targ, prowincjonalne typy ludzkie, młodzież plująca, stojąca, siedząca, pijąca piwo, rozglądająca się. Powolutkie życie lokalne. Obiad w restauracji „Napoleon”, ulica Breitestrasse 20, za 9,90 euro (zupa dnia, rumsztyk, małe piwo). Sympatyczny kelner z żółtą kępką włosów na czaszce. Nasycony wyprawiam się dalej, ale nie sam, jest ze mną nieśpieszący się tłum na zakupach. Zaglądamy tu i tam na stragany. Zima, więc wnet sypie się nam na głowy cieniutki wpierw, a potem gęstniejący wilgotnie zmierzch. Ratusz z lokalną flagą na horyzoncie. Murowany kościół. Zamknięty. Przechodzą dwie dygocące z zimna postacie odmiennej płci: on malutki Turek w białej, ażurowej czapeczce z wełny, ona podkasana, drobniutka, utleniona Niemka (?). Na parterze w narożnym budynku (mało zachowało się tutaj staroci architektonicznych, ale jest milutko i swojsko, czyli gemütlich) dostrzegam okutane, leżące szeregiem postacie w raczej bardzo dojrzałym wieku. Okazuje się, że jest to klinika rehabilitacyjno-pielęgnacyjna, salon masażów, a ci ludzie męczą się tak na widoku dla swojego zdrowia. Widać ich z ulicy. Leżą na materacach pokotem jakby w całunach. Na oczach specjalne okulary. Zrobiło mi się dziwnie i zawróciłem. Pomyślałem o śmierci. O moim chorym kręgosłupie. O moich ćwiczeniach, masażach, zabiegach. Moja bliska starość. Tak można nazwać to, co ja tu robię: spacerujące „ja” pożegnań, gdyż żegnam się ze sobą, ze światem, przyuczam się do faktu, że nie jestem najważniejszy, że blisko jest nie tyle śmierć, co gorsza od niej starość. Coraz słabsze oczy, serce, umysł. Jeszcze podbiegnę, popatrzę, ale oczy są coraz częściej nieruchome. I przyjdzie niepoetycko śmierć i zabierze ci oczy.

Teraz powrotny kierunek: Westkreuz. Do wagonu kolejki wchodzi młoda kobieta o wrażliwej twarzy ze słuchawkami na uszach. Są takie dziewczyny, są takie kobiety, w których mógłbym się zakochać bez względu na narodowość, gdyż wszędzie są one do siebie podobne, a w każdym razie w moich oczach są bóstwami wrażliwości, inteligencji i osobowości. Jak moja żona. Ale zawsze serce mi zadygocze, kiedy z taką nieznaną istotą się spotkam, zobaczę, zauroczę na chwilkę. Wstaję ze swojego miejsca przed moją stacją, a ta idealna osoba też wstaje. Patrzę w ślad za nią, a ona przesiada się na moje jeszcze ciepłe miejsce! Co za historia! Jaka erotyczna satysfakcja! Roześmiałem się w duchu, przypominając sobie film, w którym dziewczynka oskarżyła znajomego jej matki, że ten ją zgwałcił, a po badaniu okazało się, że sprytna dziewczynka usiadła na ciepłym po nim krześle w jadalni. No tak, wysiadka i przesiadka. Koniec z marzeniami! Real! Z kołyski przez łóżko do grobu!

W ciepłym pokoju otworzyłem szeroko okno, a tu zaczął padać śnieg. Jestem wyznawcą śniegu, bałwochwalcą śniegu, poganinem śniegu. W języku bałtyckich Prusów, na których ziemi mieszkam, świat to „swita”, a śnieg to „sneko”. Pięknie. Swita sneko. Świta śnieg, świta świat. Śnieg jak świat. Czy to znak?

W łazience jest ogromna wanna, więc wielka kąpiel i skok do łóżka. Do łona. KoHanna opowiadała mi, że w odróżnieniu od wielu mężczyzn, którzy mitologizują w poezji swój powrót do brzucha matki, ona (jak i wiele innych kobiet) z tego brzucha (w tym fizycznie, i ona to pamięta!) chciała się jak najszybciej wydostać. Nie było to dobre, rajskie, arkadyjskie miejsce. Słyszała narzekania i pretensje matki, które w późniejszej rzeczywistości matka kontynuowała, wiecznie biadoląc, jak to ona się męczyła w czasie ciąży, jak się poświęcała, napracowała potem dla dobra „córek” itp. Ten symptom narzekającej na los, na męża, na niewdzięczną córkę matki, ten symptom „fałszywej ofiary i domowej kury rozebranej do rosołu” narobił w Polsce wiele przykrego zła w relacjach rodzinnych i międzyludzkich (chociaż nie tylko w Polsce, ale to u nas syndrom ten wzmocniony został przez katolicką obłudę i niewolnictwo obyczajowe).

 

cdn.

Kazimierz Brakoniecki (ur. w 1952 r.) – olsztyński poeta, pisarz, tłumacz poezji francuskojęzycznej, animator kultury, kurator wystaw sztuki polskiej XX wieku, współzałożyciel i jeden z liderów pisma, stowarzyszenia oraz fundacji Wspólnota Kulturowa „Borussia”. W latach 1995-2018 dyrektor samorządowego Centrum Polsko-Francuskiego Côtes d’Armor Warmia i Mazury w Olsztynie. Otrzymał m.in. nagrodę im. Stanisława Piętaka (1991), paryskiej „Kultury” (1996), Ministra Kultury (2002), Laur UNESCO (2007), Literacki Wawrzyn Warmii i Mazur (2008). Ostatnio opublikował: tom prozy Historie bliskoznaczne (2008); książki eseistyczno-podróżnicze: W Bretanii (2009), Dziennik berliński (2011), Notes kurlandzki (2017), Dziennik olsztyński (2022); dziennik literacki Cudoziemiec (2018) oraz tomy wierszy: Ciałość (2004), Europa minor (2007), Glosolalie (2008), Obroty nieba (2010), Chiazma (2012), Terra nullius (2014), Amor fati (2014), Obrazy polskie (2017), Erodotyki (2018), Twarze świata (2019), Oumuamua. Atlas wierszy światologicznych (2022), Lekcja poezji dla zaawansowanych (2023).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści